W minionym tygodniu nastroje inwestorów giełdowych nie były optymistyczne. George Soros, jeden z najsławniejszych inwestorów, stwierdził, że recesja w USA jest nieunikniona, a dodatkowo — najgorsze z kryzysu kredytowego może dopiero nadejść. Jego zdaniem, system finansowy jest właśnie pierwszy raz od 30 lat na krawędzi pęknięcia, a zapatrzony głównie na problem inflacji EBC utrzyma przewartościowanie euro. O co najmniej 50-procentowym ryzyku wystąpienia recesji w USA i słabnącej tamtejszej gospodarce mówił natomiast Alan Greenspan. Były szef Fedu pochwalił przy okazji przejęcie przez administrację rządową kontroli nad Fannie Mae i Freddie Mac, instytucjami gwarantującymi większość zagrożonych kredytów hipotecznych w USA.
Po tym geście, który może kosztować amerykańskich podatników nawet 200 mld dolarów, inwestorzy wpadli w euforię. Spodziewali się uspokojenia na rynku finansowym i powrotu do stabilności. Poniedziałkowe wzrosty indeksów szybko zostały jednak zatrzymane przez graczy, którzy chętnie pozbywali się akcji podczas wybicia. Inwestorzy szybko zdali sobie sprawę, że skoro w dramatycznej sytuacji znalazły się dwie wielkie instytucje finansowe, to prawdopodobnie inne też nie mają się dobrze. Potwierdziły to zresztą fatalne wyniki Lehman Brothers, którego kurs stopniał w kilka dni o 80 proc.
W takiej sytuacji podaż bez problemu przejęła inicjatywę i dopiero w piątek zobaczyliśmy w Warszawie wzrostową sesję. Z szafy nie wypadł bowiem już żaden trup. Odreagowanie nastąpiło jednak po trzech dniach spadków i nie poprawiło bilansu tygodnia (indeks szerokiego rynku stracił 1,8 proc., a gigantów 2 proc.). W czwartek WIG20 zbliżył się przy tym niebezpiecznie do lipcowego dna przy 2412 pkt.
Niepewność graczy wzmogły złe dane z rynku pracy, szybko zwiększający się w USA deficyt handlowy i zaskakująco mocno spadająca sprzedaż detaliczna. Oliwy do ognia dolały komentarze o zamiataniu przez Amerykanów problemów pod dywan, co kończyło się z reguły bardzo źle. Jim Rogers, znany inwestor, nazwał ratowanie Fannie i Freddiego katastrofą, bo jego zdaniem firmy finansowe i banki w USA są technicznie bankrutami, nawet jeśli nie ogłaszają bankructwa. To podziałało bardziej na wyobraźnię inwestorów niż tłumaczenia administracji rządowej o ogromnych zakłóceniach na rynkach finansowych, gdyby instytucje te upadły.