Gdy serce wygrywa z rozumem, czyli o nieracjonalności ludzi

Gabriel ChrostowskiGabriel Chrostowski
opublikowano: 2025-08-14 13:00

Nieracjonalność konsumentów i przedsiębiorców obniża wpływ banku centralnego na gospodarkę, a naturalne stopy procentowe na świecie pozostaną niskie – takie wnioski płyną z najnowszych badań z udziałem prof. Michała Brzoza-Brzeziny ze Szkoły Głównej Handlowej.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

„Puls Biznesu": Od dekad modele makroekonomiczne zakładają racjonalność konsumentów, którzy mają przewidywać skutki polityki pieniężnej i dostosowywać swoje decyzje w zakresie oszczędności i konsumpcji. Nowsze badania wskazują jednak, że w naszych decyzjach jest wiele nieracjonalności.

Prof. Michał Brzoza-Brzezina: Założenie, że zachowujemy się racjonalnie, jest standardem w modelowaniu makroekonomicznym od lat 80. XX wieku. Z najbardziej znanych, pionierskich badań Kahnemana i Tverskiego oraz wielu innych prac naukowych wiemy jednak, że nieracjonalnych zachowań jest bardzo dużo w porównaniu do kanonu homo economicus. To na przykład zależność ludzkich preferencji od sposobu przedstawienia wyboru. Marketingowcy doskonale to znają – oferują nam coś bardzo drogiego, wiedząc, że tego nie kupimy. Robią to tylko po to, żeby za chwilę zaoferować coś tańszego, co w tym kontekście wyda nam się bardzo atrakcyjne. Nieracjonalna jest też tendencja większości ludzi do wybierania opcji domyślnej – zostaje przy niej około 90 proc. osób. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy koszt zmiany decyzji jest minimalny, bo problemem nie jest sam koszt, lecz to, że trzeba zdecydować. Przykładem wykorzystania tej wiedzy przez decydentów jest np. domyślna opcja uczestnictwa w programie Pracowniczych Planów Kapitałowych.

Te zjawiska mogą mieć konsekwencje makroekonomiczne, np. PPK i systemy emerytalne niewątpliwie wpływają na gospodarkę. Czym innym jednak jest wiedza, że w konkretnym przypadku czynniki behawioralne mają znaczenie, a czym innym ogólne uwzględnienie tej wiedzy w modelu makroekonomicznym, tłumaczącym na przykład cykl koniunkturalny czy wpływ polityki pieniężnej na gospodarkę.

Niektórym ekonomistom jednak ostatnio się to udaje.

Założenie racjonalności wciąż jest standardem w głównym nurcie ekonomii, ale w ostatnich 10-15 latach próbuje się od tego odchodzić przynajmniej w niektórych obszarach. Dotyczy to szczególnie racjonalnych oczekiwań, mamy bowiem uzasadnione podejrzenia, że nieracjonalność w tym obszarze może mieć istotne konsekwencje dla zrozumienia polityki pieniężnej, fiskalnej czy cyklu koniunkturalnego. Ważnym argumentem jest też możliwość oparcia się na badaniach empirycznych. Mamy sporo danych o oczekiwaniach różnych podmiotów – gospodarstw domowych, przedsiębiorstw, analityków czy banków centralnych w wielu krajach.

Jakie są najważniejsze koncepcje naszej nieracjonalności? W czym się ona objawia?

Racjonalnym można być tylko w jeden sposób, nieracjonalnym – na wiele sposobów. W literaturze koncepcji odejścia od racjonalnych oczekiwań jest więc sporo. Jest bardzo dobra praca empiryczna z 2015 r. Oliviera Coibiona i Yuriya Gorodnichenki z „American Economic Review”. Na podstawie oczekiwań różnych podmiotów autorzy pokazują dwie rzeczy. Po pierwsze, że wszystkie grupy formułują oczekiwania nieracjonalnie. Dotyczy to gospodarstw domowych, co może nie dziwi, ale też analityków bankowych, od których można by oczekiwać racjonalności. Po drugie, oczekiwania makroekonomiczne, szczególnie inflacyjne, nie nadążają za rzeczywistością. Dostosowują się do niej powoli, to się nazywa underreaction [opóźniona reakcja – red.]. To sugeruje kierunki odchodzenia od racjonalności w modelach makroekonomicznych.

Ale, żeby nie było zbyt łatwo, badania oczekiwań na rynkach finansowych, szczególnie w sytuacjach stresu, wskazują na zjawisko przeciwne – nadmierną reakcję. Coś gwałtownego dzieje się na rynku, oczekiwania bardzo szybko rosną lub spadają, przestrzeliwując to, czego oczekiwałby racjonalny podmiot. Niemniej w sferze oczekiwań makroekonomicznych w normalnych warunkach standardem jest raczej underreaction. Koncepcje nieracjonalnych oczekiwań spójne z tym założeniem to na przykład model lepkiej informacji Mankiwa i Reisa (zakłada, że podmioty powoli aktualizują informacje o gospodarce) czy – wykorzystany przeze mnie – model oczekiwań behawioralnych Gabaixa. Zgodnie z tą koncepcją podmioty gospodarcze cechuje krótkowzroczność co do przebiegu przyszłych procesów gospodarczych.

Badania, które przeprowadził pan z prof. Krzysztofem Makarskim i mgr. Pawłem Galińskim, wykazały, że w modelu nieracjonalnych oczekiwań inflacja i wzrost gospodarczy słabiej reagują na zmiany stóp procentowych. Czy to znaczy, że bankierzy centralni mają mniejszy wpływ na gospodarkę, niż im się wydaje?

Jeszcze raz podkreślę, że koncepcji nieracjonalnych zachowań jest naprawdę dużo, a tak zwane oczekiwania behawioralne to tylko jedna z nich. Jeżeli jednak przyjmiemy taki model – a w badaniu pokazujemy, że jest dużo lepiej dopasowany do danych niż model z racjonalnymi oczekiwaniami – to rzeczywiście polityka pieniężna jest mniej skuteczna, co wydaje się zgodne z empirią. Dotyczy to nie tylko konwencjonalnej polityki pieniężnej – zmieniania stóp procentowych – ale też forward guidance, czyli obiecywania przez bank centralny jakiegoś zachowania w przyszłości. Model z racjonalnymi oczekiwaniami przewiduje bardzo mocny wpływ takiej polityki na procesy gospodarcze już dziś – dużo mocniejszy niż wynikałoby z badań empirycznych czy intuicji ekonomistów. Dlatego zarządzanie oczekiwaniami inflacyjnymi przez bank centralny poprzez komunikowanie swoich przyszłych ruchów może nie wpływać tak mocno na inflację, jak się wydaje.

W przypadku behawioralnych oczekiwań gospodarka reaguje natomiast silniej na zmiany w polityce fiskalnej?

Tak. Po pierwsze, polityka fiskalna jest zwykle częściowo wypierana przez aktywną politykę pieniężną. Gdy rząd dużo wydaje i generuje presję inflacyjną, bank centralny reaguje, podnosząc stopy. Skoro jednak bank centralny jest mniej skuteczny, słabiej będzie wypierał skutki polityki fiskalnej.

Po drugie, gdy rząd prowadzi ekspansywną politykę fiskalną, zaciągając dług, racjonalne podmioty oczekiwałyby wzrostu podatków w przyszłości dla spłaty tego długu i w rezultacie już dziś ograniczałyby wydatki. Behawioralne podmioty nie patrzą tak daleko w przyszłość, więc tego efektu nie biorą pod uwagę. To sprawia, że ekspansja fiskalna mocniej pobudza gospodarkę.

Jak mechanizmy psychologiczne – chciwość, naśladownictwo – wpływają na cykl koniunkturalny, fazy recesji i ożywienia w gospodarce? Czy gdybyśmy działali racjonalnie, opierając się na fundamentach ekonomicznych, recesja byłaby łagodniejsza?

To nie przypadek, że zainteresowanie mechanizmami nieracjonalności w kontekście modeli makroekonomicznych wzrosło właśnie w ostatnich 15 latach. Bodźcem był kryzys finansowy z 2008 r. i recesja, której źródłem w pewnym stopniu była nasza nieracjonalność.

Okazało się, że w gospodarce, szczególnie na rynkach finansowych i nieruchomości w USA, narosła bardzo duża nierównowaga. W dużym stopniu miała charakter nieracjonalny – na rynku nieruchomości narosła bańka, ale gospodarstwa domowe nadal brały kredyty i kupowały drożejące domy. Pęknięcie bańki doprowadziło do bardzo poważnych konsekwencji makroekonomicznych.

Minsky pisał o takich cyklach finansowych już w drugiej połowie XX wieku. Wynikają z nieracjonalnego zachowania podmiotów, na przykład z przekonania, że jak coś rośnie, to będzie rosło dalej – prostej ekstrapolacji trendów. Po fazie narastania bańki następuje najczęściej gwałtowne załamanie. To zjawisko może więc zwiększać wahania cykliczne.

Drugim zjawiskiem na styku nieracjonalności i cykli koniunkturalnych są skutki nastrojów gospodarczych. Z powodów nieracjonalnych, niefundamentalnych ludzie mogą zacząć uważać, że w gospodarce będzie się działo dobrze albo źle i dostosować do tego swoje zachowania. W wyniku tego pierwotne przekonanie staje się samospełniającą się przepowiednią.

Gdy konsumenci lub przedsiębiorcy nabiorą przekonania, że koniunktura będzie dobra, zaczynają kupować, konsumować, inwestować – i w rezultacie koniunktura się poprawia. W ostatnich 15-20 latach było sporo badań pokazujących, że potencjalnie znaczna część wahań cyklicznych może być powodowana takimi niefundamentalnymi zaburzeniami nastrojów. Według niektórych prac mogą one odpowiadać nawet za kilkadziesiąt procent zmienności PKB a także – co ciekawe – wywierać wpływ na gospodarki zagraniczne. Na przykład w pracy z prof. Jackiem Kotłowskim szacowaliśmy, że kilkanaście procent zmienności PKB w Polsce może być skutkiem takich niefundamentalnych wahań nastrojów w strefie euro.

Zajmował się pan także badaniami nad naturalną stopą procentową. Od lat 80. ubiegłego wieku realne i naturalne stopy procentowe na świecie spadały, ale w ostatnich latach stopy realne wzrosły. Czy to tylko wahanie wokół długookresowego trendu, czy trwała zmiana?

Wahania stóp procentowych wokół długoterminowych trendów są normalne. Nie ulega wątpliwości, że poziom stóp po globalnym kryzysie finansowym przez ponad dekadę był poniżej długookresowego trendu. Wynikało to z oddłużania światowej gospodarki, niskich cen energii i fiskalnej destabilizacji w strefie euro. Teraz wracamy do normalności i długookresowego trendu, dlatego stopy realne wzrosły. Wzrost stóp dodatkowo wzmacniają różne czynniki, częściowo przejściowe, jak zwiększone wydatki zbrojeniowe, czy rosnące zadłużenie sektora publicznego.

Niemniej, powrót do trendu to jedno, a sam trend to inna kwestia. Długookresowe czynniki, które doprowadziły do spadku stóp równowagi w ostatnich 40 latach, nie wygasły – zwłaszcza starzenie się społeczeństw. Co więcej, ten trend demograficzny przyspiesza i obejmuje coraz więcej państw. W krajach rozwiniętych wskaźniki dzietności są rekordowo niskie, a teraz w kryzys demograficzny wchodzą także gospodarki wschodzące. Można wprawdzie oczekiwać, że w kierunku podwyższenia stopy równowagi będzie oddziaływał wzrost produktywności związany z rozwojem sztucznej inteligencji, uważam jednak, że to przyspieszenie prawie na pewno nie będzie gwałtowne. Efekt będzie rozłożony na lata, jeśli nie dekady. Dobrym przykładem jest proces komputeryzacji, który do pewnego stopnia przypomina to, co teraz dzieje się w kontekście AI. Dochód narodowy nie wzrósł gwałtownie przez rok po wynalezieniu komputera osobistego w latach 80. XX w. Efekt lepszej technologii materializował się przez 20-30 lat.

Reasumując, realne stopy procentowe na świecie raczej nie wrócą szybko do poziomu sprzed pandemii, ale nie ma też szans na powrót stóp równowagi do poziomów z lat 80.

Czy dotyczy to także Polski?

Polska jest specyficznym przypadkiem. Historycznie stopy naturalne były u nas wyższe niż w krajach rozwiniętych, co wynikało z wyższego tempa wzrostu produktywności przez ostatnie 30 lat – z procesu nadganiania, importowania technologii. Ten proces powoli się kończy – w znacznym stopniu zamknęliśmy lukę rozwoju. Dlatego nasza stopa naturalna będzie dążyła do poziomu z krajów rozwiniętych.


Prof. dr hab. Michał Brzoza-Brzezina

Naukowiec pracuje w Katedrze Ekonomii Ilościowej Szkoły Głównej Handlowej, której jest absolwentem. Prowadzi prace badawcze z zakresu ekonomii monetarnej i polityki pieniężnej, jest autorem licznych opracowań opublikowanych w krajowych i zagranicznych czasopismach naukowych.