Po 34 latach od wprowadzenia stanu wojennego jego rocznica miała znaczenie nie tylko historyczno-symboliczne, lecz bezpośrednio przełożyła się na bieżącą sytuację polityczno-społeczną. Pojedynek na wielotysięczne marsze, najpierw 12 grudnia przeciwników, a potem 13 grudnia zwolenników demokratury Prawa i Sprawiedliwości to dopiero początek — taka będzie cała kadencja.

W kontekście starcia o Trybunał Konstytucyjny aż się prosi przypomnienie okoliczności prawnych sprzed 34 lat. Konstytucja PRL ustanowiła najwyższym organem władzy Sejm, obradujący co najmniej dwa razy do roku na sesjach, trwających po kilka lub kilkanaście tygodni. Rada Państwa w przerwach między sesjami miała prawo wydawania dekretów z mocą ustawy, przedstawianych do zatwierdzenia na najbliższej sesji Sejmu. Akurat 12 grudnia 1981 r. trwała taka sesja, zatem przyjęty w tymże dniu przed północą pakiet dekretów o stanie wojennym był konstytucyjnie oczywiście bezprawny.
Niemniej Sejm zwołany 25 stycznia 1982 r. uchwalił ustawę zatwierdzającą dekrety, stwierdzając w preambule, że „dla efektywnego przywracania pokoju społecznego i odbudowy życia gospodarczego kraju było niezbędne podjęcie nadzwyczajnych środków prawnych nieprzewidzianych w dotychczasowych ustawach”. Notabene 16 marca 2011 r. Trybunał Konstytucyjny pod przewodem Andrzeja Rzeplińskiego orzekł, że dekrety Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. są niezgodne z obecną Konstytucją RP w związku z przepisami byłej Konstytucji PRL.
Odkurzam ustawę z 1982 r. jako dowód, że parlament potulnie wykonujący dyspozycję najwyższego władcy może uchwalić absolutnie wszystko. Oczywiście tamten mandat decyzyjny Wojciecha Jaruzelskiego oraz dzisiejszy Jarosława Kaczyńskiego są kompletnie inne — wtedy czołgi, teraz kartka wyborcza. Ale obu wodzów jednoczy pragnienie zawłaszczenia i podporządkowania sobie wszystkich instytucji państwa, od trybunału po ostatniego referenta w gminie.
Następstwem stanu wojennego był wieloletni zastój cywilizacyjny i gospodarczy Polski. W dekadzie lat 80. traciliśmy dystans nie tylko do zachodniej Europy, lecz nawet do sąsiadów z Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, chociażby takich jak Czechosłowacja czy Węgry. Również dla państw obozu moskiewskiego szokiem były nasze kartki na żywność czy buty. To właśnie klęska gospodarcza była, obok polskiej niepokorności, powodem rozpoczęcia się w 1989 r. upadku tzw. realnego socjalizmu właśnie u nas.
Ścisły związek między narodowym poczuciem wolności a rozwojem sił wytwórczych jest oczywistością. Dlatego na zakończenie przypominam rzeczywiste rozstrzygnięcie wyborcze suwerena (modny ostatnio termin) z 25 października. Zwycięskie PiS otrzymało w wyborach do Sejmu 5 711 687 głosów, czyli niecałe 18,7 proc. spośród 30 629 150 uprawnionych Polaków.
Przy dużej absencji wyborczej, zgodnie z przeliczeniową metodą d’Hondta ten przeciętny wynik dał 100 proc. władzy, co jest prawnie niepodważalne, chociaż arytmetycznie i logicznie szokujące. PiS otrzymało jednak mniejszościowy/większościowy mandat do sprawnego administrowania państwem i stwarzania warunków do jego rozwoju, ale absolutnie nie do zawłaszczania naszych myśli.