Ironman nakłada krem na twarz

opublikowano: 02-06-2021, 14:45

Maciej Adamaszek przeszedł biznesową drogę od zachodnich koncernów przez branżę eventową po kawiarnie i restauracje. Teraz próbuje sił w kosmetykach dla mężczyzn.

Nowe wyzwanie:
Nowe wyzwanie:
Maciej Adamaszek to menedżer i przedsiębiorca z trzydziestoletnim doświadczeniem w różnych branżach. Teraz wypłynął na nieznane wody i postanowił zbudować silną markę kosmetyków dla mężczyzn.
Marek Wiśniewski

Na jakie drobne przyjemności prawdziwy mężczyzna powinien wydawać zarobione w pocie czoła pieniądze? Wódka, papierosy, na deser kiełbasa w swojskiej wersji budżetowej, whisky i cygaro w pretensjonalnej wersji premium? No nie, przecież to żenujące stereotypy. To może na… kremy o silnych właściwościach przeciwstarzeniowych, nawilżających, regenerujących i ochronnych? Na pewno?

– Można sobie żartować ze stereotypów, ale mężczyźni wciąż zwyczajnie o siebie nie dbają. Na rynku kosmetyków pielęgnacyjnych w Polsce 95 proc. pieniędzy wydają kobiety na swoje potrzeby – wydają te pieniądze mądrze, kupując dobre produkty w rozsądnych cenach. A mężczyźni? Oczywiście nigdzie nie jest tak, że te wydatki rozkładają się po równo, ale np. we Francji panowie odpowiadają za 20 proc. wartości rynku. Tymczasem u nas są ze trzy poważne marki kosmetyków dla mężczyzn na krzyż i mimo fantastycznej bazy produkcyjnej niewiele się zmienia – koncerny nie inwestują w tę kategorię, mali wolą iść w kolejne marki dla kobiet. Próbuję to zmienić – mówi Maciej Adamaszek.

Miliard w kremie

Maciej Adamaszek to menedżer i przedsiębiorca z trzydziestoletnim doświadczeniem w różnych branżach. Teraz wypłynął na nieznane wody i postanowił zbudować silną markę kosmetyków dla mężczyzn. Nazwa? True Men Skin Care. Asortyment? Na razie kilka „organicznych i naturalnych” kremów.

– Przy wchodzeniu w nowy biznes miałem trzy podstawowe wymagania. Po pierwsze szukałem rynku z dużym potencjałem. Kosmetyki to właśnie taki rynek – w Polsce to 25 mld zł obrotów rocznie, 12 lat nieprzerwanego wzrostu w przeszłości i bardzo dobre prognozy na przyszłość. Krajowa baza produkcyjna jest świetna, można więc stworzyć markę przy współpracy ze specjalistami i zlecić wytwarzanie jednej z dużych firm, które zajmują się taką działalnością. Po drugie szukałem branży, o której nie wiedziałem zbyt wiele – po to, by nie wpaść pułapkę, że wiem wszystko o tym, co można tu zrobić, a czego nie można. Jak się przychodzi z zewnątrz, to można się oczywiście grubo pomylić, ale można zrobić też coś pod prąd, niezgodnie z ustalonymi regułami, i dobrze trafić. Po pierwszych miesiącach sądzę, że tak jest właśnie z męską marką kosmetyczną – twierdzi Maciej Adamaszek.

A po trzecie?

– Trzeci warunek był taki, żeby to było coś seksownego, fajnego, przyjemnego, coś, czym można się pochwalić albo dać w prezencie. Nie chciałem robić rzeczy nudnych – mówi Maciej Adamaszek.

True Men Skin Care to w gruncie rzeczy na razie start-up. I to start-up szukający pieniędzy.

– Jesteśmy w przededniu kampanii crowdfundingowej na Beesfund. Będziemy chcieli sprzedać 20 proc. akcji, a za pozyskane pieniądze rozwinąć obecny asortyment i zbudować drugą linię kosmetyków – obok kremów przeciw starzeniu się skóry mają się pojawić produkty dla uprawiających sport – zapowiada Maciej Adamaszek.

A sprzedaż? Wyniki, biznesplan, dystrybucja i logistyka?

– Od początku plan jest taki, żeby tworzyć biznes międzynarodowy, sprzedawać nie tylko w Polsce, ale też w Europie Zachodniej. Dlatego pół roku przed startem marki spędziłem na tym, by stać się paneuropejskim partnerem Amazona w usłudze Prime. Obecność tam ma pomóc w budowie zaufania do marki i szybciej zwiększyć jej rozpoznawalność. A potem? Za rok marka powinna mieć mocno rozbudowany asortyment i poza internetem być obecna w dużej paneuropejskiej sieci sklepów stacjonarnych. Za pięć lat – wejść do USA, a także na takie duże rynki, jak Meksyk i Brazylia. Na razie jednak crowdfunding – planuje Maciej Adamaszek.

Dolnośląskie początki

Proporcje:
Proporcje:
We Francji mężczyźni odpowiadają za 20 proc. wartości rynku kosmetycznego. Tymczasem u nas są ze trzy poważne marki kosmetyków dla mężczyzn na krzyż i mimo fantastycznej bazy produkcyjnej niewiele się zmienia – koncerny nie inwestują w tę kategorię, mali wolą iść w kolejne marki dla kobiet. Próbuję to zmienić – mówi Maciej Adamaszek.
Marek Wiśniewski

Przedsiębiorca, który chce kosmetykami dla mężczyzn zawojować świat, urodził się w Brzegu. Dziś to województwo opolskie, ale…

– …ale Brzeg jest do Opola przyszyty trochę bez sensu. Zawsze więcej wspólnego miał z Wrocławiem i to Śląskowi Wrocław kibicowałem jako dziecko. To tam zresztą poszedłem do liceum, a potem na studia – mówi Maciej Adamaszek.

Wcześniej był jednak epizod międzynarodowy. Wszystko przez to, że rodzice byli lekarzami.

– Mama pediatra, tata radiolog. Przez trzy lata, od 10 do 13 roku życia, mieszkałem z nimi w Libii, bo tam oboje pracowali. Potem wróciliśmy do Polski, ale już nie do Brzegu, tylko właśnie do Wrocławia – wspomina Maciej Adamaszek.

Rodzice lekarze, a syn?

– Poszedłem na fizjoterapię na AWF. Nie chcę w żadnym razie wypowiadać się lekceważąco o takim kierunku, bo wybrałem go dlatego, że uważałem fizjoterapię za zawód z przyszłością, ale od początku chciałem też, żeby studia zajmowały mi tyle czasu, by starczyło jeszcze na inne zajęcia. I rzeczywiście dość szybko zacząłem pracę – mówi szef True Men Skin Care.

Koncernowa szkoła

Warunek:
Warunek:
Wchodząc w nowy biznes, szukałem czegoś seksownego, fajnego, przyjemnego, czym można się pochwalić albo dać w prezencie. Nie chciałem robić rzeczy nudnych – mówi Maciej Adamaszek.
Marek Wiśniewski

Był początek lat 90., a do Polski wchodziły zachodnie koncerny.

– I dzieliły między siebie strefy wpływów. Takie czasy już nigdy nie wrócą. Na gwałt szukano młodych ludzi z otwartą głową i znajomością języka angielskiego. Pierwsze CV napisałem tak, jak uczyłem się w szkole, więc był to życiorys, który nie miał nic wspólnego z dzisiejszymi wyobrażeniami CV. Wysłałem je do Marsa i trafiłem w dziesiątkę. Od razu mnie przyjęto i zostałem przedstawicielem handlowym – opowiada Maciej Adamaszek.

Przedsiębiorca wspomina, że w biznesie trzy dekady temu czas był niesamowity – sprzedaż rosła jak szalona, a klienci rzucali się na całkiem nowe kategorie produktów.

– Mars wprowadził na rynek pierwsze karmy dla psów i kotów. Jako przedstawiciel handlowy wchodziłem z tym do małych sklepów spożywczych i ich właściciele w najlepszym razie śmiali się ze mnie, że jak to, sklep dla ludzi, a ja chcę jedzenie w puszkach dla psów stawiać obok, a w najgorszym mnie wyrzucali – mówi przedsiębiorca.

