Czytasz dzięki

Co zrobią klienci funduszy dłużnych?

  • Emil Szweda
opublikowano: 07-06-2020, 22:00

Rosnące szybko rentowności obligacji USA i Niemiec (mimo aktywności banków centralnych) to potwierdzenie transferu pieniędzy z rynków dłużnych na rynki akcji. Jednak ten ruch może mieć także nieprzyjemne konsekwencje.

O trwałym charakterze przesądzić może ogólna sytuacja — rekordowo niskie stopy procentowe oraz skup obligacji skarbowych przez banki centralne powodują, że rentowności papierów skarbowych osiągnęły w tym roku rekordowo niskie poziomy, wręcz niewyobrażalnie niskie z perspektywy choćby półrocznej. Ale aby fundusze obligacji skarbowych mogły nadal zarabiać, rentowności musiałyby nadal spadać (a ceny rosnąć), lecz w przeciwieństwie do akcji ceny obligacji nie mogą „rosnąć do nieba”, bo w pewnym momencie rentowność staje się nieakceptowalnie ujemna. O ile więc rajd obligacji skarbowych przyniósł słodkie owoce posiadaczom funduszy obligacji, o tyle wcześniej czy później wyniki funduszy muszą radykalnie się pogorszyć.

Już samo utrzymanie rentowności na niskim poziomie to zbyt mało, aby wypracować dobry zwrot, bo jeśli fundusz kupuje papiery z rentownością 1,4 proc., a bierze 1 proc. za zarządzanie, to dla klientów zostaje 0,4 proc. minus podatek. Tymczasem rentowność krótkich obligacji jest jeszcze niższa, płynnościowe fundusze są matematycznie skazane na ujemne stopy zwrotu. A to i tak jest wariant optymistyczny, bo wzrost rentowności — wynikający z tego, że inwestorzy wycofują pieniądze z funduszy, zmuszając je do sprzedaży obligacji — powodujespadek notowań obligacji i może pogłębić ujemne stopy zwrotu funduszy. Co naturalnie może zachęcić kolejnych inwestorów do podjęcia takiego samego działania. Pytanie, czy tak właśnie się stanie i co jeszcze może z tego wyniknąć.

Parasol ochronny nad rynkami obligacji trzymają wprawdzie nobliwe instytucje, takie jak banki, ubezpieczyciele czy fundusze emerytalne (już nie w Polsce), które ustawowo lub statutowo muszą trzymać obligacje skarbowe. Niemniej ich bilanse w okresie recesji, spadku zysków i wolniejszego przyrostu kapitału mogą nie pomieścić podaży nowych emisji. Ostatnią instancją są więc banki centralne, które mają — zdawałoby się — nieskończoną pojemność. Ale być może nie w sytuacji, w której przepływ między rynkiem obligacji i akcji ma charakter nagły i jest przeprowadzany na dużą skalę. A skala wzrostu indeksów giełdowych przyciąga uwagę i wzbudza zazdrość tych, który widzą, jak ich inwestycje w obligacje utknęły w miejscu i zaczynają przynosić straty (na rynkach dojrzałych).

Nie oznacza to, że sprawa jest przesądzona, ale 1,7 proc. na amerykańskich 30-latkach widzieliśmy ostatnio w połowie marca (gdy rynek panikował z braku płynności), niemieckim 10-latkom zabrakło w piątek 12 pkt bazowych, by osiągnąć najwyższą rentowność w tym roku. Niemniej zabrakło, więc możliwe także, że chętnych do kupowania tej podniesionej w ostatnim tygodniu rentowności także nie zabraknie, a alarm był fałszywy. Gdyby jednak tak się nie stało, lepiej nie spuszczać tego rynku z oka, bo tylko niskie rentowności obligacji trzymają globalne zadłużenie pod jako taką kontrolą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Emil Szweda, Obligacje.pl

Polecane