Gazowa potyczka

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2006-01-03 00:00

Samo nazwanie tego, co dzieje się w tych dniach pomiędzy Rosją a Ukrainą i powoli także Rosją a Europą, nastręcza niemałych trudności. Spór? Już nie. Kryzys? Z pewnością. Próba sił? Ciepło, ciepło. Wojna? Na szczęście nie i nikt przytomny nie spodziewa się otwartego konfliktu zgodnego z definicją Clausewitza. Ale wojna propagandowa? Oj, gorąco, gorąco. Poza wąską grupą inżynierów obsługujących sieć gazociągów, nikt tak naprawdę nie wie, co dzieje się w plątaninie rur. Wszyscy za to obserwują pojedynek na wypowiedzi i komunikaty. Wojna propagandowa już wybuchła i toczy się z pełną siłą. Łatwo przewidzieć, że na tej właśnie płaszczyźnie stoczone zostaną najważniejsze bitwy, tu padną pokonani i tryumfować będą zwycięzcy. Kto i co mówi, a także kiedy i w jakiej formie zostaje to ogłoszone — takie są fronty tej wojny.

Każda ze stron oddała już po kilka celnych salw. Rosja strzelała pierwsza, gdyż dysponuje argumentem nie do zbicia: o cenach rynkowych surowców. Oczywiście, możliwe są ulgi, rabaty i ułatwienia w płatnościach, ale cena na poziomie 20- -30 procent przeciętnej nie może być utrzymana. Rozumie to nawet dziecko właściciela sklepu na Sycylii czy pod Antwerpią. Być może wprawdzie nie rozumie tego dziecko urzędnika z Krzywego Rogu, ale to nie jest dobry argument. Strzał drugi: to nie Zachód jest naszym celem, gwarantujemy ciągłość dostaw. Jednak spadło ciśnienie? A, to dowód, że Ukraińcy kradną wasz gaz, zresztą już dawniej tak robili. Strzał trzeci: cóż, musicie jednak zrozumieć, że skoro gaz płynie rurą w jedną stronę, to ten, kto go wtłacza, stoi w uprzywilejowanej pozycji. Więc się nie dziwcie, gdy i z wami zechcemy porozmawiać o nowych cenach jak najbardziej przyjacielsko i ugodowo...

Ukraińcy nie pozostają dłużni. Warunki rynkowe owszem, ale nie z dnia na dzień i nie pod groźbą odcięcia dostaw u progu zimy. Szybki kontrakt z Turkmenistanem (tyle tylko że ten gaz trzeba przepompować przez Rosję). Komunikat, że Rosjanie zaczęli w rzeczywistości zakręcać kurki na kilka dni przed tym, gdy to ogłosili. I że to, co teraz odbiera Zachód, pochodzi z własnych zapasów Ukrainy. Zachód zaś daje do zrozumienia, że trzyma z Ukrainą, ale oficjalnie prezentuje wyważone stanowisko. Mediacja UE owszem, ale bez zbędnego pośpiechu. Spadek dostaw notujemy, ale na razie analizujemy sytuację. Bardzo wyraźny jest zresztą podział na kraje, które od rosyjskiego gazu uzależnione są więcej lub mniej. Te pierwsze prezentują bardziej zdecydowane stanowisko. Najdalej posunęli się dotychczas Węgrzy, którzy ogłosili, że z powodu spadku dostaw zmuszeni są przykręcić kurki Serbii, tradycyjnie prorosyjskiej.

Bardzo charakterystyczne jest milczenie Niemiec. Czyżby pochłaniało ich suszenie atramentu na świeżej umowie z Rosją o budowie gazociągu bałtyckiego? A może ktoś wreszcie zrozumiał, że dzięki tej umowie Niemcy staną się sąsiadem Rosji „po rurze”. Przykład Ukrainy pokazuje tymczasem, że nie zawsze jest to najmilsze sąsiedztwo.