Stanisław Gasinowicz kilka lat temu stworzył nieformalną grupę osób, które — handlując między sobą i wykorzystując niewielką płynność akcji — decydowały o losach Apeximu, Energomontażu Południe, Szeptela i Wólczanki.
To wersja prokuratury, która ocenia, że tylko tym dwóm ostatnim giełdowym spółkom wyrządził szkodę na kwotę ponad 45 mln zł.
Demon? Człowiek z cienia pociągający za sznurki? Czy — jak sam sugeruje — ofiara spisku albo kozioł ofiarny dla sfory nieudaczników?
— Jeśli chodzi o toczące się przeciwko mnie postępowania karne, mogę powiedzieć jedynie tyle: jestem niewinny i zostanę uniewinniony — przekonuje Stanisław Gasinowicz.
Twierdzi, że czuje się niby zwierzyna łowna, a nasze zainteresowanie jego interesami to część zaplanowanej przeciwko niemu kampanii pod hasłem: „co złego, to on”.
— Jest bardzo niebezpieczne, że urzędy państwowe, jak prokuratura czy nawet Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, tak chętnie angażują się w sprawy spółek prywatnych. Jestem przeciwnikiem spiskowych teorii, ale do tych postępowań bardzo pasuje teza o prowadzeniu ich na czyjeś zamówienie — wtóruje mu jego adwokat, Grzegorz Kucharski.
Trzeba zapytać wprost: czy to tajne służby dręczą Stanisława Gasinowicza, chcąc — na przykład — rozbić i przejąć jego imperium? Kto jest winowajcą? Nasz bohater milczy.
Podobny wątek pojawia się w tekście zamieszczonym w „Proficie” — „Gdzie jest generał”, poświęconym biznesowej roli gen. Gromosława Czempińskiego. Mówiąc o przypadku Szeptela, Piotr Tamowicz (Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową) stwierdził: „Szwindel na giełdzie to nie jest sprawa dla ABW. Tym powinna zajmować się Komisja Papierów Wartościowych i Giełd i prokuratura”.
Brak aktywności w sprawie interesów giełdowych, prowadzonych przez Stanisława Gasinowicza, zarzucało Komisji Papierów Wartościowych i Giełd kilku naszych rozmówców. Szczególnie w kontekście drobnych inwestorów, którzy — inwestując w akcje spółek z „grupy” — niejednokrotnie ponieśli duże straty.
— Drobni akcjonariusze powinni twardo walczyć o swe interesy. Jeśli uważają, że spółka albo jej akcjonariusze naruszają przepisy ustawy „Prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi”, niech się zwracają do KPWiG. W sprawie Stanisława Gasinowicza nie mamy sobie nic do zarzucenia. Przecież zawiadomiliśmy prokuraturę o złamaniu przez niego przepisu, dotyczącego niepoinformowania rynku o przekroczeniu progów 5 i 10 procent w Energomontażu Południe — i sprawa jest już w sądzie — przypomina Mirosław Kachniewski, dyrektor sekretariatu KPWiG.
Pokusa i rozwaga
— Ze Stanisławem Gasinowiczem zetknąłem się w dziale indywidualnej obsługi klienta Domu Maklerskiego BOŚ, który obsługiwał i moje, i jego inwestycje. Pracownicy i szefostwo biura maklerskiego darzyli go atencją, sprawiał wrażenie bardzo wpływowego i bogatego człowieka. Efekt? Wielu małych i średnich graczy próbowało „podłączać się” pod jego decyzje inwestycyjne. W moim wypadku skończyło się to wielkimi stratami. W DM BOŚ prawą ręką Gasinowicza pozostawał doradca inwestycyjny, Dariusz Z. Wydawało mi się, że od pewnego czasu moje ruchy były znane innym graczom, głównie Gasinowiczowi. Nie realizowano też niektórych moich zleceń. Złożyłem skargę do KPWiG na działalność DM BOŚ, ale komisja nie dopatrzyła się nieprawidłowości, zaleciła mi tylko wystąpienie na drogę sądową przeciw obsługującemu mnie bankowi. Nie skorzystałem z sugestii — miałem przecież w tym właśnie banku duże zadłużenie... Bezgranicznie wierzyłem w wizje Stanisława Gasinowicza. Gdy zeznawałem w prokuraturze, prowadzącej śledztwo w sprawie jego działalności, prokurator „pocieszał“ mnie, że nie jestem jedyny: zauroczyć dał się choćby taki stary wyga biznesowy jak śp. Ryszard Polański, prezes Wólczanki... — opowiada inwestor giełdowy, który swą porażkę wiąże z poczynaniami Stanisława Gasinowicza.
Kiedy drobni inwestorzy giełdowi kupowali walory spółek z „grupy”, często nie mieli pojęcia o faktycznej kondycji finansowej tych przedsiębiorstw. Na ogromnych wahaniach kursu akcji — bywało — tracili bardzo dużo.
Ale — w dużym stopniu — sami są sobie winni.
— Kupując akcje tych akurat spółek, powinni mieć świadomość, że rozdrobniony akcjonariat stwarza sposobność spekulacji ich kursami. Media informowały zresztą o tych firmach jako czworokącie niejasnych powiązań.
Wiadomo też było, że nie przestrzegają one tzw. zasad ładu korporacyjnego (podstawowym jego elementem jest rozdział bieżącego zarządzania spółką od funkcji kontrolnych rady nadzorczej — przyp. aut.) — mówi analityk giełdowy.
Lakoniczna prezentacja
Pierwszy raz o Stanisławie Gasinowiczu inwestorzy giełdowi dowiadują się w kwietniu 1999 r.: ujawnia, że posiada 10,99 proc. akcji Szeptela, lokalnego operatora telekomunikacyjnego z byłego województwa łomżyńskiego. Potem przejmuje znaczące pakiety akcji Wólczanki (branża odzieżowa) i Energomontażu Południe (firmy budowlanej z Katowic). W pewnym momencie — co słyszeliśmy nawet od członków zarządu Apeximu — sprawuje nieformalną władzę także w tej spółce informatycznej, której oficjalnym właścicielem jest wówczas Andrzej R., dziś już były wspólnik Gasinowicza w interesach.
Na giełdzie — zdaniem naszych informatorów — Gasinowicz tworzy dobrze zorganizowaną, nieformalną grupę: współpracowników, firmujących jego poczynania oraz specjalistów rynku kapitałowego, przejmowanych głównie z domów maklerskich. Trafiają oni do zarządów i rad nadzorczych spółek, których jest akcjonariuszem. Sam Gasinowicz nie afiszuje się: nie pojawia się na walnych zgromadzeniach akcjonariuszy, nie wchodzi do władz firm.
Wyjątek: Wólczanka — w lutym 2002 r. zostaje tam przewodniczącym rady nadzorczej. Wbrew ustawie o publicznym obrocie papierami wartościowymi nie ujawnia wtedy życiorysu. Robi to dopiero — lakonicznie — w sierpniu 2002 r.: „Stanisław Gasinowicz, lat 41. Wykształcenie średnie techniczne. Inwestor na rynku nieruchomości, inwestor giełdowy od początku działalności GPW, jeden z głównych udziałowców Energomontażu Południe”.
— Według naszych ustaleń, był mózg-iem większości najważniejszych operacji, ale jego nazwisko prawie nie pojawia się w dokumentach. Dlatego kluczowe stają się zeznania jego współpracowników — tłumaczy osoba zbliżona do śledztw dotyczących działalności Gasinowicza.
O jakie operacje chodzi? Ludzie skupieni w nieformalnej grupie nawzajem kupują lub sprzedają swe akcje; w grze uczestniczą też kontrolowane przez Gasinowicza spółki. Handlując między sobą, wykorzystując niewielką płynność akcji, próbują ukryć swe kłopoty finansowe. Efekt? Notowania firm z „grupy” podlegają ogromnym wahaniom, na których najwięcej tracą niezorientowani w sytuacji drobni inwestorzy. A spółki popadają w coraz większe problemy: Apexim ogłasza upadłość i znika z rynku, Wólczanka i Szeptel stają na krawędzi bankructwa. W najlepszej kondycji pozostaje Energomontaż Południe, ale i ta firma traci na handlu walorami firm z grupy i wykazuje w 2002 r. dużą stratę.
Pod wrażeniem
— Staszek? Typowy „brat łata”. Bardzo łatwo nawiązuje kontakty, z każdym znajdzie wspólne tematy. Proszę mi wierzyć — jeśli tylko chciałby zdobyć pana zaufanie, zrobiłby to bez problemu — twierdzi — swego czasu — wspólnik w interesach Stanisława Gasinowicza.
— Ma rzadką cechę, którą bardzo u ludzi cenię: umie się cieszyć z posiadania pieniędzy. Jak je ma, to wydaje. I nie tylko na poważne inwestycje, ale i hobby — mówi Jerzy Wierzba, projektant wnętrz, znajomy Gasinowicza.
Jego konikiem są konie. Lubi grać w tenisa. Nie stroni od egzotycznych podróży. Na jego parkingu stały lub stoją m.in. Maserati, Jaguar X-Type i służbowa Lancia Thesis.
Wysoki i postawny. Elegancki garnitur. Sprawia wrażenie człowieka kulturalnego i inteligentnego. Jak mówią jego współpracownicy, często zdarza mu się jednak wpadać w furię.
— Wtedy, gdy ktoś się z nim nie zgadza... A co do naszej znajomości... Rozstaliśmy się, mówiąc bardzo delikatnie, w nie najlepszych stosunkach. Okazał się nielojalny — wspomina członek zarządu kontrolowanej przez niego spółki.
W podobnym tonie wypowiadają się i inni nasi rozmówcy: byli współpracownicy, znajomi czy menedżerowie, ściągani do spółek, których Stanisław Gasinowicz był akcjonariuszem. Początkowe zaufanie, czasem sympatia, niekiedy przechodząca w fascynację, a później — otrzeźwienie. Ale — zazwyczaj — za późno.
W połowie 2002 r. do gry po raz pierwszy wkraczają organy ścigania. Od tamtego momentu prokuratura — z pomocą policji i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego — bierze pod lupę interesy Stanisława Gasinowicza i jego współpracowników w kilku miejscach w kraju. Do dziś zarzuty objęły jego i trzy inne osoby. Wyrządzone przez nich szkody prokuratorzy szacują na niemal 50 mln zł. Kilka śledztw jest jeszcze w toku.
U bankowców
Jaką rolę w interesach Gasinowicza pełnili wysocy urzędnicy niektórych dużych polskich banków? Kontrowersje budzi m.in. poprawność wycen nieruchomości, które służyły do zabezpieczania kredytów, udzielanych Gasinowiczowi na zakup akcji. Chodzi m.in. o 40-hektarową działkę w Mikołajkach. Kiedy wartość akcji posiadanych przez Gasinowicza dramatycznie się obniżyła (bessa), Bank Pekao SA zwrócił się do pożyczkobiorcy z propozycją wzmocnienia zabezpieczenia kredytu. Biegły wskazany przez bank — mówi Gasinowicz — oszacował wartość tej nieruchomości na ponad 7,2 mln zł. Ciekawe, że inny szacunek (zlecenie agencji obrotu wierzytelnościami) opiewa na sumę... ponad trzykrotnie niższą: 1,9 mln zł! Na działce tej ustanowiono hipotekę na rzecz Banku Pekao SA z tytułu kredytu na 8,5 mln zł, jaki Stanisław Gasinowicz zaciągnął na zakup papierów wartościowych.
Stanisław Gasinowicz mówi, że w kwietniu 2004 zaproponował, że spłaci kredyt w całości, bank jednakże odmówił.
— Gasinowicz nie byłby w stanie działać na taką skalę, gdyby nie świetne kontakty w bankach. On i jego ludzie dostawali wysokie kredyty na zakup akcji, parkował też w nich akcje, pomagały mu w przejmowaniu niektórych firm — mówi nasz informator.
Stanisław Gasinowicz do swego — rzekomo — bardzo dobrego ustosunkowania w niektórych bankach nie chciał się odnieść. Twierdzi też, że nie istniało coś takiego jak „grupa Gasinowicza”.
— Opinie, że np. panowie Sławomir Stawiarski czy Tomasz Pawlak to moi ludzie, krzywdzą te osoby. Wszystko można o nich powiedzieć, ale nie „ludzie słupy”. Bzdura! Pan Tomasz Pawlak to jeden z pierwszych uczestników polskiego rynku kapitałowego, zajmuje się inwestowaniem na giełdzie praktycznie od jej początku — nie kryje oburzenia Stanisław Gasinowicz.
Prawie nikt z — jak określają ich nasi rozmówcy — ludzi Gasinowicza nie chciał z nami rozmawiać.
Po drabinie
Stanisław Gasinowicz urodził się w 1961 r. Jest absolwentem technikum chemicznego. Po zakończeniu edukacji, na początku lat 80., zostaje „prywaciarzem”. Zajmuje się handlem, czyli tym, do czego — jak mówi — ma doskonałe wyczucie. Czym handluje? Komputerami, dżinsami, bananami. Z zagranicą. Pośredniczy w sprowadzaniu tych towarów do Polski, organizując skup potrzebnych dewiz. Dziś nie ukrywa, że cała ta działalność była nie do końca zgodna z ówcześnie obowiązującym prawem.
Na przełomie lat 80. i 90. trafia do firmy Misoni. Jest jej pracownikiem, potem — wspólnikiem. Misoni sprowadza do Polski m.in. elektronikę (choćby duża, wówczas, dostawa faksów i komputerów dla PKO BP). Gdy sytuacja w kraju zaczyna się stabilizować, powstaje spółka córka: Misoni Trade House (cel: budowa domków z bali). Na początku widać rozmach: nad mazurskim jeziorem powstaje osiedle. Stanisław Gasinowicz (od 1997 r. jedyny właścicieli i prezes MTH. a od 2001 — szef rady nadzorczej) przyznaje, że biznes ten nie przyniósł kokosów. MTH wprawdzie działa, ale buduje raczej pojedyncze domki. W sądzie rejestrowym ostatni bilans firma złożyła w 2001 r.: przy przychodach 5,2 mln zł wykazała wtedy niewielką stratę — 56 tys. zł.
Mniej więcej w połowie lat 90. Gasinowicz zaczyna skupować długi upadłych państwowych gospodarstw rolnych.
— Gdy kupowałem pierwszą wierzytelność popegeerowską od jednego z dużych banków, jego dyrektor był z tej transakcji tak zadowolony, że zacząłem się zastanawiać, czy dobrze robię. Tym bardziej że wtedy praktycznie nie było na te długi popytu. Wkrótce okazało się jednak, że można je korzystnie rekompensować zakupem ziemi, pozostałej po PGR. I tak właśnie robiłem — tłumaczy Stanisław Gasinowicz.
— Genialne! Kupował wierzytelności za 20-30 proc. wartości. Potem stawał w przetargach na kupno ziemi po PGR, organizowanych przez Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa. Powiedzmy, że cenę wywoławczą działki ustalono na 300 tys. zł, a ktoś zainteresowany dawał np. dwa razy tyle — 600 tys. zł. Gasinowicz oferował milion zł i bez problemu wygrywał! Przy tym realnie płacił 200-300 tys. zł. Przy tym wszystko było legalne — opisuje mechanizm transakcji jego współpracownik.
Banki (głównie BGŻ) pozbywały się długów tanio, gdyż w ten sposób m.in. likwidowały swe obowiązkowe rezerwy w NBP na trudno ściągalne długi i dostawały jeszcze trochę grosza. Wkrótce w ślady Gasinowicza poszło wielu graczy.
Ziemię kupowaną od AWRSP biznesmen sprzedawał z zyskiem — pod pensjonaty, hotele czy domy. Z dużą gotówką mógł intensywniej interesować się giełdą. Giełdą, na której — jak twierdzi — jest obecny praktycznie od jej początków. Zaangażował się w oferty publiczne — m.in. Polifarbu, Banku Śląskiego i Dębicy, spore środki inwestował też w akcje Elektrimu i PKN Orlen.
Szeptel
Dopiero 16 kwietnia 1999 r. nazwisko Gasinowicz staje się jednak publicznie znane. Ujawnia wtedy, że posiada 10,99 proc. akcji Szeptela. O jego obecności w spółce obserwatorzy rynku kapitałowego wiedzą jedynie przez 5 miesięcy. 7 września 1999 r. sprzedaje bowiem ponad połowę swoich walorów, pozostawiając sobie 4,25 proc. akcji telekomunikacyjnego operatora. Tym samym, jako akcjonariusz posiadający poniżej 5 proc. kapitału firmy, nie musi już informować o swych poczynaniach. Staje w cieniu...
W tym samym czasie co Gasinowicz w Szeptela inwestuje jego — teraz już były — dobry znajomy: Andrzej R., prezes i właściciel giełdowego Apeximu. 14 kwietnia 1999 r. informuje, że — wraz z Apeximem — jest właścicielem 13,79 proc. akcji Szeptela.
Wtedy, na wiosnę 1999 r., wiodącymi akcjonariuszami Szeptela pozostają Piotr R. i Piotr Ł. (razem — ponad 30 proc. akcji operatora). Piszemy „razem” nie bez kozery. Jak się dowiadujemy w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, oni dwaj i ich wspólnik w interesach — Witold W. — są oskarżeni o to, że „od listopada 1997 r. do listopada 1998 r., działając w krótkich odstępach czasu, w porozumieniu, składając przeciwstawne zlecenia kupna i sprzedaży, sztucznie podwyższyli kurs Szeptela z 5,99 zł za akcję do 11,99 zł za akcję”, czym naruszyli art. 177 ust. 1 ustawy Prawo o obrocie papierami wartościowymi. Grozi im grzywna do 5 mln zł — i do 3 lat więzienia.
Według naszych informacji, Piotr R. i Piotr Ł. szybko doszli do porozumienia z Gasinowiczem i Andrzejem R. Osoby z ich otoczenia twierdzą, że blisko z sobą współpracowali (właśnie dlatego Stanisław Gasinowicz miał nie wprowadzić od razu swoich przedstawicieli do rady nadzorczej Szeptela, zadowalając się obecnością w niej Piotra Ł. i Piotra R.). Niektórzy nasi rozmówcy mówią nawet o Ł. i R. jako o ludziach Gasinowicza. On sam uznaje to określenie za „bardzo duże nadużycie”, choć potwierdza, że miał z nimi dobre kontakty.
Szeptel wypływa na wielkie wody podczas hossy internetowej. Z lokalnego operatora telekomunikacyjnego ma się przepoczwarzyć w potentata, który otoczyłby kraj siecią światłowodową o docelowej długości 5 tys. km. Zarząd firmy zapowiada wielkie inwestycje (ponad 100 mln zł rocznie). W ciągu 5 lat Szeptel ma zostać liderem usług transmisji danych i szerokopasmowego dostępu do internetu. Inwestorzy giełdowi emocjonują się też wiadomościami o zbliżającym się wejściu do spółki inwestora strategicznego — duńskiego TDC Internet.
W tak narysowaną przyszłość uwierzyły przede wszystkim banki. Przez akcjonariat Szeptela przewinęły się m.in. BRE Bank, Pekao SA, BGŻ, Bank Rozwoju Budownictwa Mieszkaniowego czy LG Petro. Według naszych wiadomości, w dużym stopniu decydować o tym miały świetne stosunki Gasinowicza w tych instytucjach finansowych. Nasi dobrze poinformowani rozmówcy twierdzą, że niektóre banki wchodziły do Szeptela nie skuszone jego świetlaną przyszłością, ale jako typowi inwestorzy spekulacyjni, liczący na szybkie zyski. Tę tezę zdają się potwierdzać częste zmiany w akcjonariacie firmy. W większości przypadków bankowcy się przeliczyli, ponosząc spore straty (największe chyba BRE Bank).
W połowie 2001 r. Szeptel przeprowadza emisję akcji (80 mln zł). Więcej w niej przedwczesnego optymizmu niż realizmu, więc obejmuje ją BRE. Tyle że — twierdzi Stanisław Gasinowicz — „żywej gotówki” nie było, a bank zapłacił za nie akcjami TelBanku.
Kilka tygodni później, pod koniec 2001 r., dochodzi do zmian we władzach firmy. Miejsce prezesa Michała Skolimowskiego zajmuje — jako p.o. — dotychczasowy wiceprezes spółki, Andrzej W. Prokurentem i dyrektorem biura obsługi zarządu zostaje dobry znajomy Gasinowicza — Dariusz Z. (panowie poznali się w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska — Dariusz Z. był tam brokerem, Stanisław Gasinowicz korzystał z jego usług). Prospekt jasno określał cele emisji: pieniądze pozyskane na giełdzie miały pójść przede wszystkim na budowę światłowodu i realizację umowy kupna udziałów w TelBanku, dużej firmie informatycznej. Sporą ich część, niemal 20 mln zł, wykorzystano jednak niezgodnie z przeznaczeniem. I tego właśnie dotyczą zarzuty prokuratorskie.
— Poprzedni prezes nie chciał się zgodzić na pomysły Stanisława Gasinowicza, więc musiał odejść. Zaraz po tym jak bank organizujący emisję przelał pieniądze na konto spółki, poszły one na zakup akcji Apeximu i Wólczanki oraz pożyczkę wysokości 2 mln zł dla WLC Inwest, spółki zależnej łódzkiego producenta koszul. Szeptel był wtedy w bardzo kiepskiej kondycji i decyzje te były nieuzasadnione ekonomicznie. Tym bardziej że Apexim czy WLC stały na krawędzi bankructwa. Inwestycje przyniosły kolosalne straty. Andrzej W. i Dariusz Z. podejmowali decyzje w tych sprawach. Sam Gasinowicz który jak zwykle pozostawał w cieniu — ma zaś zarzut podżegania do przestępstwa — informuje ktoś zbliżony do śledztw dotyczących jego działalności.
Informacje te potwierdziliśmy w Prokuraturze Okręgowej w Łomży, która śledztwo w tej sprawie prowadziła przy pomocy białostockiej delegatury Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
— Pod koniec czerwca wysłaliśmy akt oskarżenia do sądu w Wysokiem Mazowieckim. Dotyczy on wyrządzenia Szeptelowi szkody w wielkich rozmiarach. Chodzi o wydarzenia z okresu grudzień 2001 — luty 2002 r. Zarzuty przedstawiliśmy Andrzejowi W. — byłemu prezesowi, Dariuszowi Z. — byłemu dyrektorowi biura zarządu i prokurentowi
(zdaniem prokuratury szkoda przez nich wyrządzona to 8,94 mln zł) oraz Stanisławowi Gasinowiczowi, jednemu z byłych dużych akcjonariuszy (w jego wypadku chodzi o 8,44 mln zł). W listopadzie 2003 r., na mocy decyzji sądu rejonowego, przez niemal dwa tygodnie wszyscy trzej przebywali w areszcie. Sąd okręgowy zdecydował jednak, że takie zabezpieczenie postępowania nie będzie potrzebne — mówi Wiesław Szloński z łomżyńskiej prokuratury.
Stanisław Gasinowicz przekonuje, że jest niewinny: nie miałem wpływu na wydarzenia z przełomu 2001 i 2002 r., sąd zrezygnował ze wszystkich zabezpieczeń (m.in. zwócono mu paszport), a akcja ABW była nieadekwatna do sytuacji.
— Nie posiadałem znacznego pakietu akcji Szeptela. Nie miałem swoich przedstawicieli ani w radzie nadzorczej spółki, ani w zarządzie. Dariusz Z. został powołany do zarządu przez szefa rady nadzorczej, Piotra R. Klientem pana Z. w biurze maklerskim było mnóstwo osób — m.in. pan R., który znał go dużo dłużej i lepiej ode mnie — opowiada.
I dodaje, że zmiana zarządu nastąpiła z powodu dramatycznej kondycji finansowej Szeptela.
Jeden z wątków badanych przez organy ścigania to umowy, jakie właśnie na przełomie 2001 i 2002 r. Andrzej W. i Dariusz Z. podpisali z Wojciechem B, adwokatem z Warszawy, współpracownikiem Gasinowicza. W grudniu 2001 r., powstał dokument: mecenas B. wziął na siebie obsługę prawną Szeptela, a spółka co miesiąc wypłacała mu — jak twierdzi nasze źródło — ryczałtem „znaczne kwoty pieniężne w walucie obcej, niezależnie od tego, czy czynności jakiekolwiek były podejmowane czy nie”.
W styczniu 2002 r. mecenas dostał zaliczkę na poczet kolejnej umowy-zlecenia czynności prawnych. Ile? 500 tys. zł. Organa ścigania mają trudności w znalezieniu dowodów tychże czynności. Osoba zbliżona do śledztw twierdzi, że ewentualne skazanie trójki oskarżonych mogłoby się stać podstawą do ubiegania się o zwrot tych pieniędzy. Prawnik, proszony o komentarz, powołał się na zawodową tajemnicę adwokacką.
Pieniądze, które w różny sposób wypłynęły z Szeptela, znacząco przyczyniły się do olbrzymich tarapatów finansowych spółki. Plany pozyskania inwestora spaliły na panewce, firma nie miała środków na realizację olbrzymich inwestycji, przynosząc coraz większe straty. Znalazło to odbicie w kursie na GPW. Cena akcji Szeptela spadła (z ponad 30 zł) poniżej 1 zł. Na początku 2003 r. akcje spółki sprzedały BRE Bank, Pekao SA i LG Petro. Tymczasem Dariusz Z., pełniący do tej pory funkcję prokurenta spółki, 30 stycznia 2003 r. powołany został do jej zarządu. Był w nim trzy miesiące. Wtedy właśnie doszło do ciekawej transakcji. Wspomniana już pożyczka dla WLC nie została spłacona i w biurkach Szeptela cały czas leżały bony dłużne tej firmy na 2 mln zł. W lutym 2003 r. sprzedano je. Cena? Zaledwie 130 tys. zł. Nabywca? Multiact, spółka z Warszawy. Co o niej wiemy? Pod koniec 2002 r. jej wieloletnia właścicielka, Barbara Głowacka-Izydorczyk wygasiła działalność firmy. 9 grudnia 2002 r. kupił ją Tadeusz Noskowski, jeden z ludzi Stanisława Gasinowicza, prezes jego firmy Misoni Trade House (za 100 proc. udziałów zapłacił 3 tys. zł).
Noskowski zapewnia, że nabycie wierzytelności WLC nie było dobrym interesem.
— WLC stoi na krawędzi bankructwa, więc ta wierzytelność może nie być warta nawet tych 130 tys. zł. Chyba że jest się dłużnikiem WLC, a taki na pewno znajdzie się w grupie... Wtedy można dokonać kompensaty. Pieniędzy z tego nie będzie, ale za to łatwo niewielkim kosztem wyczyścić księgi WLC, a jeśli skompensuje się to z jakąś premią, może się nawet pojawić zysk. Takie operacje to, od czasów handlu wierzytelnościami PGR, specjalność Stanisława Gasinowicza — wyjaśnia dobrze zorientowany informator.
— Kompensata wierzytelności to taki sam instrument finansowy jak każdy inny. Jeżeli jego zastosowanie jest dobre dla wszystkich — a przy tym zgodne z prawem — należy to robić — mówi Stanisław Gasinowicz, zaznaczając, że o transakcji między Szeptelem a Multiact dowiaduje się od nas i jego uwaga nie odnosi się do tego konkretnego przypadku.
Operacje
Na początku kwietnia 2000 r. Stanisław Gasinowicz informuje, że posiada 155 tys. akcji Wólczanki. We wrześniu 2000 r. to już ponad 300 tys. akcji, czyli 16 proc. łódzkiego producenta koszul. Wtedy WZA zmienia skład rady nadzorczej spółki. Trafia do niej m.in. Tadeusz Noskowski. Na WZA wspólnie z Gasinowiczem głosuje tajemnicza irlandzka firma Malbeth Limited, która mniej więcej w tym samym czasie pojawia się wśród akcjonariuszy Wólczanki z pakietem prawie 10 proc. Zapamiętajmy ją...
Po ukonstytuowaniu się nowej rady nadzorczej, wydarzenia w Wólczance zaczynają się toczyć szybko. W październiku 2001 r. wiceprezesem — dzięki rekomendacji Gasinowicza — zostaje Marcin F. (obaj panowie poznali się na początku 1999 r., kiedy Marcin F. pracował w dziale operacji kapitałowych Banku Handlowego, z którego usług korzystał Gasinowicz). W tymże miesiącu łódzki sąd rejestruje spółkę WLC Inwest z kapitałem zakładowym 200 tys. zł. Jej prezesem zostaje Marcin F.
Wólczanka za 199,5 tys. zł obejmuje w WLC 399 udziałów. Jeden udział, wart 500 zł, trafia do Misoni Trade House, firmy której właścicielem i prezesem jest wtedy Stanisław Gasinowicz. Powód takiego zabiegu jest prosty — statut producenta koszul przewiduje, że przy powoływaniu spółki ze 100 proc. udziałem Wólczanki potrzeba zgody WZA. A tak mniejszościowi akcjonariusze Wólczanki nie mogą wyrazić swego zdania...
W zamyśle Gasinowicza i Marcina F. WLC ma być dla giełdowego producenta koszul wehikułem, zarabiającym na inwestycjach kapitałowych. By umożliwić start powołanej spółce, Wólczanka udziela jej poręczenia na kolosalną kwotę (do 30,7 mln zł) — ryzykuje połowę kapitałów własnych dla firmy, której biuro zajmuje pół pokoju, wynajmowanego zresztą od Wólczanki. 30 listopada WLC podpisuje z Bankiem Gospodarki Żywnościowej umowę: bank za 18 mln zł obejmuje weksle inwestycyjne WLC. BGŻ nie ryzykuje wiele — zabezpieczeniem jest wspomniane poręczenie Wólczanki.
Co WLC robi z taką furą pieniędzy? Jedna z pierwszych decyzji jest cokolwiek kontrowersyjna — dopiero co powołana spółka, nie zatrudniająca ani jednej osoby, przekazuje 4 mln zł jako zaliczkę na poczet kupna... siedziby swego zagranicznego oddziału!!! Komu? Irlandzkiej firmie European Experts Association. Do zakupu nie dochodzi. Pieniądze zaś — według naszych informacji — zostają rozliczone poprzez ulubioną transakcję finansową Stanisława Gasinowicza — kompensatę.
Co wiemy o beneficjencie zaliczki? Jak wynika z rejestru handlowego Irlandii, siedziba EEA to Nathan House, Christchurch Square 8 w Dublinie. Pod tym adresem zarejestrowano wiele innych spółek. Wszystkimi zarządzają firmy skupione wokół HLB Nathans. Ten podmiot zaś zajmuje się głównie usługami księgowymi — m.in. zakładaniem i prowadzeniem dokumentacji spółek. Sprawdzając irlandzki rejestr handlowy, dotarliśmy do informacji, że jedną ze spółek, mieszczących się pod tym adresem jest... Malbeth Limited, tajemniczy akcjonariusz Wólczanki.
Właścicielem HLB Nathans jest Vivian Nathan, nie tylko biznesmen, ale i konsul honorowy Belize. Próbowaliśmy do niego dotrzeć, ale nasze pytania, dotyczące firm Malbeth Limited i European Experts Association, pozostały bez odpowiedzi. Malbeth Limited w listopadzie 2001 r. sprzedał zaś większość z posiadanych akcji Wólczanki. Kupującym — według naszych źródeł — był Stanisław Gasinowicz. Chciałem, ale w końcu nie kupiłem — deklaruje natomiast Gasinowicz.
— O firmie Malbeth wiem tylko tyle, że była akcjonariuszem Wólczanki. Nic mnie z nią nigdy nie łączyło i nie łączy — twierdzi Stanisław Gasinowicz.
— A wie Pan, że jej siedziba mieści się pod tym samym adresem, co EEA?
— Teraz już wiem.
— Czyli nie wiedział Pan?
— Nie, nie wiedziałem.
Fakt, sama rejestracja wielu firm pod jednym adresem nie jest przestępstwem, a w przypadku firm trusterskich — częstą praktyką.
O drugiej z irlandzkich spółek: EEA — zajmującej się handlem akcjami — i często przewijającej się wokół Stanisława Gasinowicza — Andrzej R., prezes i główny właściciel Apeximu mówi, że to „spółka Gasinowicza”.
Ktoś zbliżony do organów ścigania twierdzi, że właścicielem EEA jest jego brat — Franciszek. Nie udało nam się jednak potwierdzić tych informacji.
Bzdura! Ani ja, ani brat nie mieliśmy akcji tej spółki — oburza się Stanisław Gasinowicz. I dodaje:
— Nie wiem, kto jest właścicielem EEA. Nieuprawniona jest teza, że to „spółka Gasinowicza”. Moje związki z tą firmą są takie, że byłem jej pełnomocnikiem, a potem rekomendowałem następców na to stanowisko (Tadeusza Noskowskiego i Piotra Michałowskiego — przyp. aut.) — przekonuje.
— W Irlandii działają wyspecjalizowane firmy, zajmujące się „wypożyczaniem” spółek. Firma, nazwijmy ją X, dysponuje jakąś liczbą nowych spółek bez zadłużenia. Do X zgłasza się ktoś chcący, głównie ze względów podatkowych, zarejestrować firmę w Irlandii. Firma X oddaje jedną ze swoich spółek, zobowiązując się do prowadzenia jej dokumentacji. Za to otrzymuje godziwe wynagrodzenie. Pełnomocnikiem „wypożyczonej” spółki zostaje człowiek działający np. w Polsce: może on podejmować wszelkie ważne dla spółki decyzje, podpisywać w jej imieniu dokumenty etc. Ale formalnym właścicielem pozostaje ktoś z Irlandii — tłumaczy menedżer wysokiego szczebla, znający cały proceder od podszewki.
Większość pozyskanych od Wólczanki i BGŻ pieniędzy WLC przeznacza na zakup akcji i obligacji spółek z „grupy”. Głównie Apeximu i Szeptela. Nie ma znaczenia, że obie spółki (szczególnie Apexim — ponad 100 mln zł strat w 2000 r.) są w opłakanym stanie. Jak nietrudno przewidzieć, inwestycje przynoszą ogromne straty. Część akcji władzom WLC udaje się sprzedać, ale znacznie taniej niż je kupowano. Resztę trzeba drastycznie przecenić. Efekt? W 2001 r. WLC ma 4,2 mln zł straty netto, rok później — już 22,9 mln zł!
Jeszcze w 2001 r., gdy już jest jasne, że inwestycje kapitałowe to wielka klapa, dochodzi do podwyższenia kapitału w WLC. Cel? Tak częste w przypadku Stanisława Gasinowicza zejście do cienia, czyli zmniejszenie udziałów Wólczanki poniżej 20 proc. — by nie było obowiązku przedstawiania danych finansowych WLC w bilansie giełdowej spółki. Kapitał zwiększa się pięciokrotnie – do 1 mln zł. Największym udziałowcem spółki zostaje — znana nam już — irlandzka EEA (802 udziały). Po 399 udziałów (19,95 proc.) trafia do Wólczanki, Wonloka (spółki informatycznej, którą w tym czasie kontrolował Stanisław Gasinowicz) i Energomontażu Południe; jeden udział pozostaje w gestii Misoni Trade House.
Straty ponosi nie tylko WLC, ale i Wólczanka, również inwestująca w akcje spółek z grupy. Za ponad 165 tys. akcji Szeptela płaci 5,9 mln zł. Gdy jednak sprzedaje ten sam pakiet, dostaje... 256 tys. zł! (strata 5,63 mln zł). Nabywa też walory Energomontażu Południe, tylko w 2002 r. tracąc na nich 180 tys. zł.
W lipcu 2002 r. mija termin wykupu weksli WLC, objętych przez BGŻ. Nieudane inwestycje WLC sprawiają, że spółka nie może sama wykupić swoich papierów. Bank korzysta zatem z zabezpieczenia w postaci poręczenia i sięga „do kieszeni” Wólczanki. Giełdowy producent koszul ma spłacić 18 mln zł! Po trudnych negocjacjach zarządu Wólczanki z BGŻ zapada postanowienie, że dług z tytułu weksli zostanie zamieniony na długoterminowe obligacje, zabezpieczone hipoteką na nieruchomościach Wólczanki.
Niekorzystne decyzje inwestycyjne WLC wiele lat będą zatem obciążać wynik producenta koszul.
Poręczenia
I jeszcze jeden trup, zostawiony w szafie przez WLC. Spółka nie tylko niekorzystnie inwestowała w firmy z „grupy Stanisława Gasinowicza”, ale i poręczała jego kredyty. Nie tylko zresztą jego... W aktach rejestrowych WLC i Wólczanki znaleźliśmy informację o poręczeniu kredytu (10 mln zł!), jaki na zakup akcji zaciągnął jeden z ludzi Gasinowicza — Piotr Michałowski, który w lutym 2002 r. zastąpił Marcina F. na stanowisku prezesa WLC.
Wskutek wszystkich tych fatalnych decyzji Wólczanka wykazała w 2002 r. stratę netto wysokości 33,2 mln zł. Dużo. Szczególnie, że to pierwsza strata w historii firmy!
— Radę nadzorczą Wólczanki kontroluję od lutego 2002 r. Dopiero od tego momentu odpowiadam za to, co się dzieje w spółce. M.in. dzięki memu zaangażowaniu udało się doprowadzić do ugody z BGŻ, co uważam za duży sukces obu stron — ocenia Stanisław Gasinowicz.
Jego zdaniem, zabezpieczanie kredytów aktywami osób trzecich jest normalną procedurą handlową.
— Sprawdziłem ten przypadek kredytu na 10 mln zł i Piotr Michałowski rozliczył się z WLC — przekonuje Stanisław Gasinowicz.
Porozumienie z BGŻ pozwoliło Stanisławowi Gasinowiczowi korzystnie sprzedać część akcji Wólczanki. Inwestorem producenta koszul w kwietniu 2004 r. została grupa PZU (poprzez trzy Narodowe Fundusze Inwestycyjne i Otwarty Fundusz Emerytalny PZU Złota Jesień) — kupiła niemal 15 proc. walorów. Stanisław Gasinowicz (z żoną Renatą) cały czas jest jednak jednym z największych akcjonariuszy i zastępcą szefa rady nadzorczej Wólczanki. I — jednocześnie: — podejrzewanym (tzw. sprawstwo polecające) o działanie na jej szkodę...
We wrześniu łódzki sąd rozpocznie proces Marcina F., byłego wiceprezesa Wólczanki i prezesa WLC, oraz właśnie Stanisława Gasinowicza.
— Obaj mają zarzuty karalnej niegospodarności. Chodzi o wyrządzenie szkody obu firmom na łączną sumę 37,3 mln zł: WLC na kwotę 19,3 mln zł (z czego 16,1 mln zł dotyczy transakcji akcjami Apeximu, a ponad 3,2 mln zł — Szeptela) i Wólczance na kwotę 18 mln zł (wartość udzielonego poręczenia). Grozi im od roku do 10 lat więzienia — informuje Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi.
Stanisław Gasinowicz odpowiedzialnością za chybione inwestycje kapitałowe Wólczanki i WLC obciąża zarząd, którym kierował Marcin F. A ten przekonuje, że wszystkie decyzje zlecał mu telefonicznie Stanisław Gasinowicz.
— To były transakcje pakietowe. Gasinowicz dzwonił do mnie i mówił, z jakiego rachunku, jaki pakiet i po jakiej cenie mam kupić. Sprzedającymi byli ludzie, z którymi ja często nie miałem kontaktu. W przeciwieństwie do Gasinowicza. To można łatwo sprawdzić — choćby poprzez billingi — opowiada Marcin F.
— Chętnie odniósłbym się do słów Marcina F., gdyż nie mam nic do ukrycia. Niestety, nie mogę — ze względu na akt oskarżenia, który w tej sprawie jest w sądzie. To sąd oceni moje postępowanie. Chętnie porozmawiam po zakończeniu procesu — deklaruje Stanisław Gasinowicz.
Przy formułowaniu zarzutów w stosunku do niego łódzka prokuratura skorzystała z zapisu art. 18 kodeksu karnego, czyli tzw. sprawstwa polecającego.
— Postępowania karne przeciwko mojemu klientowi są obarczone poważnym błędem prawnym. W Łomży prokuratura zarzuca panu Gasinowiczowi podżeganie do przestępstwa, tymczasem podżegać można jedynie do przestępstwa umyślnego. W tym wypadku
trzeba by więc udowodnić, że od początku istniał zamiar doprowadzenia do szkód w Szeptelu. I prokuratura dochodzi do takich wniosków bez opinii biegłego! W Łodzi z kolei jest mowa o tzw. sprawstwie polecającym. Teoria prawa karnego dopuszcza zastosowanie tego zapisu tylko w dwóch przypadkach: rozkazu wojskowego i związku przestępczego. Jeśli Marcin F. mówi, że wykonywał decyzje pana Gasinowicza i jednocześnie akceptował je w sensie biznesowym, to ktoś tu robi kardynalny błąd. Albo pan F., albo prokurator — przekonuje Grzegorz Kucharski, adwokat Stanisława Gasinowicza.
Stosunki wewnętrzne
W marcu 2001 r. Stanisław Gasinowicz zaczął kupować akcje innej giełdowej spółki — katowickiego Energomontażu Południe. Uważałem, że firma jest niedowartościowana — tłumaczy powody. Inaczej patrzą na to jego byli współpracownicy.
— Dlaczego Energomontaż Południe? Decydowała nadpłynność finansowa. Na kontach firmy był wyjątkowo łakomy kąsek: około 20 mln zł gotówki. Zresztą w Wólczance też były wolne środki — prawie 8 mln zł. Takie pieniądze można było inwestować w papiery spółek z „grupy” — tłumaczy jeden z nich.
20 mln zł gotówki? Mity... — dziwi się Stanisław Gasinowicz.
Jeszcze przed Gasinowiczem w akcje EP zainwestowali dwaj inwestorzy finansowi – fundusze zarządzane przez DWS Polska i CAIB (razem posiadały niemal 20 proc. walorów spółki). Wydarzenia w firmie kontrolował jednak Elektrim, który — poprzez Fabrykę Kotłów Rafako — gromadził około 1/3 akcji EP i poszukiwał kupca na ten pakiet. Udało się w czerwcu 2001 r. Rafako sprzedało 219 780 akcji firmy (blisko 20 proc.). Nabywcy? Andrzej R., prezes i większościowy akcjonariusz Apeximu, Sławomir Stawiarski i Stanisław Gasinowicz.
Wiemy o tym m.in. z aktu oskarżenia, od maja 2003 r. znajdującego się w warszawskim sądzie rejonowym. Oskarżeni? Stanisław Gasinowicz (trzy zarzuty) i Andrzej R. (dwa). Prokuratura zarzuca im złamanie prawa o publicznym obrocie papierami wartościowymi. Chodzi jej o to, że w wymaganym terminie nie poinformowali Komisji Papierów Wartościowych i Giełd o przekroczeniu progów 5 i 10 proc. Nie ogłosili też na giełdzie wezwania do sprzedaży akcji EP, mimo że mieli taki obowiązek (przekroczyli bowiem 10-proc. próg w okresie krótszym niż 90 dni). Za każdy z zarzutów grozi im grzywna do miliona złotych. Obaj w śledztwie składali wyjaśnienia — i nie przyznali się do winy. Mimo że od wniesienia aktu oskarżenia do sądu minęło ponad rok, nie wyznaczono nawet terminu pierwszej rozprawy...
Przetasowania w akcjonariacie EP zbiegły się z WZA spółki (pod koniec czerwca 2001 r.). W porządku obrad były m.in. zmiany w składzie rady nadzorczej. Fundusze DWS i CAIB zamierzały wprowadzić niezależnego członka do RN i wypłacić dywidendę za rok 2000. Według naszego informatora, obie te sprawy uzgodnione zostały ze Stanisławem Gasinowiczem.
— Tymczasem na walnym nagle wstała jakaś osoba fizyczna i zgłosiła gotową listę członków RN bez przedstawiciela funduszy. Wszyscy — Rafako i osoby fizyczne (m.in. Gasinowicz, Andrzej R., Stawiarski — przyp. aut.) — tę listę poparli. Dywidenda też nie przeszła... — wspomina ówczesny akcjonariusz EP.
Stanisław Gasinowicz twierdzi, że nie pamięta, dlaczego przedstawiciel DWS nie wszedł do rady nadzorczej. Znaleźli się w niej za to m.in. Sławomir Stawiarski i Dariusz Z.
— Domagaliśmy się przejrzystości w Energomontażu Południe, ale bez skutku. Od WZA z czerwca 2001 r. nasze zaufanie do spółki mocno spadło i systematycznie zmniejszamy w niej swe udziały (teraz to mniej niż 5 proc. — przyp. aut.) — tłumaczy Paweł Borys z DWS Polska TFI.
— Moim zdaniem, fundusze DWS od 2001 r. cały czas chciały sprzedać posiadane akcje EP. Niekorzystny stosunek do mnie to efekt tego, że kupiłem akcje od Rafako, a nie od nich. Tymczasem nie mogłem kupić od DWS, bo powstałby konflikt z Elektrimem, a na to nie mogłem sobie pozwolić — tłumaczy z kolei Stanisław Gasinowicz.
W 2002 r. EP — po raz pierwszy od prywatyzacji spółki w 1995 r. — wykazał stratę — ponad 9,8 mln zł.
— Wynik roku 2002 r. rzeczywiście był kiepski, ale to efekt warunków zewnętrznych, głównie dekoniunktury w branży budowlanej. Łączenie tego z panem Gasinowiczem jest nieporozumieniem. Tym bardziej że za 2003 r. wykazaliśmy zyski (637 tys. zł — przyp. aut.) — przekonuje Jerzy Wcisło, prezes i posiadacz około 5 proc. akcji EP.
Istotnie, dekoniunktura wywarła wpływ na sytuację firmy. Ale nie tylko, bo i tu zastosowano znany skądinąd scenariusz... Po wejściu do Energomontażu Południe Gasinowicza i ludzi z nim związanych, spółka zajęła się inwestycjami w akcje innych firm z „grupy”. Tylko w 2002 r. EP stracił na papierach wartościowych (m.in. Wólczance i Szeptelu) ponad 3,1 mln zł. Szczególnym niewypałem okazał się zakup walorów łomżyńskiego operatora. W 2002 r. EP kupił 76,5 tys. akcji Szeptela, płacąc po 27,66 i 20,04 zł za akcję. W sumie wydał 1,735 mln zł. Na koniec 2002 r. akcje te warte były... 89 tys. zł, czyli niemal 20 razy mniej!
Następna fatalna inwestycja EP to wejście kapitałowe do WLC Inwest, spółki zależnej Wólczanki. Jak już napisaliśmy — pod koniec 2001 r. łódzki producent koszul chciał zmniejszyć swój udział w WLC poniżej 20 proc. Pomógł mu w tym m.in. Energomontaż Południe: objął 19,95 proc. udziałów w WLC (nieprzypadkowo taki właśnie pakiet — on też nie musiał tego ujawniać). EP wydał prawie 200 tys. zł, mimo że już wtedy władze WLC przyznawały — dotarliśmy do dokumentów — że spółka ta utraciła płynność finansową. Jerzy Wcisło zarzeka się, że i z tą decyzją Stanisław Gasinowicz nie miał nic wspólnego.
— Decydowały moje bardzo dobre kontakty ze śp. Ryszardem Polańskim (prezes Wólczanki, zmarł w październiku 2003 r. — przyp. aut.), z którym zasiadałem w Radzie Głównej BCC. Ta inwestycja okazała się niekorzystna, ale 200 tys. zł to nie jest dla nas odczuwalna strata — przekonuje Jerzy Wcisło.
Identycznie wydarzenia te ocenia Stanisław Gasinowicz. Mówi, że nie ma wpływu na bieżące działania zarządu EP.
Inne spojrzenie mają związki zawodowe w EP. W styczniu 2004 r. w Prokuraturze Rejonowej Katowice Centrum-Zachód NSZZ „Solidarność” i NSZZ Pracowników EP złożyły zawiadomienie o działaniu na szkodę tej firmy poprzez „zakup akcji spółek, kontrolowanych przez Stanisława Gasinowicza”.
Jak ustaliliśmy w prokuraturze, 30 czerwca 2004 r. materiały tego postępowania trafiły do Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Ona to bowiem zajmuje się przestępstwami giełdowymi. I ona też będzie ustalać, kto odpowiada za doprowadzenie do 3,8 mln zł strat na transakcjach akcjami Wólczanki, Apeximu i Szeptela.
Stanisław Gasinowicz deklaruje, że ze spokojem czeka na wyniki śledztwa. Nie tylko zresztą tego.
