Jan Kolański rezygnuje z dowodzenia. Zatrudnia dyrektora generalnego i tworzy grupę spożywczą.
Jan Kolański podjął mnie w kalorycznym stylu.
— Proszę się poczęstować, mamy taką nową bombonierkę.
— A mogę zobaczyć rozpiskę czekoladek? Marcepan — zdecydowałem po chwili.
— Tę samą czekoladkę i ja lubię — rzucił właściciel Jutrzenki, Kaliszanki, Goplany, Helleny i Ziołopeksu.
Szybko się okazało, że przygotował dla mnie jeszcze większe frykasy. Informacyjne.
Kolański po długim weekendzie rozpocznie przekazywanie zarządzania swoją grupą dyrektorowi generalnemu. Docelowo chce zostać szefem rady nadzorczej holdingu. Nazwisko najemnego specjalisty poznamy za kilka dni. W Jutrzence zapadła też ostateczna decyzja o stworzeniu międzynarodowo rozpoznawalnej marki grupy. Jutrzenka zleciła wybór nowej marki dla wschodnioeuropejskiego holdingu spożywczego renomowanej firmie doradczej. Udało nam się ustalić, że padło na nazwę Colian — od nazwiska Jana Kolańskiego
Potrzeba specjalisty
W Colianie (Jutrzenka będzie jednym ze znaków towarowych) zostaną skupione wszystkie trzy dywizje grupy. Segmenty kulinarny, słodyczy i napojów mają się uzupełniać (latem: oranżady, zimą: słodycze, cały rok: przyprawy). Kolański wprost przyznaje, że bierze przykład z najlepszych międzynarodowych koncernów spożywczych. Grupa Jutrzenka wprowadza zintegrowany system komputerowy. Dzięki niemu łatwiej udaje się zarządzać spółką, której zakłady są rozsiane niemal po całej Polsce.
— Siedzibą spółki jest Opatówek koło Kalisza. Tylko jeden z członków zarządu będzie rezydował w Bydgoszczy. Centrum finansowo-księgowe grupy będzie w Opatówku. W Poznaniu umieścimy zaś marketing i zakupy, jako że tam łatwiej o fachowców z tej branży. Centrum logistyczne w III kwartale tego roku oddamy w Kostrzynie pod Poznaniem — zapowiada Jan Kolański.
Nawiązuje także do angażu dyrektora generalnego.
— Firma dynamicznie się zmienia. Potrzeba nowych sił i specjalisty od zarządzania operacyjnego. Trochę też próbują mnie przesunąć w kierunku konsumpcji sukcesu. Choć bycie rentierem nie leży w moim charakterze, więc nadal zamierzam kreować strategię dalszego rozwoju naszej organizacji oraz sprawować aktywny nadzór — wyjaśnia Kolański.
W branży od kilkunastu miesięcy szepce się, że Jutrzenka ma chrapkę na odkupienie Wedla od Cadbury. Właśnie przeprowadziła emisję akcji serii C i chce przeprowadzić emisję akcji serii D. Pierwsza oferta 4,58 mln akcji była skierowana do Jana Kolańskiego w zamian za wniesione udziały Kaliszanki i Ziołopeksu. Kolejne 1,4 mln walorów serii D trafi do inwestorów kwalifikowanych, z wyłączeniem prawa poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy. W prospekcie stoi zaś, że pieniądze z tej emisji mają umożliwić budowę centrum logistycznego i rozbudowę zakładu w Bydgoszczy oraz przejęcia.
— Z Wedlem to kaczka dziennikarska. Dla naszej organizacji lepszą drogą byłoby kupno jakiejś marki obecnej i silnej za granicą. W Polsce — jeżeli już byśmy chcieli przejmować — to w dywizji kulinarnej. Przede wszystkim jednak inwestujemy ostatnio w markę Appetita. Poszły na to duże pieniądze — wyjaśnia Kolański.
Grupa Jutrzenka przystosowała też kilka marek swoich słodyczy do warunków międzynarodowych. Jeżyki nazywają się clue, wafle familijne — familiy’s.
Prezes potwierdza, że jego ostatnia inwestycja, reaktywacja Helleny okazała się trafiona.
— Zastanawialiśmy się, czy nie odświeżyć marki — tak jak z Goplaną. Ale sprzedaż jest bardzo obiecująca, choć letni sezon dopiero przed nami, więc z tego zrezygnowaliśmy. Marka Hellena jest wciąż bardzo silna, świadczy o tym choćby wprowadzenie na rynek przez konkurentów jej podróbki. To jest dobry biznes — uruchomienie produkcji i marketing finansujemy ze sprzedaży zbędnych części przejętego majątku Helleny. Mamy z tego kilka milionów złotych, a docelowo zarobimy kilkanaście — mówi Kolański.
Alergia i przeciwności
Otwieramy po grześku, flagowym produkcie Kaliszanki. Firmowa legenda krótko tłumaczy, skąd wzięła się nazwa konkurenta prince polo i princessy. W dziale technologii w zakładzie w Kaliszu pracowała dziewczyna, która miała chłopaka Grześka.
— Moje motto — „dzień bez Grześka to dzień stracony”. Jestem łasuchem niezdyscyplinowanym. Każę nie stawiać na stole lub biurku słodkości, bo jem, póki nie zobaczę dna. Nie lubię tylko produktów z cappuccino — puszcza oko Jan Kolański.
Tym razem się nie zgodziliśmy — cappuccino akurat lubię.
Jan Kolański, zwany polskim królem słodyczy, nie narodził się jednak wraz z grześkami. Pierwsze kroki w biznesie stawiał w szkole średniej, pod Peweksem — jako cinkciarz — co wcale nie było wtedy wstydem, szczególnie dla młodego chłopaka. Potem handlował kuchenkami. Wypłynął wspólnie z żoną na początku lat 90., gdy na większą skalę zaczął importować przyprawy, herbatę i bakalie. Torebki z majerankiem kilka pracownic Kolańskich napełniało i sklejało w ich gospodarstwie w Piątku Dużym, dwa kilometry od Piątka Małego, gdzie dziś mieści się centralny magazyn Ziołopeksu. W 1991 r. Kolański sam rozwoził je po sklepach.
— Miałem 27 lat. Przyjeżdżali do nas Hindusi i ciągle mnie pytali, kiedy przyjdzie ojciec. Zgodnie z tradycją hinduską interesy prowadzone są rodzinnie i czekali na seniora rodu. Z przyprawami najbardziej jestem związany przez bardzo udany biznes i alergię na przyprawy. Jak otworzę pieprz, to kicham ze 12 razy — śmieje się Jan Kolański.
Po zbudowaniu w Wykrotach nowoczesnego zakładu Ziołopex stał się jednym z największych graczy na rynku przypraw (ma blisko 15 proc. udział). W 2001 r. Jan Kolański zaczął skupować akcje giełdowej Jutrzenki i wszedł do jej rady nadzorczej. W 2004 r. został jej prezesem.
Wspomina, że podjął decyzję o wejściu w inną branżę po tym, jak w 2001 r. wyliczył, że rynek przypraw jest wart ledwie około pół miliarda złotych. O słabo wycenianej Jutrzence przeczytał nie gdzie indziej, tylko w „PB”.
Po przejęciu przez Kolańskiego cukiernicza firma zaczęła szybko się rozwijać, w czym pomogło m.in. przejęcie Goplany od Nestlé, a także zakup Kaliszanki i Helleny.
— Z perspektywy czasu myślę, że o naszym sukcesie zdecydowały nie tylko inwestycje w marki ale także odporność na przeciwności losu. A było ich kilka — mówi Jan Kolański.
Pierwsza? W 1994 r. zatrzymano w porcie w Gdyni kontenery z przyprawami dla Ziołopeksu. Zarzut — salmonella. Po trzech miesiącach okazało się, że salmonelli nie ma. Postój kosztował Kolańskiego dodatkowe 30 proc. do ceny zakupu (0,3 proc. za każdy ze 100 dni). Biznesmen, by szybko wrócić do równowagi finansowej, zaczął stosować dumping, ale gotówkowy — tony pieprzu, ziela angielskiego po atrakcyjnych cenach rozeszły się po Polsce w mig. Kolański co prawda odzyskał tylko część pieniędzy, ale wzbudził spore zaufanie w branży i stał się drugim, obok monopolisty Agrosu, graczem na hurtowym rynku przypraw.
— To była szybka kariera od widma bankructwa do milionera. I mocnego importera przypraw z Indii czy Sri Lanki. Na dodatek, po czasie, po wygranej w NSA odzyskałem niesłusznie pobraną w porcie opłatę manipulacyjną wraz z odsetkami — wspomina Kolański.
Na jego firmę szybko spadły jednak kolejne kłopoty. W 1995 r. — na fali walki z prywaciarzami — z całej Polski ściągnięto faktury Ziołopeksu. Nic nie znaleźli. Niemal od razu potem do firmy wkroczył fiskus. Pracownicy wspominają, że kontrolerka z UKS, która wtedy przyszła, nawet wody z Ziołopeksu nie chciała się napić. Przynosiła swoją. Z takim nastawieniem musiała coś znaleźć.
Ziołopex — jej zdaniem — źle naliczał VAT od wiór- ków kokosowych. Najpierw 22 proc., potem wskutek odmiennej interpretacji naliczał przez trzy lata 7 proc. Ostatecznie wrócił do 22 proc. Skarbówka nakazała więc zwrócić 15 proc. za okres naliczania niższego VAT.
— Oprócz odsetek dostaliśmy 1,7 mld starych złotych domiaru. Astronomiczna wtedy dla nas suma. Znów wyprzedaliśmy wszystko. Żeby móc się odwoływać — najpierw należało zapłacić karę. Na dodatek w tym samym czasie — w Szczytnie, ukradli nam nowy nieubezpieczony jeszcze samochód w leasingu, przez co musieliśmy zwracać odliczony VAT, podatek dochodowy i całą wartość auta. Byłem załamany — opowiada Kolański.
Kolejne dwa lata walczył o VAT za wiórki kokosowe i znów wygrał.
— Po czasie można powiedzieć, że była to dobra inwestycja — wspomina.
Uśmiech i duma nie pojawiają się jednak na jego twarzy. Wspólnie z żoną prowadzili wtedy firmę na majątku, który żona odziedziczyła od rodziców.
— Gdyby nas wtedy zlicytowali, wylądowalibyśmy na bruku — zapewnia.
Dziś Kolańskiemu taki obrót sprawy na pewno nie grozi. Majątek małżeństwa wyceniany jest na 560 mln zł. Po trudnych początkach Jana Kolańskiego pozostało więc tylko wspomnienie. n
Rafał Kerger
