Bezczynność coraz bardziej kosztowna

opublikowano: 22-04-2021, 20:00

Pół wieku temu 22 kwietnia tzw. postępowa część ludzkości obchodziła urodziny Włodzimierza Lenina. Od tamtych czasów kategoria postępowości istotnie się przewartościowała, obecnie 22 kwietnia to Międzynarodowy Dzień Matki Ziemi, ustanowiony na pamiątkę spontanicznego protestu w USA przeciwko degradacji środowiska.

Upamiętnienie tej daty przez Josepha Bidena zorganizowaniem klimatycznego szczytu przywódców w Waszyngtonie – w formule jedynie wirtualnej – ma zatem korzenie symboliczne. Znacznie ważniejszy jest jednak kontekst polityczny, oto nowy prezydent oznajmia zarówno pękniętym po wyborach Stanom Zjednoczonym, jak też społeczności światowej, że sprząta po klimatycznym szkodniku Donaldzie Trumpie. Takie określenie poprzedniego prezydenta jest w pełni zasadne, wszak samowolnie wypowiedział udział USA w porozumieniu klimatycznym paryskiego szczytu COP21 z 2015 r., chociaż Kongres je ratyfikował. Joseph Biden poszedł obecnie znacznie dalej niż Barack Obama – zadeklarował, że USA zredukują emisję gazów cieplarnianych do 2030 r. aż o 52 proc. To najbardziej ambitny program walki z ociepleniem klimatu, jaki kiedykolwiek przedstawił Waszyngton. Republikanie natychmiast demokratyczną deklarację oprotestowali, wyliczając gigantyczne koszty transformacji. Prezydent odpowiedział tezą przytoczoną w tytule tego tekstu.

Wszyscy się niby zgadzają, jednak skuteczne wdrożenie takiego znaku zakazu kosztuje, a nikt nie chce za to płacić.
Adobe Stock

Wirtualny szczyt zgromadził przywódców 40 państw, których gospodarki realnie wpływają na ocieplenie klimatu. Zaliczona została do nich również Polska, stąd wystąpienie (przewidziane w piątek) prezydenta Andrzeja Dudy. Generalnie deklaracje władców są równie jednobrzmiące, co niekonkretne. Akademickim przykładem pustosłowia było wystąpienie Władimira Putina, który zaprosił wszystkie kraje do dołączenia się do projektów międzynarodowych, mających na celu walkę ze zmianami klimatycznymi oraz wezwał do szerokiej współpracy nad monitorowaniem wszystkich szkodliwych emisji. To samo słychać z Chin, Indii, krajów Zatoki Perskiej oraz oczywiście najaktywniejszej klimatycznie Unii Europejskiej. Gdyby zsumować piękne słowa, to bezproblemowo udałoby się osiągnąć wytyczony w Paryżu cel zapobieżenia globalnemu ociepleniu o 1,5 stopnia Celsjusza. Staje się on jednak bardzo mglisty, gdy oświadczenia odcedzi się z wody i poszuka w nich suchego – otóż nikt nie chce płacić. Tytułowa teza nie przebija się do świadomości decydentów, którzy postrzegają rzeczywistość w horyzoncie czasowym utrzymania się u władzy.

Wypada przypomnieć, że od dwóch lat rząd PiS pozostaje klimatycznie całkowicie osamotniony w UE. Na kolejnych szczytach Rady Europejskiej (RE) premier Mateusz Morawiecki konsekwentnie wyłamywał się z przyjęcia roku 2050 jako terminu osiągnięcia neutralności klimatycznej. Powtarza się pamiętna z innych okoliczności proporcja 1:27, po odejściu Zjednoczonego Królestwa zmieniona na 1:26. Co najważniejsze, Polska nie otrzymała od pozostałych państw żadnej zgody na obstrukcję, po prostu szczyt RE w konkluzjach musiał przyjąć ją do wiadomości. Od dwóch lat wszystkie unijne dokumenty, w tym na przykład plan odbudowy po epidemii COVID-19, opierają się na oczywistości, że rok 2050 obowiązuje całą wspólnotę, w tym Polskę. Dlatego najwyższy czas, by na najbliższym planowym szczycie RE w czerwcu polski rząd wreszcie wyszedł z kąta, do którego sam się postawił. Przestawianie gospodarki z energetyki węglowej na mniej nieprzyjazną klimatowi będzie kosztowało miliardy, ale zaniechanie wyjdzie za trzy dekady znacznie drożej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane