POSTAĆ Andrzej Brochocki, pośrednik od zabytków
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych pośredników nieruchomości. Doświadczenie i sukces nie wyprały go jednak z entuzjazmu.
Na spotkanie przychodzi punktualnie. Opalony, zrelaksowany, sprawia wrażenie niesfornego dużego chłopca. Wystarcza jednak chwila, by przekonać się, że to nie Piotruś Pan.
Pytany o receptę na sukces, wzrusza ramionami.
— Ja po prostu lubię ludzi. Lubię z nimi przebywać, rozmawiać, poznawać nowych. Uważam, że i w życiu, i w biznesie najważniejszy jest dialog. Spotkanie z żywym człowiekiem. Można wymienić tysiąc e-maili i urzędowych pism i nie dojść do żadnego rezultatu albo spotkać się i w ciągu kwadransa załatwić sprawę. Dzięki takiemu podejściu do relacji z ludźmi mogę zadzwonić do wielu prezesów wielkich spółek i powiedzieć: "Dzień dobry, mówi Andrzej". A oni wiedzą, że jak dzwoni Brochocki, to z konkretną propozycją. Cuda załatwiam od ręki — przekonuje.
Wykapany tata
Przyznaje, że oczywiście wyobraża sobie kogoś na swoim miejscu. Jeśli już miałby wybierać, to chciałby, aby osoba, która kiedyś zasiądzie w jego fotelu, łączyła w sobie jego własne cechy, wzbogacone o to, czego sam w sobie nie dostrzega — systematyczność i konsekwencję. Nie ukrywa, że najbardziej cieszyłby się, gdyby schedę po nim przejęły jego dzieci. Andrzej Brochocki jest ojcem dwóch córek. Starsza jest na etapie wyboru drogi życiowej. Brochocki dostrzega w niej kandydata na następcę.
— Jest komunikatywna i sprytna. Myślę, że poradziłaby sobie bez trudu. Cieszę się, że moje córki ze szkoły wyniosły nie tylko podręcznikową wiedzę, ale też kindersztubę. Potrafią zatańczyć polkę i rozpoznać rodzaj haftu na serwecie. Panienki z dobrego domu — śmieje się Brochocki.
Uważa, że to, co wynosimy z domu — kultura i ogłada — najlepiej przygotowuje nas do dalszego życia. Przyznaje, że nie odziedziczył ani wielkich pieniędzy, ani koneksji, ale dobre wychowanie przez całe życie pomagało mu działać również w świecie wielkiego biznesu.
Everest do połowy
— Zabawne, ale ja naprawdę nikomu niczego nie zazdroszczę. Kilka godzin temu powiedziałem to samo zaprzyjaźnionemu obcokrajowcowi, który od lat mieszka w Warszawie. W odpowiedzi usłyszałem, że to niemożliwe, że to takie niepolskie — mówi Andrzej Brochocki.
Nie zmieniłby swego życia za nic, ale gdyby mógł na jeden dzień wejść w czyjąś skórę, to chętnie wcieliłby się w księdza, żeby poczuć całą tę mistykę, która na co dzień towarzyszy duchownym.
Brochocki stara się spróbować możliwie jak najwięcej nowych rzeczy, zdobyć jak najwięcej doświadczeń, także tych granicznych. Ale równie szybko nudzi się, zarzuca obiekt zainteresowania. Zmienia pasje jak rękawiczki. Ostatnia? Kitesurfing.
— Wyprawa wysokogórska albo rejs pełnomorski zdają mi się naprawdę pasjonującymi przeżyciami. Gdyby tylko można było zrezygnować na przykład w trzecim dniu wyprawy... W dogodnym momencie powiedzieć "dość" i zadzwonić po helikopter. Obawiam się, że inaczej mógłbym się zanudzić na śmierć — śmieje się Brochocki.
Gdyby nie był tym, kim jest teraz, pewnie byłby prawnikiem. Ale nie jest. To menedżer. Nie traci entuzjazmu, nadal lubi to, co robi. Od czasu do czasu, jak "szeregowy pracownik", prowadzi klienta od początku do końca. Sporządza dla niego ofertę, oprowadza po kamienicach. Żeby nie wypaść z obiegu, nie tracić kontaktu z rynkiem. No i dlatego, że lubi ludzi.
Izabela Tadra
[email protected] % 022-333-99-31