Poza codzienną pracą był też przyspieszony kurs biznesowego życia, bo koncerny mocno inwestowały w młodych pracowników.

– Przez pierwsze lata dwa, trzy miesiące w roku spędzałem wyłącznie na szkoleniach prowadzonych przez specjalistów z USA i Europy Zachodniej. To był dla mnie prawdziwy uniwersytet biznesowy – uważa Maciej Adamaszek.

W Marsie szybko przyszły awanse.

– Byłem zaangażowany i kreatywny, więc w pierwsze dwa lata awansowałem dwa razy, a po pięciu latach byłem szefem działu szkolenia. Potem przeniosłem się do Cadbury, które właśnie wtedy kupiło zakłady Wedla i budowało od podstaw dział sprzedaży. Stamtąd agencja headhunterska ściągnęła mnie do Alimy Gerber na dyrektora sprzedaży – wylicza Maciej Adamaszek.

Wielu rówieśników, którzy w podobnym czasie zaczynali pracę w polskich oddziałach zachodnich korporacji, dziś stoi na ich czele.

– A ja się na przełomie wieków korporacjami zmęczyłem. One już wtedy kończyły fazę pionierskiej ekspansji i wchodziły w tryby, w których są dzisiaj, czyli w mocno sformalizowany system, w którym procedury i raportowanie są ważniejsze od własnej inicjatywy. Ja się w tym kieracie przestałem odnajdywać – i to był koniec mojej przygody z korporacjami na dobre – przyznaje Maciej Adamaszek.

Na własnym

True Men Skin Care:
True Men Skin Care:
Na razie w asortymencie marki są kremy o silnych właściwościach przeciwstarzeniowych, nawilżających, regenerujących i ochronnych, ale planowane są też produkty dla uprawiających sport.
materiały prasowe

Korporacyjne doświadczenia i kontakty szybko jednak przydały się przy rozwijaniu własnego biznesu. Była nim agencja eventowa.

– Agencja, stworzona przez kolegę, wywodziła się z Wrocławia i miała spory potencjał, ale budżetami eventowymi dysponowali dyrektorzy w Warszawie. Ja się między nimi dobrze poruszałem, więc szybko zaczęliśmy zdobywać duże budżety reklamowe, robiliśmy huczne otwarcia salonów Mercedesa, konferencje TVN czy eventy dla Carlsberga w Kuala Lumpur i Rio de Janeiro. Ta praca miała momentami dużo uroku. Pamiętam, jak do Rio w roli gwiazdy sprowadziliśmy Jana Tomaszewskiego, wyprowadzałem go z hotelu przez kuchnię, bo to miała być niespodzianka dla uczestników, a kucharz – mocno po sześćdziesiątce – na jego widok zaczął krzyczeć z radości i rzucił się do tulenia. Orły Górskiego mają naprawdę niesamowitą rozpoznawalność – opowiada Maciej Adamaszek.

Po trzech latach przygoda z branżą eventową się jednak skończyła. A zaczęła się z… gastronomią.

– Najpierw myślałem o otworzeniu restauracji, jak pewnie wielu menedżerów, którzy już coś zarobili i odłożyli. Uznałem jednak, że na tym się kompletnie nie znam i może lepiej najpierw będzie otworzyć kawiarnię – mówi Maciej Adamaszek.

Biznesowy apetyt

Tak powstało pierwsze W Biegu Cafe. A potem drugie, trzecie…

– Z konceptu zrobiła się sieć licząca 20 placówek, jeden z liderów polskiego rynku. Otwieraliśmy się w galeriach handlowych, które w drugiej połowie pierwszej dekady XXI w. wyrastały w największych polskich miastach – wspomina Maciej Adamaszek.

Biznes życia? Prawie, bo po kilku latach zaczęły się schody.

– Z dzisiejszej perspektywy myślę, że przesadziłem z tempem ekspansji, w konsekwencji wyjście z tego biznesu na pewno nie było dla mnie udane. Złożyło się na to kilka czynników. Rozwój finansowany był z kredytów – i to kredytów we franku szwajcarskim, bo te najchętniej dawano. Czynsze z kolei płaciło się w euro. Tylko przychody były w złotych, więc jak w 2008 r. wybuchł kryzys finansowy, to koszty finansowe i operacyjne gwałtownie wzrosły – wspomina menedżer.

Sieć odkupił inwestor finansowy, dziś pozostało po niej tylko wspomnienie. Maciej Adamaszek z biznesu się jednak nie wycofał.

– Ze wspólnikami postanowiliśmy zbudować nową markę casual dining, prowadzącą restauracje w centrach handlowych. Od początku koncepcja była taka, żeby to była marka międzynarodowa, a nie tylko polska. Tak powstało Charlie Food & Friends, które pierwszą restaurację otworzyło we Wrocławiu, a w momencie mojego wyjścia z firmy miało sześć lokali na południu Polski i w Czechach – mówi Maciej Adamaszek.

No właśnie, wyjścia. Z biznesu restauracyjnego Maciej Adamaszek wyszedł w 2019 r.

– Mogę mówić o sporym szczęściu, patrząc na to, jak w gastronomię uderzyła pandemia. O wycofaniu się z tej branży myślałem już jednak wcześniej. Co mogłem, to w niej w zrobiłem, przestało mnie to ekscytować, natomiast myślałem już poważnie o rynku kosmetyków. Czy nim też się kiedyś znudzę? Może i tak, ale na pewno nie w najbliższych latach – twierdzi Maciej Adamaszek.

Próba sił

Pełen dystans:
Pełen dystans:
Żeby nie zejść na zawał i jakoś się odstresować, uprawiam sport. Same korzyści – można zachować dobrą sylwetkę, być sprawnym człowiekiem mimo przekroczenia pięćdziesiątki – mówi Maciej Adamaszek, który ukończył Ironmana: prawie 4 km pływania, 180 km na rowerze i na koniec maraton.
fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Nudy na pewno teraz nie ma. Są za to długie godziny pracy.

– Teraz pewnie pracuję najbardziej intensywnie w całym życiu. Praca w korporacji miała wiele dobrych stron – dostawało się regularną wypłatę, o 17 można było wyłączyć komputer i robić, co się chciało. A jak się tworzy własną markę i buduje biznes od podstaw, to się pracuje cały czas, nie ma weekendów czy świąt, cały czas albo pracuję, albo myślę o pracy, planuję, analizuję – przyznaje Maciej Adamaszek.

Przy takim trybie życia nietrudno zostać pracoholikiem. To co zrobić, żeby nim nie być?

– Żeby nie zejść na zawał i jakoś się odstresować, uprawiam sport. Same korzyści – można zachować dobrą sylwetkę, być sprawnym człowiekiem mimo przekroczenia pięćdziesiątki. Może w tym nawet trochę przesadziłem i uprawiałem sport tak, że było to dla organizmu ekstremalne – mówi Maciej Adamaszek.

Tym ekstremum było ukończenie Ironmana na pełnym dystansie: prawie 4 km pływania, 180 km na rowerze i na koniec maraton.

– Przygotowałem się trzy lata do pełnego dystansu, to był mój osobisty cel do zrealizowania przed ukończeniem pięćdziesiątki, trenowałem po 20 godzin tygodniowo. Ukończenie daje mnóstwo satysfakcji, a jednocześnie jak człowiek pomyśli, ile to kosztowało czasu, jak zmęczyło nie tylko fizycznie, ale też mentalnie, to na powtórkę już niekoniecznie ma ochotę. Cały czas trenuję, biegam, jeżdżę na rowerze, odrywam się przy tym od codzienności i wpadam na sporo dobrych pomysłów biznesowych w czasie biegania, ale pełnego dystansu Ironmana już nie powtórzę. Chociaż połówkę – czemu nie – mówi Maciej Adamaszek.

A odpoczynek – kiedy? Po śmierci?

– O emeryturze jeszcze zdecydowanie nie myślę, planuję zresztą życie z umiarem – na najbliższe dwa, trzy lata, a nie na kolejne dekady. Na pewno chciałbym spędzać dużo czasu w górach, jeździć na nartach, na które w ostatnich latach mam mało czasu. To jednak odległa perspektywa, na razie mam firmę do rozwinięcia – kończy Maciej Adamaszek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane