Biurokracja hamuje produkcję baraniny

  • Wiktor Szczepaniak
opublikowano: 23-01-2012, 00:00

W Europie brakuje mięsa owczego. To szansa na zarobek dla polskich hodowców. Niestety, tylko w teorii

Biznesmeni poszukujący nisz rynkowych z dużym potencjałem rozwoju powinni zainteresować się rynkiem baraniny. Spojrzenie nań z perspektywy Unii Europejskiej (UE) pokazuje, że ma bardzo duży, uśpiony potencjał.

— Unia cierpi na niedobór mięsa owczego, który przekracza 200 tys. ton rocznie. Radzi sobie, importując baraninę, głównie z Nowej Zelandii. Nie jest ona produktem masowym, jak wieprzowina czy drób, więc jej produkcja w UE nie tylko się nie rozwija, ale wręcz od paru lat się kurczy. W efekcie ceny mięsa owczego w UE rosną. W 2011 r. średnia cena jagniąt zwiększyła się o 12 proc. — mówi Paweł Kostrzyński, analityk z FAMMU/FAPA.

Polska, jako kraj bogaty w zielone pastwiska, mógłby na produkcji i eksporcie baraniny nieźle zarobić. Niestety, okazuje się, że jest to jednak dość trudne. — Potencjał rozwoju produkcji mięsa owczego w Polsce jest duży z uwagi na jego niedobór na rynku unijnym, ale także polskim. To jednak niestety tylko teoria. W praktyce rozwój produkcji skutecznie hamują bariery biurokratyczne.

Według naszego prawa, produkcja takiego mięsa z przeznaczeniem na handel wymaga korzystania ze specjalistycznych ubojni dla owiec. Tymczasem w Polsce prawie ich nie ma. Znam tylko dwie — w Lesku i Nowym Sączu. To zdecydowanie za mało, żeby polskie owczarstwo mogło się rozwinąć — mówi Roman Kluska, znany biznesmen, niegdyś twórca i prezes Optimusa, a obecnie właściciel produkującej owcze sery krynickiej firmy Prawdziwe Jedzenie.

Według niego, aby biznes owczarski w Polsce mógł rozkwitnąć, trzeba albo zliberalizować prawo, albo też państwo powinno sfinansować budowę sieci niewielkich lokalnych ubojni dla owiec.

— W Grecji taka infrastruktura istnieje niemal w każdej gminie, dzięki czemu hodowcy owiec mogą bez trudu handlować mięsem — mówi Roman Kluska. Tymczasem w Polsce na rynku baraniny dochodzi do wielu paradoksów. Pytani przez „PB” eksperci podkreślają, że choć zainteresowanie nią w kraju stale rośnie, to konsumenci wciąż mają spore problemy z jej znalezieniem w sklepach. A jeśli już im się to jakoś uda, to najczęściej zamiast mięsa z polskich gór dostają importowane z egzotycznych krajów. W efekcie produkcja mięsa owczego w Polsce spada. Z danych GUS wynika, że pogłowie owiec w naszym kraju w czerwcu 2011 r. wynosiło 251 tys. sztuk i było o 7,3 tys. sztuk (2,8 proc.) niższe niż rok wcześniej. Dla porównania, jeszcze w czerwcu 2002 r. sięgało blisko 350 tys. sztuk. To jednak nic. W połowie lat 80. w Polsce żyło aż 5 mln owiec. Rynek UE jest trudny do zdobycia z jeszcze jednego powodu.

— Unijni hodowcy napotykają silną konkurencję w postaci taniego mięsa owczego importowanego z Nowej Zelandii i Australii. Sukcesy eksportowe mogą więc odnieść tylko najlepsi, najwięksi i najbardziej efektywni polscy producenci — mówi Danuta Zawadzka, ekspert Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wiktor Szczepaniak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu