Na razie to przede wszystkim wskaźniki, do konkretnego projektu jeszcze kilka kroków, w tym wersja wstępna w sierpniu oraz finalny już projekt z załącznikami, który do Sejmu wpłynie do 30 września. Po drodze w dwóch etapach ma wypowiedzieć się Rada Dialogu Społecznego. Praktyka jednak potwierdza, że ta ustawowa instytucja stała się jedynie atrapą, jej realny wpływ na decyzje władców – tzn. porównanie wersji przedkładanej do zaopiniowania oraz później przez rząd przyjmowanej – okazuje się niemal zerowy.
Rok 2023 będzie wyborczy, co oczywiście znajdzie odbicie w ustawie budżetowej. Nie ma jeszcze kwoty formalnego deficytu, w każdym razie wzrost PKB zaplanowano na poziomie jedynie 3,2 proc., natomiast średnią inflację – 7,8 proc. Pierwszy wskaźnik jest bardziej prawdopodobny, skoro w 2022 r. ma osiągnąć 3,8 proc., na pogorszenie naturalny wpływ będzie miało m.in. silne zacieśnienie polityki monetarnej w tym roku, przekładające się na realną gospodarkę z opóźnieniem. Natomiast przyszłoroczna inflacja to pobożne chciejstwo, podobnie jak uznana za punkt odniesienia tegoroczna. Założenia żonglują czysto arytmetyczną średnią 9,1 proc., w końcu roku wyniesie ona kilkanaście proc.

Niestety, rząd absolutnie nie zamierza w 2023 r. zlikwidować największej ułomności ustawy budżetowej. Dzięki kreatywnej księgowości oraz wypuszczaniu wielomiliardowych strumieni różnie konstruowanych obligacji, znaczna część finansów publicznych krąży bokiem poza ustawą. Dlatego w odniesieniu do jej cząstkowej zawartości rozumiany całościowo termin „budżet państwa” już dawno stał się fikcją.
