Inwestycje lekarstwem na rosnącą inflację?

Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Rozmowa z Mateuszem Walewskim, głównym ekonomistą Banku Gospodarstwa Krajowego.

Inwestycje lekarstwem na rosnącą inflację?

Partnerem publikacji jest Bank Gospodarstwa Krajowego
opublikowano: 22-06-2022, 17:32
aktualizacja: 22-06-2022, 17:40
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Rozmowa z Mateuszem Walewskim, głównym ekonomistą Banku Gospodarstwa Krajowego.

Mateusz Walewski

Od 2018 r. główny ekonomista oraz szef działu badań i analiz BGK. Wcześniej m.in. w PwC, Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych CASE i Instytucie Badań Edukacyjnych. Uczestnik wielu projektów badawczych i doradczych dla sektora prywatnego oraz rządów krajów Europy Centralnej i Wschodniej, członek Zespołu Doradców Strategicznych premiera w latach 2008-2010. Autor publikacji na tematy makroekonomiczne, fiskalne oraz dotyczących zagadnień rynku pracy i polityki społecznej. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego i University of Sussex. W czasie V edycji Forum Wizja Rozwoju uczestnik debat „Wpływ inflacji na biznes” oraz „Znaczenie polskiego kapitału w rozwoju gospodarki”.

Inflacja w Polsce urosła w maju do rekordowych 13,9 proc. To o 1,7 proc. więcej niż w poprzednim miesiącu. Od 25 lat ceny nie rosły u nas w tak szalonym tempie. Czy dało się to przewidzieć?

O tym, że wskaźnik inflacji wzrośnie, wiedzieliśmy od wybuchu pandemii koronawirusa. Wówczas rządy krajów rozwiniętych zaczęły walczyć z jej skutkami. W różny sposób. Przykładowo USA wypłaciły swoim obywatelom pieniądze, by pobudzić konsumpcję, zaś Polska pomagała przede wszystkim firmom. Rząd, PFR i BGK wsparły przedsiębiorców poprzez programy pomocowe. W ten sposób pomogliśmy im zachować działalność i miejsca pracy. Banki centralne wspierały te pakiety – rozpoczęły kolejne fale „luzowania ilościowego” i obniżały radykalnie stopy procentowe.

To musiało się skończyć inflacją. Z jednej strony mieliśmy ograniczenie podaży, a z drugiej popyt sztucznie wspierany potężnym impulsem fiskalnym i monetarnym. Wzrósł więc dług publiczny, a także prywatny. Inflacja była też potrzebna – kraje rozwinięte nie mają już zdolności do szybkiego wzrostu gospodarczego, więc z tego dodatkowego długu mogła wydostać je głównie inflacja. Po drodze mieliśmy jeszcze problemy z łańcuchami dostaw, ale to też dało się przewidzieć za sprawą ostrego lockdownu w Chinach. Firmy borykają się z coraz szybciej rosnącymi kosztami. Inflacja producencka (PPI) notuje kilkunastoprocentowe wzrosty.

Jak więc Polska wypada na tle Europy i świata?

W USA inflacja wynosi ponad 8 proc., podobnie kształtuje się w Europie Zachodniej. Czyli wypadamy gorzej. Tyle że w porównaniu z naszym regionem Polska znajduje się w górnej strefie stanów średnich. Czechy mają inflację na poziomie 16 proc., Łotwa – 16,8 proc., Estonia – 20 proc.

Zazwyczaj kraje, które rosną szybciej, mają tendencję do wyższej inflacji. Do tego dochodzi niska w Polsce stopa bezrobocia, rozgrzany rynek pracy i presja płacowa – to również sprzyja podwyżce cen.

Mówi pan, że inflacja była nieunikniona. Naprawdę nie dało się jej wcześniej zapobiec?

Nie. Zagrożenie związane z wyhamowaniem odbudowy popandemicznej było realne, a nikt nie przewidywał rosyjskiej agresji na Ukrainę. Jeśli porównamy kraje spoza strefy euro, zobaczymy, że wszędzie stopy procentowe rosły w podobny sposób. Jednocześnie rosły koszty obsługi długów i kredytów. Polska w żadnym wypadku nie jest wyjątkiem na tle regionu świata.

Owszem, tarcze antyinflacyjne opóźniają proces hamowania inflacji. Tyle że one w końcu też się skończą. Może być tak, że w Czechach i na Węgrzech ceny przestaną rosnąć, a w Polsce stanie się to nieco później. Ale niezależnie od tarcz inflacja już wpływa na portfele Polaków. Podrożały kredyty hipoteczne, raty wzrosły o kilkadziesiąt procent. Rosnące płace przestają nadążać za inflacją. Kiedy płace realne zaczną spadać, wygenerują spadek popytu i w rezultacie spowolnienie gospodarcze oraz spadek inflacji.

Rząd broni się, przekonując, że to „putinflacja”, czyli wzrost cen wywołany przez agresywne działania Rosji.

„Putinflacja” jest faktem, jednak Kreml odpowiada tylko za część wzrostu cen, którego doświadczamy w naszym kraju. Przecież wzrosty cen zaczęły się już w zeszłym roku.

Oczywiście, gdyby nie rosyjska agresja na Ukrainę, inflacja wynosiłaby dzisiaj pewnie 5-6 proc. Z drugiej strony wojenna inflacja nie zaczęła się 24 lutego wraz z bombardowaniem ukraińskich miast i wsi, lecz pół roku wcześniej, kiedy ceny gazu wzrosły kilkunastokrotnie.

Przypuszczam, że wzrosty cen energii mamy za sobą, ale szukanie zastępstwa dla rosyjskiego gazu i ropy może być bolesne. Wciąż mogą rosnąć ceny żywności.

Przez blokadę ukraińskich portów na Morzu Czarnym?

Nie tylko. Białoruś i Rosja były istotnymi producentami składników do nawozów. Ich brak będzie wpływać na ceny wszystkich produktów żywnościowych. Nawozów będzie mniej i z pewnością zdrożeją, bo ich produkcja zależy od ceny gazu.

Jak w tej inflacyjnej zawierusze może odnaleźć się prywatny biznes i samorządy? Czy rekordowe 13,9 proc. zachęca do inwestowania?

Wyobraźmy sobie taką sytuację: brakuje siły roboczej, materiałów, surowców energetycznych i dookoła panuje niepewność geopolityczna. Nie ma za to inflacji. Czy wtedy masowo inwestujemy? Ogólna niepewność powoduje, że nasze inwestycje spadają, choć są potrzebne. Musimy przecież inwestować w źródła energii zastępujące paliwa kopalne i rosyjski gaz.

Do czego zmierzam? Inflacja jest objawem tych samych problemów co spadek inwestycji. Nie problemem samoistnym – dopustem bożym. Ale oczywiście nowe inwestycje są nam potrzebne. Dużą rolę do odegrania mają inwestycje publiczne wspierane przez BGK, chociażby w Programie Inwestycji Strategicznych dla samorządów.

Swoją drogą program ten cieszy się ogromnym wzięciem.

Nic dziwnego, skoro wystarczy od 5 do 15 proc. wkładu własnego. Program Inwestycji Strategicznych jest potrzebny, aby przedsięwzięcia samorządu nie utknęły w miejscu. Dzięki wysokiemu, bezzwrotnemu dofinansowaniu mogą zmodernizować lub rozbudować swoją infrastrukturę.

Jest więcej rzeczy, które napawają optymizmem. PLK i GDDKiA sygnalizują, że będą kontynuować swoje inwestycje, rząd myśli o elektrowni atomowej, trwają prace nad Centralnym Portem Komunikacyjnym. Te przedsięwzięcia mogą wygenerować popyt. Jeśli tak się stanie, poprawią się oczekiwania prywatnych inwestorów. Do tego wyczekujemy ustabilizowania sytuacji na Wschodzie – liczę na zwycięstwo Ukrainy – które sprawi, że prywatne inwestycje ruszą. Wciąż jest wiele do zrobienia – potrzebujemy rąk do pracy, musimy umaszynowić nasz przemysł.

Co jakiś czas pojawiają się głosy, by uciąć programy socjalne i tarcze, bo państwa na nie już nie stać.

Jeśli inflacja zostanie z nami na dłużej, z czegoś trzeba będzie zrezygnować. Polski Ład początkowo sprawiał problemy, a teraz i tak większość płaci mniejszy PIT – to zostanie. Mamy też jednak tarcze antyinflacyjne, które prędzej czy później muszą zostać wygaszone. Nie możemy cały czas utrzymywać stawki VAT na paliwa silnikowe na poziomie 8 proc., bo to z punktu widzenia państwa niekorzystne rozwiązanie.

Trudno wypowiadać się o reszcie. Koszty finansowania deficytu są coraz wyższe, ponieważ rosną stopy procentowe, a to powoduje, że trudno wpiąć w budżet państwa nowe programy socjalne. Ograniczenia będą konieczne.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane