Co czeka złoto w 2019 roku?

Krzysztof Kolany, bankier.pl
opublikowano: 20-01-2019, 22:00

Jedno wiadomo na pewno: na koniec 2019 roku złoto po prostu będzie. Tej pewności nigdy nie możemy mieć względem emitentów akcji, obligacji, certyfikatów inwestycyjnych, a nawet walut narodowych czy giełd kryptowalut

Uważam, że każda rozsądna prognoza zaczyna się od analizy stanu obecnego. Wiemy, że światowa gospodarka dość szybko zwalnia. Prawdopodobnie trwa już recesja w Niemczech, we Włoszech, a może też w Japonii. W Chinach nawet oficjalny wzrost PKB prawdopodobnie jest najniższy od 20 lat. Do tego cierpią poturbowane po zeszłorocznym kryzysie walutowym gospodarki Turcji czy Argentyny. Przed dekoniunkturą bronią się jeszcze Stany Zjednoczone, ale nawet tam wskaźniki ISM sygnalizują ostre hamowanie gospodarki.

Do tego dochodzą perturbacje związane z amerykańsko-chińską wojną handlową, której wpływu jeszcze nie mieliśmy nieprzyjemności odczuć w wynikach globalnych korporacji. Ale które zapewne zobaczymy w nadchodzących miesiącach. Wiemy też, co się skończyło. Wyczerpał się fiskalny stymulans w Stanach Zjednoczonych. Europejski Bank Centralny właśnie zakończył „drukowanie” pieniędzy w ramach QE. Rezerwa Federalna obiecuje dwie kolejne podwyżki stóp procentowych na 2019 r. To czy, faktycznie ich dokona, to już osobna kwestia.

Zacieśnienie w spowolnieniu

Na razie wciąż zapowiada się na to, że banki centralne będą zacieśniać politykę monetarną, odchodząc od ultra-ekspansywnego nastawienia utrzymywanego przez poprzednią dekadę. A to w warunkach zwalniającego wzrostu gospodarczego oraz malejącej inflacji cenowej nie wróży dobrze ani realnej gospodarce, ani rynkowi akcji. Giełdowym korporacjom rosną koszty, ale nie za bardzo są w stanie przerzucić je na klientów. To, co w skali polskiej przez ostatnie dwa lata obserwowaliśmy wśród spółek z sWIG80, w 2019 r. możemy zobaczyć w skali spółek z S&P500.Doliczmy; do tego droższy kredyt, ograniczający lewarowane przejęcia i gigantyczne programu skupu akcji własnych przez amerykańskie korporacje, a otrzymamy gotowy przepis na bessę na Wall Street. Jeśli faktycznie do niej dojdzie, będzie to pozytywny czas dla złota traktowanego jako „bezpieczna przystań”.

Drugim czynnikiem wspierającym notowania królewskiego metalu jest spadek rentowności amerykańskich obligacji. Jeszcze w październiku amerykańskie 10-latki płaciły 3,26 proc. Wciąż bardzo mało jak na historyczne standardy, ale zarazem najwięcej od siedmiu lat. Nawet dwuletnia obligacja Wujka Sama oferowała prawie 3 proc. — najwięcej od przeszło 10 lat. Jeśli znaleźliśmy się w dezinflacyjnej fazie spowolnienia gospodarczego na świecie (o czym świadczy malejąca dynamika PKB, spadek inflacji CPI oraz gwałtowna przecena ropy naftowej), to najlepszą tegoroczną klasą aktywów powinny okazać się obligacje skarbowe. Ale złoto też nie powinno wypaść najgorzej, jeśli tylko rynkowe stopy procentowe maleć będą szybciej niż inflacja CPI. Na taki właśnie scenariusz się obecnie zanosi.

Rok żywych trupów

Przy tym nie możemy zapominać, że cały czas trwa kryzys nadmiernego zadłużenia. Choć w ostatnim czasie zdaje się on być mniej dokuczliwy, to w skali globalnej jesteśmy zakredytowani jak nigdy wcześniej. Na koniec 2017 r. świat był zadłużony na 237 bln USD — wynika z danych Institute of International Finance. Raptem kwartał później było tego już 247 bln USD — czyli o 11 proc. więcej niż rok wcześniej. Oraz równowartość 318 proc. światowego PKB.

Co to oznacza? Wbrew opinii wielu (większości?) współczesnych ekonomistów nie można się zadłużać w nieskończoność. Każdy cykl kredytowy kiedyś się kończy. Konsument w krajach rozwiniętych jest już przyciśnięty do muru i mocniej się nie zadłuży, aby kupić więcej domów, samochodów czy elektroniki. Zamiast konsumenta zadłużają się państwa. Dług publiczny Stanów Zjednoczonych lada moment przekroczy 22 bln USD i będzie o dwa biliony większy, niż był dwa lata temu. Na potęgę zadłużają się przedsiębiorstwa z krajów rozwijających się (w tym przede wszystkim z Chin). Relatywnie maleje za to zadłużenie sektora finansowego w krajach rozwiniętych. I to właśnie obligacje korporacyjne mogą stać się zapalnikiem kolejnej fazy kryzysu finansowego. Zdziwiliby się Państwo, ile notowanych na giełdach dużych spółek jest w zasadzie bankrutami. Czyli podmiotami funkcjonującymi tylko dziękitaniemu kredytowi. Według raportu bazylejskiego Banku Rozrachunków Międzynarodowych w 2016 r. co ósma spółka notowana na rynkach rozwiniętych spełniała kryterium firmy-zombie! To nie ma prawa się dobrze skończyć.

Trzy kluczowe zmienne

Zatem w rok 2019 wchodzimy w sytuacji gorszej niż przed rokiem. Nie znam jednak odpowiedzi na pytanie, czy to akurat w tym roku wywróci się ten finansowy domek z kart. Sądzę jednak, że tegoroczną sytuację — i to nie tylko na rynku złota — zdeterminują trzy w gruncie rzeczy polityczne decyzje. Utrzymany zostanie więc prymat polityki nad gospodarką — czyli prymat siły nad wolnym wyborem.

Po pierwsze, bardzo wiele zależy od tego, czy Jerome Powell odważy się jeszcze wyżej podnieść stopy procentowe w USA. Do niedawna wydawało się, że raczej tak. Że Fed będzie zaciskał politykę tak długo, aż czegoś nie złamie. Taka w końcu jego robota. Ale 5 stycznia 2019 roku szef Rezerwy Federalnej wykonał kolejną woltę, zapowiadając uległość i „elastyczność” wobec lobby finansowego. „Powell put” może być więc wydarzeniem roku 2019. Rynek już teraz nie wierzy w dwie podwyżki stopy funduszy federalnych deklarowanych przez większość członków FOMC w 2019 r. Co więcej, już na marzec pojawiają się oczekiwania na pierwszą obniżkę stóp w Fedzie. Ponadto Powell zasugerował możliwość złagodzenia QT, w ramach której Rezerwa Federalna „drenuje” pieniądz z systemu bankowego. Istnieje więc nie tak wcale mała szansa, że Fed zmieni politykę o 180 stopni i poluźni ją zamiast zacieśniać. A to byłaby bardzo dobra wiadomość dla cen złota. Zwłaszcza dla tych wyrażonych w USD, bo dolar bez wsparcia Fedu może sporo stracić względem euro czy jena.

Po drugie, kluczowym graczem pozostanie Donald Trump. Jeśli amerykański prezydent dokręci śrubę Chinom, to spór handlowy między dwoma mocarstwami może doprowadzić do regularnej wojny ekonomicznej. Za takim scenariuszem przemawia wyborczy kalendarz. Następne wybory prezydenckie w USA odbędą się dopiero jesienią 2020 r. Starający się o reelekcję republikanin może zachować kartę dealu z Chinami jako asa atutowego w szczycie kampanii. Zatem z politycznego punktu widzenia Donaldowi Trumpowi nie spieszy się do zawarcia tak wyczekiwanego przez wielki biznes i inwestorów kompleksowego porozumienia handlowego z Chińską Republiką Ludową. Jeśli jednak taka umowa zostałaby zawarta, byłby to czynnik bardzo niekorzystnie wpływający na kurs złota.

Po trzecie, równie dużo zależy od decyzji podjętych przez chińskie politbiuro. I nie chodzi tu tylko o skalę ustępstw wobec żądań Amerykanów na polu tzw. własności intelektualnej czy państwowych subsydiów. Politykę Państwa Środka warto obserwować na kilku płaszczyznach. Pierwszym jest rzecz jasna konfrontacja celna z USA. Drugą są wojownicze zapędy wobec Tajwanu czy obecności chińskiej floty na Morzu Południowochińskim, do którego Pekin uzurpuje sobie prawo. W obu przypadkach jest to rzucenie rękawicy Stanom Zjednoczonym. Trzecią płaszczyzną są chińskie deklaracje wobec złota. Zwłaszcza po tym, jak w styczniu Ludowy Bank Chin po raz pierwszy od ponad dwóch lat przyznał się do zwiększenia oficjalnych rezerw kruszcu. I wreszcie czwartym aspektem jest niedawna zmiana w polityce gospodarczej Pekinu. Po próbie otrzeźwienia gospodarkiz kredytowego melanżu chińscy komuniści doszli do wniosku, że lepiej powrócić do sprawdzonych (choć ryzykownych) wzorców z ostatnich lat. Pod presją ceł nałożonych przez USA oraz podwyżek stóp procentowych w Rezerwie Federalnej władze w Pekinie zdecydowały się na obniżkę podatków i poluzowanie polityki pieniężnej, aby pobudzić kulejący wzrost gospodarczy. Państwo i władze lokalne znów mają wydawać więcej na infrastrukturę, nawet jeśli ta nie ma ekonomicznego uzasadnienia. Państwowe banki zachęcane są do jeszcze hojniejszego pożyczania pieniędzy i tak już nadmiernie zadłużonym przedsiębiorstwom. Nie sposób przewidzieć, jak ten bezprecedensowy w historii świata kredytowy boom zakończy się w warunkach gospodarki centralnie planowanej zarządzanej przez polityków. Jak dla mnie szanse na spektakularny upadek „chińskiego smoka” stoją jak 1 do 3.

Scenariusze dla rynku złota

Aby trafnie przewidzieć rozwój wydarzeń na rynku złota, musielibyśmy znać odpowiedzi na trzy powyższe kwestie. Tyle że nawet wtedy nie moglibyśmy być pewnie reakcji rynku, która czasami bywa przewrotna. Wyobraźnia pozwala mi jednak zredukować liczbę najbardziej prawdopodobnych scenariuszy do czterech.

Pierwszy to globalna katastrofa gospodarcza. Bankierzy centralni popełniają kardynalne błędy w polityce monetarnej skutkujące kredytowym załamaniem i globalną recesją. Politycy dodatkowo psują sytuację, obkładając się (a raczej nas) cłami, sankcjami i embargami. Przez rynki przetacza się fala korporacyjnych bankructw, dewaluacji walut i bailoutów niewypłacalnych banków za wykreowane z powietrza pieniądze. W tle mamy jeszcze ryzyko militarnej konfrontacji Iranu z USA w Cieśninie Ormuz blokującej jakieś 20-30 proc. światowych dostaw ropy naftowej. Wtedy złoto jest królem i mówienie o docelowym poziomie cen staje się pozbawione sensu. Naprawdę mam nadzieję, że ten scenariusz się nie zmaterializuje i uważam go za najmniej prawdopodobny. Ale też nie mogę go wykluczyć. Scenariusz numer dwa zakłada utrzymanie zeszłorocznego kursu w polityce Rezerwy Federalnej. Wbrew styczniowym zapowiedziom Jerome’a Powella Fed utrzyma bez zmian QT i przynajmniej raz podniesie stopy procentowe. Byłaby to fatalna wiadomość dla rynków akcji i obligacji korporacyjnych, z groźbą poważnej recesji w USA na przełomie 2019/20. Jeśli równocześnie Donald Trump dociśnie Chiny i nie podpisze jakiegoś układu handlowego, to ceny złota mogą się znaleźć znacznie wyżej, niż są obecnie. W grę wchodziłoby nawet przełamanie mega-oporu, jakim w (nie tylko) mojej opinii jest poziom 1400 USD za uncję. Co prawda złotu szkodziłby wtedy mocny dolar i wyższe realne stopy procentowe w USA, lecz skala załamania na Wall Street zapewne skłaniałaby inwestorów do zacumowania kapitału w „bezpiecznych przystaniach” — czyli obligacjach skarbowych USA, złocie czy franku szwajcarskim. W tym scenariuszu ceny złota w złotym mogłyby zbliżyć się do rekordów z 2011 r.

Scenariusz trzeci jest mniej drastyczny. Zakłada on brak podwyżek stóp w Fedzie (lub nawet ich obniżkę), co zapewne zakończyłoby trend aprecjacji dolara i sprowadziło realną stopę procentową w USA poniżej zera. To także niezła kombinacja dla złota, które niesione na fali represji finansowej i słabości dolara powinno solidnie zyskać niezależnie do tego, co się wydarzy na rynkach akcji i w realnej gospodarce. Ale na wybicie powyżej 1400 USD/oz. W takim układzie bym nie liczył.

Czwarty wariant zakłada tylko jedną i ostatnią podwyżkę stóp procentowych w USA oraz jakąś formę złagodzenia wojny celnej z Chinami. Wtedy recesja w USA mogłaby się opóźnić do przyszłego roku, co pozwoliłoby odetchnąć inwestorom z Wall Street. Przy utrzymującej się wysokiej zmienności złoto nie byłoby jednak aż tak pożądane jak w ostatnich tygodniach. Raczej nie byłoby więc szans na aprecjację królewskiego metalu. Za to ponowny tekst wsparcia w postaci 1200 USD byłby zapewne nieunikniony.

Sprawdziłem też, co o perspektywach złota sądzą analitycy z największych światowych firm finansowych. I tu pojawia się pewne zaskoczenie. Na początku roku w bazie danych Bloomberga znajdowało się tylko 20 aktualnych prognoz. Wśród nieobecnych znalazł się m.in. bank Goldman Sachs. Zaskoczeniem nie był za to fakt, że mediana prognoz analityków zakładała, że na koniec 2019 roku cena złota będzie kształtowała się na poziomie zbliżonym do obecnego — czyli 1 290 dolarów za uncję.

Największymi sceptykami co do tegorocznych możliwości złota są eksperci australijskiego Westpac Banking oraz francuskiego BNP Paribas. Połowa prognoz zakłada utrzymanie się notowań królewskiego metalu w przedziale 1200-1300 USD. Największymi optymistami zostali analitycy niemieckiego Commerzbanku, z oczekiwaną ceną 1500 USD wyprzedzając nawet dyżurnych goldbugów z Incrementum AG.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany, bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy