Półwysep Helski Kusi niczym blondynka na plaży. Czym? Tym samym: wdziękami i obietnicą mile spędzonego czasu.
Coraz czystsza woda w morzu — znów pojawiły się meduzy — białe plaże, urok przedwojennych kurortów. Na Helu da się zapomnieć o troskach.
Na murze w Rumii, przy drodze z Gdyni na Półwysep Helski, ktoś nabazgrał sprejem napis „Rout to Hel”. Pewnie desperat, któremu odbiło po kilku godzinach stania na słońcu w kilometrowym korku na półwysep. W lecie to standard. Bo droga miejscami wąska, choć malownicza. I jedyna. A letników jak mrówek. Więc stoją. Tylko po kiego czorta pchają się na Hel?
W ślizgu
Wieje lekki wiaterek. Jakaś czwóreczka. Kto żegluje, ten wie. Wystarczy, żeby rozbujać lekką łódkę. Dla deskarzy jeszcze nie euforia, ale kto żyw, wrzuca duże szmaty na maszt i heja na Zatokę Pucką. Miejsce wymarzone, płytkie dno ciągnie się miejscami nawet kilometr w głąb zatoki. Płyniesz, płyniesz i gdy już myślisz o głębinach, okazuje się, że woda jest niewiele głębsza niż w wannie.
W okolice Chałup i Jastarni zjeżdżają amatorzy windsurfingu i kitesurfingu z całej Polski. To ich mekka. W pogodny dzień zatoka jest usiana żaglami. Jakimś cudem nie wpadają na siebie, choć większość sunie ostrym ślizgiem. Przy odrobinie szczęścia miniecie Zosię Klepacką lub Wojtka Brzozowskiego.
Gdy wiatr ustanie, czas na grilla. Rzecz jasna, przed własnym namiotem lub przyczepą na jednym z kilku kempingów w okolicy Chałup lub na jedynym sensownym pod Jastarnią. Kempingu? Niejeden prezes skrzywi się na myśl o dreptaniu w klapkach pod prysznic lub o słuchaniu wieczorami harcerskich piosenek śpiewanych przez bardów z trądzikiem. Nic podobnego. Współczesny kemping to coś na wzór salonu samochodowego w Genewie lub klubu biznesowego. Łatwo tu spotkać prezesów spółek giełdowych czy gwiazdy mediów, marzących o chwili spokoju i dobrym wietrze. Co nie oznacza, że ceny kempingów nie różnią się od cen w Hiltonie. Przeciwnie, są takie, jak wszędzie. Co ciekawe, mimo że hoteli i pensjonatów na półwyspie przybywa, mieszkają w nich głównie niedawni amatorzy kempingów. Z wyjątkiem Chałup.
Chałupy welcome to
Dzięki słynnej piosence Zbigniewa Wodeckiego „Chałupy welcome to” mieścinkę poznała cała Polska. Ma dwie zalety. Zatrzymuje się w niej ekspres z Warszawy i ma plażę. Nudystów. Na niej przed laty można było spotkać, co najmniej topless, śmietankę polskich aktorów, np. Beatę Tyszkiewicz, Krzysztofa Kolbergera czy Stefana Friedmanna.
I choć plaża pozostała, dni chwały minęły. Tekstylni nie toczą wojen z nudystami na przeciwsłoneczne parasolki, a ci nie gonią z wydm emerytów z lornetkami. Zresztą tych ostatnich coraz mniej. Bo i co tu podglądać? Wszak współczesne serialowe gwiazdki to nie Beata Tyszkiewicz. Nikt też nie zakopuje na noc parawanów w grajdołkach. Wszystko się zmienia. Ale nie Chałupy. Bo klimat dawnych lat pozostał.
Krzyżacy i wrony
Nie wszyscy wiedzą, że Wyspy Wielkanocne nie są jedynymi, które mają cokolwiek wspólnego z Wielkanocą. Na okolicznych łąkach pod Jastarnią łatwo dostrzec żółte kwiatki przypominające kaczeńce. To jaskry. A po kaszubsku Jastra (nie jaskra) to Wielkanoc. No i mamy Jastarnię. Przechadzając się jej wąskimi uliczkami, z dala od stoisk z popcornem i pamiątkami, nikomu do głowy nie przyjdzie, że swój urlop zawdzięcza Krzyżakom. Oni w XIV wieku założyli rybacką osadę Hastarnia, która wtedy prawdopodobnie znajdowała się na wyspie.
Przez stulecia tutejsi rybacy wiedli spokojne życie. Ale niełatwe. Dlatego łączyli się w maszoperie (odpowiednik spółki). Ich członków, maszopów, obowiązywała zasada równości i solidarności. Łowili wspólnie, dzielili się solidarnie, a zyski rozdzielali po równo. Zadanie to należało do szypra, który co niedziela dzielił zyski ze sprzedaży ryb. Na koniec stawiał wszystkim, a to bajersz (bawarskie piwo), a to rybackie wino (m.in. z eteru, cukru i octu). Czasem jadło się wrony łapane w sidła. Do dzisiaj najpopularniejszą nazwą tutejszych knajp, kempingów i pensjonatów jest Maszoperia. I kto wie, czy mieszkańcy Jastarni nadal nie jedliby wron, gdyby nie linia kolejowa zbudowana po I wojnie światowej. Dzięki niej Jastarnia z wioski rybackiej stała się modnym kąpieliskiem. Ale nie tak modnym jak pobliska Jurata, dzielnica Jastarni, kurort zbudowany od zera.
Wywczasy z ministrem
Wiecie, skąd się wziął bursztyn w Bałtyku? To szczątki legendarnego pałacu bogini Juraty. Co ciekawe, Jurata jest litewską boginią Bałtyku. Legenda głosi, że zakochała się w rybaku. Jej ojciec — Gorka, bóg morza — o mezaliansie nie chciał słyszeć. Zakazał córce schadzek z rybakiem. Myślicie, że pomogło? Rozgniewany nie na żarty ojciec roztrzaskał podwodny pałac córki zbudowany z bursztynu — i to jego szczątki można znaleźć na helskich plażach. Tyle legenda. Historia Juraty jest prozaiczna. Powstała od zera kilometr od Jastarni, za sprawą obrotnych przemysłowców z Warszawy, którzy w 1928 roku założyli Spółkę Akcyjną Jurata i na wykupionych 150 ha zbudowali uzdrowisko na europejską skalę. Pierwsze takie w Polsce. Tu zjeżdżały na wywczasy elity finansowe, intelektualne i artystyczne z całej Polski.
Urok Juraty polega na tym, że sporo pozostało z atmosfery tamtych lat. Wciąż przyjmuje gości willa Kossakówka, w której Wojciech Kossak miał swoje atelier i w której wypoczywały Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i jej siostra Magdalena Samozwaniec. Modernistyczne wille i pensjonaty Florida, Wielkopolanka, Marina, Hungaria, Mewa, Marysieńka, Bałtyk, Mira, Mrozik, Helunia, Przedwiośnie działają do dziś. Podobnie jak najbardziej znane i ekskluzywne wówczas miejsce — hotel Lido. Gościli w nim: gen. Władysław Sikorski, Jan Kiepura czy Eugeniusz Bodo. Na miejscu dawnego Cafe-Cassino, w którym bawili się m.in.: Ignacy Mościcki, minister Józef Beck czy hrabiostwo Potoccy, dzisiaj stoi hotel Bryza Zbigniewa Niemczyckiego. I choć bawią się tu wszyscy, atmosfera przedwojennego kurortu pozostała. Dla niej warto tu przyjechać, a przede wszystkim dla pięknych, białych i szerokich helskich plaż (na których ludzi jest wciąż niewielu), coraz czystszej wody w morzu i Zatoce Puckiej (znowu pływają meduzy), leśnych przechadzek i rowerowych wojaży po znakomitych ścieżkach.
Na Helu da się zapomnieć o troskach, pod warunkiem że postawimy na naturę, nie na pamiątki z wakacji.
Gdzie pływać
- Najlepsze miejsca dla miłośników windsurfingu i kitesurfingu to okolice Chałup, zwłaszcza na wysokości kempingu Chałupy IV, oraz fragment zatoki przed Jastarnią na wysokości kempingu Maszoperia. Na morze nie warto się wybierać, bo wiatr wieje tam znacznie słabiej i kręci. Do tego na całej długości półwyspu są wbite falochrony. Dlatego nikt tam nie pływa. Praktycznie na każdym kempingu są szkoły wind- i kitesurfingu. I tawerny.
Gdzie zjeść
- Najlepsze ryby, zwłaszcza śledzie po kaszubsku i dorsze, podaje restauracja Maszoperia w Jastarni przy ul. Mickiewicza. Stylowe wnętrza, umiarkowane ceny i bogaty wybór ryb wędzonych lub marynowanych. Świeże i dobrze podane ryby, zwłaszcza flądrę, znajdzie się w jedynej knajpce w porcie Jastarnia. Pyszne węgorze i wędzone szproty zje się w restauracji przy wjeździe do Kuźnicy, która jednak nie należy do najtańszych.
Gdzie mieszkać
- Szukając noclegu, najprościej zgłosić się do punktu informacji turystycznej w centrum Jastarni przy dworcu PKP (ul. ks. Stefańskiego). Od ręki otrzymamy listę wolnych kwater prywatnych, miejsc w hotelach i na kempingach (tel. 058-675-20-97 [email protected]). Miejsca na kempingach lepiej rezerwować wcześniej, zwłaszcza gdy chcemy postawić przyczepę kempingową, bo łatwiej o kwaterę niż o miejsce na kempingu.
