Carska doktryna wyklucza odwrót

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-03-06 20:00

Drugi tydzień tragicznego dla Ukrainy napadu Rosji potwierdza, że wzorowana na drugiej wojnie światowej koncepcja ofensywy błyskawicznej się zawaliła mimo ogromnej dysproporcji sił.

Może powtórzyć się syndrom pierwszej, gdy żołnierze ginęli tysiącami na frontach zastygłych. Oczywiście podczas obecnej agresji Rosji radykalną różnicą jest wyniszczanie miast i zabijanie ludności cywilnej. Notabene mapki obszarów Ukrainy dotychczas zagarniętych z grubsza zgadzają się na ekranach naszych i rosyjskich. I to jedyny informacyjny punkt styczny, bo jeśliby o generalnych przekazach wojny powiedzieć, że różnią się o 180 stopni – to mało, odległość jest galaktyczna. Zgodnie z informacyjnymi regułami konfliktów każda strona tworzy monokanały, które dopiero samodzielnie można zsumować w realny obraz stereo. Brak po naszej stronie jakiejkolwiek wzmianki np. o zniszczonych samolotach czy czołgach ukraińskich jest zrozumiały, ale już powtarzanie ku pokrzepieniu serc liczby aż 10 tys. zabitych żołnierzy rosyjskich to mrzonka.

Na świecie rosyjska propaganda nie jest już kupowana tak, jak Kreml był przyzwyczajony. Natomiast na użytek wewnętrzny wciąż zapewnia powszechne poparcie społeczeństwa Rosji dla wojny. Napaść na całą Ukrainę obowiązkowo nazywana jest operacją ochrony ludności Donbasu, w której uczestniczą tylko bojownicy z obu samozwańczych republik ludowych, donieckiej i ługańskiej. Przekaz jest jednak uaktualniany, najnowszy akcent postawiony został na wątek broni atomowej. Otóż Ukraina „mogła” (wszystko podawane jest w trybie przypuszczającym) uzyskać z USA po 2014 r. – to konsekwentnie utrzymywana data tzw. zamachu stanu w Kijowie – pluton do bomb oraz prowadziła prace nad rakietowymi środkami ich przenoszenia. Strefa martwej elektrowni atomowej w Czarnobylu – zajętej przez wojska rosyjskie – mogła być wykorzystana do produkcji tzw. brudnej bomby, zaś w największej w Europie siłowni atomowej koło Zaporoża – także już zajętej – mogła znajdować się zbrojeniowa dokumentacja. To brednie, ale stały się podstawą do ogłoszenia przez Władimira Putina groźby równie złowieszczej co realnej – ewentualność zdobycia czy też rozmieszczenia na terenie Ukrainy broni jądrowej (naturalnie przez NATO) stawia pod znakiem zapytania istnienie kraju, z którego „emanuje poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej”.

Nie chcą wiedzieć:
Nie chcą wiedzieć:
Obraz zniszczonych przez najeźdźcę bloków mieszkalnych w Borodziance, na zachód od Kijowa, wstrząsnął światem, ale w Rosji bardzo mało kto wierzy, że taka jest prawda tej „ochrony ludności Donbasu”.
MAKSIM LEVIN / Reuters / Forum

Od carskich czasów rosyjską doktryną jest nieoddawanie polityczne ani skrawka obszaru zajętego militarnie. Z naszej historii wypada np. przypomnieć, że w 1815 r. Rosja wyrwała od Prus i Austrii większość Księstwa Warszawskiego i posunęła imperium na zachód w stosunku do granic trzeciego rozbioru Polski z 1795 r. Natomiast w 1945 r. zdobycze Armii Czerwonej wyznaczyły granice strefy wasalnej wobec Moskwy, w tym linię podziału Niemiec. Od ponad dwóch wieków jedynym wyjątkiem od doktryny było dobrowolne wycofanie się ZSRR z okupowania Austrii w 1955 r., w zamian za jej neutralność. Całkowicie innym przypadkiem był rozpad Związku Radzieckiego, który sfinalizował się w 1991 r. Po zjednoczeniu Niemiec i wygaśnięciu Układu Warszawskiego wojska radzieckie/rosyjskie w latach 1991-93 musiały się zwinąć z naszego regionu. Właśnie tego nie mógł przeżyć podpułkownik (nie wojska, KGB) Putin i po trzech dekadach chce dosłownie za wszelką cenę zawrócić kijem – niestety, również atomowym – bieg dziejowej rzeki. Dlatego obecna perspektywa Ukrainy jest tak tragiczna i ponura – patrząc na uaktualnianą frontową mapę, trzeba przyjąć do wiadomości, że obecny kremlowski car jest tylko zbrodniczym realizatorem doktryny poprzedników.