Cyfrowa edukacyjna kość niezgody

opublikowano: 07-03-2013, 00:00

Wydawcy szukają sojuszników w walce o kształt e-rewolucji w szkołach. Resortu edukacji to nie wzrusza

Za 2,5 roku polscy uczniowie mają otrzymać dostęp do 18 multimedialnych e-podręczników, przygotowywanych w ramach wartego 45 mln zł programu „E-podręczniki do kształcenia ogólnego”. Kształt cyfrowej rewolucji od dawna budzi sprzeciw wydawców edukacyjnych, którzy twierdzą, że spowoduje ona m.in. znaczny spadek wartości szacowanego na 1 mld zł rynku tradycyjnych podręczników. Wydawcy boją się, że e-podręczniki — stworzone pod państwową pieczą, darmowe i udostępniane na wolnych licencjach — będą wybierane przez większość nauczycieli niezależnie od ich jakości i wypchną z rynku komercyjnie produkowane książki. Spór wydawców z Ministerstwem Edukacji Narodowej (MEN), w którym widziano już m.in. bojkoty przetargów i groźby pozwów, może niedługo wybuchnąć ze zdwojoną siłą — wydawcy liczą bowiem na to, że po ich stronie stanie Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji (MAiC). Jak wynika z naszych informacji, do resortu kierowanego przez Michała Boniego ma wkrótce trafić e-podręcznikowe memorandum Polskiej Izby Książki.

None
None

— Z nadzieją przyjęliśmy zaproszenie ministra Boniego do rozmów nad kształtem e-podręczników i przygotowania memorandum, opisującego stanowisko w tej sprawie. Jest ono na ukończeniu, liczymy więc na kontynuację współpracy — ale powinno w niej uczestniczyć nie tylko MAiC, ale też resort edukacji — mówi Jerzy Garlicki, prezes Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych (WSiP).

Resort edukacji podkreśla, że dotychczas problemów z dialogiem nie miał.

— Znane jest nam stanowisko wydawców w kwestii tego projektu, jesteśmy jednak przekonani, że jego realizacja jest celowa i przyniesie pozytywne rezultaty w postaci zwiększenia wykorzystywania nowoczesnych technologii i cyfrowych zasobów edukacyjnych w nauczaniu — komentuje biuro prasowe MEN.

Kaganiec zamiast kaganka

Polska Izba Książki i należący do niej wydawcy edukacyjni uważają, że „cyfrowa szkoła” zorganizowana pod ministerialne dyktando zabije wolną konkurencję i negatywnie odbije się na jakości kształcenia. Do walki na słowa po ich stronie ostatnio przyłączyła się także Europejska Grupa Wydawców Edukacyjnych (EEPG), zrzeszającafirmy zarabiające na podręcznikach w 22 krajach na kontynencie.

— Bez rynkowej konkurencji między wydawcami nie ma dobrych podręczników — doświadczenia europejskie uczą, że w rankingach jakości kształcenia przodują kraje, w których państwowe ingerencje w treść i formę materiałów edukacyjnych są ograniczone. Powód jest prosty: wydawcy szybciej i sprawniej mogą reagować na wszystkie nowinki, a różnorodne treści łatwiej dopasować do uczniów — mówi Teuvo Sankila, przewodniczący EEPG.

W Polsce do EEPG należą WSiP. Prezes wydawnictwa podkreśla, że wydawcy na cyfrową rewolucję są gotowi i od dawna dysponują rozwiązaniami multimedialnymi, ale… — W sprawie cyfrowych podręczników resort edukacji — zamiast wskazywać kierunek zmian i kontrolować rezultaty — próbował dotychczas wymyślić koło od nowa. Upierał się przy przeprowadzeniu reformy bez uwzględnienia głosu wydawców.

Tymczasem to zbyt ważna sprawa, by MEN miało pełną odpowiedzialność za realizację projektu i równocześnie kontrolę — mówi Jerzy Garlicki.

Fikcyjna rewolucja

Wydawcy zwracają też uwagę na to, że darmowe cyfrowe zasoby edukacyjne są już dostępne w internecie — ale szkoły się po nie nie garną.

— Unia Europejska pięć lat temu stworzyła LRE — wspólną internetową platformę wymiany zasobów edukacyjnych, które za darmo dostarczali m.in. wydawcy. I co? I nic — na platformie jest co prawda 120 tys. zasobów, ale niemal nikt z nich nie korzysta, bo są nieaktualne, przestarzałe, chaotyczne — albo wszystko na raz — mówi Preben Späth, dyrektor generalny EEPG. Resort edukacji z dystansem podchodzi do tych zarzutów.

— Obawy, że nauczyciele nie będą potrafili czy też chcieli korzystać z cyfrowych zasobów — w tym także e-podręczników — są bezpodstawne, o czym świadczą choćby wyniki przeprowadzonego przez nas wśród nauczycieli sondażu. Prawie wszyscy już korzystają z platform oferujących otwarte zasoby edukacyjne, takich jak Scholaris czy Wikipedia, a dla 60 proc. są one codziennym narzędziem pracy — informuje biuro prasowe MEN.

Przeciąganie liny

Zdaniem Jerzego Garlickiego, rynek podręczników musi się zmienić wraz z technologią — ale nie w taki sposób, jaki forsuje resort edukacji. — Kurczowe trzymanie się jednego rozwiązania zwiększa ryzyko porażki. My, wydawcy, mamy doświadczenia w tym zakresie — także nieudane — i znamy podobne projekty realizowane w innych krajach. Możemy to zrobić mądrzej i lepiej, pozostawiając MEN nadrzędną rolę — wskazywanie kierunków rozwoju edukacji oraz kontrolę nad ich wdrażaniem — mówi Jerzy Garlicki.

MEN przekonuje, że w ramach cyfrowej rewolucji niczego nikomu nie narzuca, a na współpracę z nim przy tworzeniu e-podręczników zdecydowała się m.in. „największa na rynku grupa wydawnicza” (Grupa Edukacyjna).

— Nauczyciel, tak jak obecnie, będzie miał prawo wyboru podręczników i korzystania z innych zasobów. Elektroniczne podręczniki poszerzą ofertę, natomiast z pewnością nie zastąpią podręczników komercyjnych — uspokaja biuro prasowe MEN.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane