Czytasz dzięki

Inflacja nie pozwala o sobie zapomnieć

opublikowano: 14-07-2020, 22:00

Koronakryzys miał stłumić inflację cenową. Ale wygląda na to, że jednak nie stłumi. A przynajmniej nie tak szybko, jak tego oczekiwano. To fatalna wiadomość dla posiadaczy oszczędności. Zwłaszcza dla tych, którzy swoje zaskórniaki trzymają w banku.

Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) w czerwcu koszyk cen towarów i usług konsumpcyjnych był aż o 3,3 proc. droższy niż rok temu. Ten szacunek zaskoczył większość ekonomistów, którzy w przeważającej większości spodziewali się spadku inflacji cenowej w Polsce. Mediana prognoz zakładała spadek CPI do 2,8 proc. wobec 2,9 proc. odnotowanych w maju, 3,4 proc. w kwietniu oraz 4,6 proc. w marcu i 4,7 proc. w lutym.

W chwili pisania tego artykułu nie znaliśmy jeszcze kompozycji czerwcowego wskaźnika CPI. Wiedzieliśmy tylko, że wysoka inflacja cenowa w znacznej mierze była napędzana przez szybko drożejącą żywność (5,8 proc. r/r) oraz podwyższone ceny energii elektrycznej (5,1 proc. r/r). Prawdopodobnie w dalszym ciągu szybko rosły ceny usług, a efekt ten został wzmocniony „covidowymi” dopłatami np. u dentystów czy fryzjerów. Co więcej, inflacja CPI byłaby znacznie wyższa, gdyby nie wiosenne załamanie notowań ropy naftowej. Dzięki temu ceny paliw w czerwcu ukształtowały się na poziomie o blisko 20 proc. niższym niż przed rokiem.

Czerwcowy szok cenowy był na tyle silny, że ekonomiści podwyższyli szacunki inflacji CPI na cały 2020 r. W czerwcowej ankiecie makroekonomicznej NBP policzono, że profesjonalni progności w tym roku spodziewają się inflacji CPI na poziomie 3,3 proc. To więcej niż w ankiecie marcowej, przeprowadzanej gdy koronakryzys dopiero nabierał rozpędu. Zatem do końca roku inflacja CPI najprawdopodobniej utrzyma się powyżej celu Narodowego Banku Polskiego.

Nie tak miało być

Zamiast tendencji dezinflacyjnych mamy więc przyspieszenie inflacji cenowej i to w paśmie powyżej celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego wynoszącego 2,5 proc. (z dopuszczalnym odchyleniem o jeden punkt procentowy). Dlaczego to takie zaskoczenie? Otóż w klasycznym cyklu koniunkturalnym w okresach recesji zwykle mamy do czynienia z osłabieniem presji inflacyjnej. Gdy w czasie recesji ludzie tracą pracę (lub choćby obawiają się jej utraty), to zwykle zaczynają oszczędzać i ograniczają wydatki konsumpcyjne. Przedsiębiorstwa, doświadczając spadku popytu na swoje produkty, obniżają ceny, aby obronić udział w rynku i zatrzymać klientów. A ci ostatni przestają akceptować wyższe ceny dóbr konsumpcyjnych i prędzej gotowi są zrezygnować z zakupu niż zapłacić więcej za to samo. Tak w dużym uproszczeniu działa rynkowy mechanizm korygujący błędną alokację zasobów w fazie huraoptymistycznego boomu gospodarczego.

Ten kryzys jest jakiś inny

Ale rozpoczęta w marcu 2020 r. recesja jest niepodobna do żadnej poprzedniej. Jej nadzwyczajność zawdzięczamy koronawirusowi i reakcjom władz. Po wiosennym trzęsieniu ziemi — jakim było nakazane przez rząd sparaliżowanie gospodarki — końcówka maja i czerwiec przyniosły wyraźne ożywienie. Zwłaszcza po stronie konsumentów. Zamiast oszczędzać i przygotowywać się na ciężkie czasy, Polacy tłumnie ruszyli na zakupy. Według danych GUS w czerwcu sprzedaż w kategorii „meble, RTV i AGD” była aż o 14,4 proc. wyższa niż przed rokiem. A to przecież dobra, na które wydatki racjonalny konsument tnie w pierwszej kolejności. W końcu wymiana mebli czy zakup nowego telewizora mogą poczekać na lepsze czasy. Rzecz jasna za część tego czerwcowego skoku sprzedaży mógł odpowiadać tzw. popyt odroczony.

Pamiętajmy, że wiele sklepów w marcu i kwietniu było zamkniętych. Nie wszystkie w pełni otworzyły się też w maju. Zatem część konsumentów w czerwcu kupowała towary, które chciała nabyć wiele tygodni temu, ale nie mogła tego zrobić z powodu zamknięcia galerii handlowych. Tyle że rosnąca sprzedaż mebli i elektroniki to niejedyny przejaw optymizmu konsumentów. Wystarczy spojrzeć na tłumy urlopowiczów w popularnych kurortach nadmorskich czy górskich. To obrazki skrajnie nietypowe dla recesji, która w drugim kwartale skasowała może nawet 10 proc. polskiego PKB. Skąd się biorą tak dobre nastroje konsumentów? Możliwości jest wiele, ale warto zwrócić uwagę na jeden czynnik. To jest na reakcję rządu i banku centralnego, które podjęły najgłębszą od 30 lat ingerencję w polską gospodarkę. Rząd za pośrednictwem Polskiego Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego wpompował w gospodarkę blisko sto miliardów złotych.

Obligacje PFR i BGK na pniu skupił Narodowy Bank Polski, w praktyce finansując wydatki budżetowe „dodrukiem” pieniądza w skali około 5 proc. PKB. Drugie tyle wstrzyknął rząd poprzez zwiększenie deficytu budżetowego. Zasadniczo cała operacja sprowadzała się do płacenia pracownikom za niepracowanie. W ten sposób świeżo wykreowane pieniądze poprzez PFR i budżet państwa popłynęły do portfeli konsumentów. Tarcza antykryzysowa w wielu firmach zamroziła poziom zatrudnienia, co dało pracownikom złudne bezpieczeństwo przyszłych dochodów. Galopująca w tempie 16 proc. podaż pieniądza z jednej strony podtrzymała popyt konsumpcyjny, a z drugiej pozwoliła utrzymać wysoką presję inflacyjną.

W krainie niskich stóp

Siła nabywcza polskiego pieniądza w dalszym ciągu będzie szybko spadać. Co gorsza, posiadacze oszczędności nie bardzo są w stanie się przed tym obronić. A to za sprawą decyzji Rady Polityki Pieniężnej, która w marcu, kwietniu i maju ścięła stopy procentowe praktycznie do zera. W ślad za tym poszły obniżki stawek bankowych depozytów, które w znacznej mierze oferują zerowe lub prawie zerowe odsetki. W rezultacie nasze oszczędności tracą realnie około 3 proc. rocznie. To najgłębsza represja monetarna w ostatnim ćwierćwieczu. Jeśli jednak wysoka inflacja cenowa pozostanie z nami do końca roku, to skorzystają na tym osoby, które rok temu nabyły obligacje skarbowe indeksowane inflacją. Druga połowa 2019 r. cechowała się wzmożonym popytem na 4-letnie detaliczne obligacje skarbowe. Konstrukcja tych papierów jest taka, że ich oprocentowanie od drugiego roku oszczędzania uzależnione jest od inflacji CPI powiększonej o stałą marżę.

Papiery sprzedawane do końca kwietnia 2020 r. oferowały oprocentowanie według wzoru inflacja CPI +1,25 pkt proc. (oraz od tego minus 19 proc. podatku). Ci, którzy w lipcu 2019 r. kupili 4-letnie COI, od sierpnia będą mieli naliczane odsetki w wysokości 1,25 pkt proc. ponad czerwcową inflację CPI. Czyli wyniosą one 4,55 proc. w skali roku. W tym momencie to oferta absolutnie nieosiągalna w przypadku lokat bankowych, rynkowych obligacji skarbowych, a nawet całkiem pokaźnej części obligacji korporacyjnych. Lecz ci, którzy antyinflacyjne 4-latki kupią teraz, przez rok otrzymają zaledwie 1,70 proc. Tak to działa— w pierwszym roku inwestor płaci frycowe w postaci oprocentowania wyraźnie niższego od inflacji, by w kolejnych trzech odcinać kupony od szybszego wzrostu cen. Niestety, po majowej modyfikacji oferty (i obniżeniu marży o 50 pkt baz.) antyinflacyjne obligacje skarbu państwa praktycznie przestały chronić przed podwyższoną inflacją. A to przez podatek, który w przypadku tych papierów płacimy… od inflacji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane