Chińskie centrum nie wypaliło w Warszawie

opublikowano: 15-08-2017, 22:00

Po chińskich spółkach na warszawskiej giełdzie inwestorom pozostał głównie niesmak — i papiery, z którymi nie ma co zrobić

„To ugruntowanie roli Warszawy jako centralnego parkietu Europy Środkowej i Wschodniej”, „to historyczny moment, zrobiliśmy duży krok w budowie centrum finansowego w Warszawie” — takie komentarze wiosną 2014 r. wygłaszali przedstawiciele poważnych polskich domów maklerskich, gdy na GPW wchodził Peixin, pierwsza chińska spółka w historii polskiej giełdy.

Przed trzema laty duże nadzieje na rozwój GPW wiązano ze ściąganiem na rynek chińskich emitentów. Pojawiło się tylko kilku, a o większości — jak o JJ Auto, które debiutowało pod koniec 2014 r. — słuch szybko zaginął.
Zobacz więcej

ZAGINIENI W AKCJI:

Przed trzema laty duże nadzieje na rozwój GPW wiązano ze ściąganiem na rynek chińskich emitentów. Pojawiło się tylko kilku, a o większości — jak o JJ Auto, które debiutowało pod koniec 2014 r. — słuch szybko zaginął. Marek Wiśniewski

Po kilku latach już wiadomo, że od chińskiego centrum finansowego w Warszawie znacznie lepiej działają chińskie centra odzieżowe pod stolicą. W ubiegłym tygodniu GPW po raz kolejny zawiesiła notowania dwóch z trzech chińskich spółek (formalnie zarejestrowanych w Niemczech) ze względu na ich całkowity brak komunikacji z rynkiem. Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) w sprawie wiele zrobić nie może.

— Spółki te są zawieszone ze względu na nieprzekazanie raportów okresowych i jest to kolejne ich uchybienie w tym zakresie. Korespondujemy w tej sprawie z nadzorem niemieckim, który jest dla tych spółek nadzorem macierzystym. Niemieckie organy nadzoru, jako organy właściwe, podejmują działania w zakresie postępowań sankcyjnych wobec tych spółek. Mimo to od dłuższego czasu nie przekazują one na rynek żadnych raportów — mówi Jacek Barszczewski, rzecznik KNF.

Cisza na łączach

Z prezentowaniem wyników — choć nie z prowadzeniem biznesu — relatywnie najlepiej radzi sobie Peixin, któremu w poprzednich latach zdarzało się nawet przy okazji publikacji raportów organizować konferencje dla dziennikarzy i analityków. Ostatni raport producenta maszyn do wyrobu artykułów higienicznych dotyczy wyników za 2016 r.

Przychody w tym okresie w porównaniu z 2015 r. spadły o 56 proc., a zysk na poziomie operacyjnym i netto o ponad 90 proc. „Wraz z osłabieniem chińskiej gospodarki [według oficjalnych danych PKB urósł w ubiegłym roku o 6,7 proc. — red.], byliśmy zmuszeni do zejścia z marż i obniżenia cen maszyn, by zdobywać zamówienia” — tłumaczył te wyniki w liście do akcjonariuszy Qiulin Xie, prezes Peixinu. Akcje Peixinu w wartej 16 mln zł ofercie publicznej kupowano po 16 zł, obecnie są wyceniane o 83 proc. niżej.

Na tle pozostałych chińskich spółek Peixin wygląda jak mistrz relacji inwestorskich. Produkujące części do samochodów ciężarowych JJ Auto, które debiutowało w czerwcu 2014 r., ostatni raport bieżący przekazało... w grudniu 2014 r. Dotyczył rezygnacji dyrektora finansowego. Notowania spółki, która w IPO sprzedała akcje za 3 mln zł, są regularnie zawieszane za brak publikacji raportów okresowych. Tymczasem ostatni raport trzeciej z chińskich spółek na GPW, produkującej podeszwy Fenghua SoleTech, dotyczy powołania dyrektora finansowego. W komunikacji z rynkiem nie miał on jednak sukcesów. Spółka, która weszła na GPW w listopadzie 2014 r., zbierając od inwestorów 2,3 mln zł, nie opublikowała sprawozdania finansowego za 2014 r. i żadnego kolejnego.

Brak pomysłu

Przy ofertach publicznych chińskich spółek na GPW pracowały renomowane biura maklerskie, kancelarie prawne i audytorzy, jak choćby DM PKO BP, Allen & Overy, Weil, Gotshal & Manges czy BDO.

— Wejście chińskich spółek na GPW było zorganizowane profesjonalnie i zgodnie z regułami sztuki — z audytorami, firmami prawniczymi, konsorcjum doradców z dużych banków itp. Oczekiwaliśmy, że w Warszawie zadebiutuje więcej takich spółek. Zakładano jednak większy popyt, spodziewano się ofert rzędu 10-15 mln EUR, tymczasem było to wielokrotnie mniej — mówi Jarosław Dąbrowski, prezes DF Capital, które pracowało przy ofertach chińskich spółek na GPW. Zdaniem szefa DF Capital, przyczyn fiaska umiędzynarodowienia GPW jest kilka.

— Po pierwsze to „reforma” OFE, która zmniejszyła płynność na rynku. Na to nałożyła się obniżająca zaufanie do regionu wojna na Ukrainie, z której wywodzi się większość zagranicznych spółek na warszawskim parkiecie. Do tego doszło spowolnienie w Chinach. Trudno wskazywać przyczyny braku komunikacji z rynkiem chińskich spółek — zapewne to efekt tego, że zebrano tu niewiele pieniędzy, dwustronne zaufanie jest niskie, a szanse na przeprowadzenie kolejnej oferty są praktycznie zerowe — tłumaczy Jarosław Dąbrowski.

Nie pomogło też to, że warszawskiej giełdzie zabrakło pomysłu na zagranicznych emitentów. — Nie powołano chociażby pełnomocnika ds. chińskich spółek, który utrzymywałbyz nimi kontakt i mobilizował do przekazywania raportów. Okazało się, że Warszawa nie jest gotowa na zagraniczne spółki — GPW jest i będzie rynkiem lokalnym, choć kilka lat temu były nadzieje na coś więcej — mówi Jarosław Dąbrowski.

Zagraniczne rodzaje ryzyka

Na głównym rynku GPW notowane są akcje 52 spółek zagranicznych, pochodzących tak z Unii Europejskiej, jak i spoza niej. Najwięcej jest spółek prowadzących działalność na Ukrainie, choć zazwyczaj zarejestrowanych w Luksemburgu czy Holandii. Inwestorzy, którzy kupują ich akcje, muszą być podwójnie ostrożni. „Inwestorzy powinni mieć na uwadze, że prawa akcjonariuszy spółki zagranicznej oraz sposób ich realizacji mogą istotnie różnić się od praw akcjonariuszy spółki polskiej. Spółki zagraniczne mogą wypełniać obowiązki informacyjne w zakresie, który nie musi być tożsamy z zakresem określonym przez przepisy prawa polskiego.

Prawidłowość i terminowość wypełniania obowiązków informacyjnych przez spółki z siedzibą poza terytorium Polski, jest nadzorowana i weryfikowana nie przez KNF, ale przez organy nadzoru właściwe dla emitenta zgodnie z krajem jego siedziby” — informuje biuro prasowe GPW. Zagraniczne przepisy upadłościowe także mogą znacznie różnić się od polskich, z czym zderzeni zostali akcjonariusze amerykańskiego CEDC i słoweńskiego banku Nova KBM, którzy po ich upadku obudzili się bez papierów na kontach maklerskich.

GPW podkreśla, że koncentruje się na krajowym rynku, nie na spółkach z zagranicy, choć „zdecydowana większość spółek zagranicznych, których papiery wartościowe są notowane na rynku regulowanym wypełnia swoje obowiązki w sposób rzetelny i terminowy, prowadzi przejrzystą działalność i poprawnie komunikuje się z otoczeniem rynkowym”. „Jesteśmy zainteresowani pozyskiwaniem przede wszystkim spółek prywatnych z różnych sektorów, które będą w stanie zdobyć finansowanie na warszawskiej giełdzie. Tego typu przedsiębiorstwa zapraszamy do uczestnictwa w śniadaniach biznesowych, konferencjach, spotkaniach one-to-one oraz innych imprezach branżowych. Jednocześnie pozostajemy w kontakcie z naszymi europejskimi partnerami biznesowymi. Podkreślamy, że zależy nam na obecności na giełdzie zarówno polskich, jak i zagranicznych spółek, o solidnych fundamentach, spełniających wymogi dopuszczenia do obrotu na GPW” — informuje biuro prasowe GPW.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Chińskie centrum nie wypaliło w Warszawie