Jednym z elementów, który zaskoczył bank centralny w Polsce i zmusił do rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp procentowych, jest wysoka presja płacowa. Jeszcze w pierwszej połowie roku analizy banku wskazywały, że od strony płac nie ma w Polsce żadnego ryzyka dla inflacji. Ostatnie analizy Narodowego Banku Polskiego są już inne i doceniają siłę presji płacowej, choć wciąż wskazują, że nie ma ryzyka spirali płacowo-cenowej.
W poniedziałek NBP opublikował „Raport o inflacji”, który jest prawdopodobnie najgłębszym, najszerszym i jednym z najciekawszych dokumentów analitycznych na temat polskiej gospodarki, a przynajmniej procesów makroekonomicznych w niej zachodzących. Raz na cztery miesiące duży zespół analityków banku publikuje analizę oraz projekcję najważniejszych wskaźników makro.
Od dłuższego czasu, o czym pisałem już kilka razy, przykuwają moją uwagę bycze prognozy NBP dotyczące wzrostu wydajności pracy w Polsce, które przekładały się do tej pory na niskie prognozy jednostkowych kosztów pracy, będące kluczową determinantą fundamentalnej presji inflacyjnej.

Jeszcze w marcu NBP prognozował (prognozy NBP są wykonywane przy założeniu niezmienionych stóp procentowych; w listopadzie RPP podniosła stopy, ale ta podwyżka nie jest uwzględniona w projekcji), że w latach 2021-23 wydajność pracy będzie rosła w średnim tempie 4,9 proc., a wynagrodzenia 6,9 proc., co sprawiało, że wzrost jednostkowych kosztów pracy miał utrzymywać się w okolicach 2 proc. W takich warunkach nie byłoby większego ryzyka dla inflacji w długim okresie. Jeśli wynagrodzenia rosną niewiele szybciej niż wydajność, ceny nie powinny rosnąć szybko. Sądzę, że z tego powodu Adam Glapiński, prezes NBP, który do projekcji przykłada dużą wagę, przekonywał, że nie ma i nie będzie żadnej potrzeby zmieniania stóp procentowych.
W lipcu prognozy wydajności zostały jednak zrewidowane w dół, a prognozy płac w górę. W listopadzie te rewizje były powtórzone. Okazało się, że płace rosną szybciej od prognoz, a wydajność nie ma szans rosnąć w tempie niemal 5 proc. Teraz analitycy NBP prognozują średni wzrost wydajności w latach 2021-23 na poziomie 4,7 proc., a płac – 8,2 proc. Tym samym jednostkowe koszty pracy mają rosnąć średnio już o 3,3 proc., czyli ok. 1,5 pkt proc. szybciej, niż przewidywano w marcu. To się niemal jeden do jednego przekłada na podwyżkę prognoz inflacji bazowej, czyli inflacji oczyszczonej z wpływu cen surowców. Teraz NBP przewiduje, że inflacja ogółem nie wróci w perspektywie dwóch lat do celu inflacyjnego, czyli przedziału 2,5 proc. +/- 1 pkt proc. Dlatego dziś prezes NBP już nie może z dużym przekonaniem mówić, że w Polsce nie ma podwyższonej presji płacowej i żadnej potrzeby podnoszenia stóp procentowych.
Najważniejsze pytane brzmi — czy przypadkiem analitycy NBP znów nie przeceniają możliwości wzrostu wydajności pracy i tym samym nie doceniają wzrostu jednostkowych kosztów pracy. Już kilka miesięcy temu pisałem, że w tym obszarze prognozy banku centralnego są zbyt optymistyczne. Wciąż widzę takie ryzyko, choć po rewizji prognoz jest ono niewątpliwie dużo niższe.
Przy 8-procentowej inflacji (a taką wkrótce możemy zobaczyć) największe ryzyko polega na tym, że firmy trwale zmienią politykę cenową i płacową, a pracownicy dostosują częstotliwość żądań płacowych. Firmy stwierdzą: OK, podnosimy ceny raz na pół roku, a nie raz na rok, bo możemy, a jednocześnie zgadzamy się na wyższe żądania płacowe. Pracownicy zaś stwierdzą: wszyscy podnoszą ceny, musimy się bronić. Takie błędne koło jest trudno zatrzymać.
Analitycy NBP uważają, że ryzyko takiej spirali jest nieduże. Tak wynika z opisanych prognoz dotyczących jednostkowych kosztów pracy. Oby mieli rację.
