Jakie piękne katastrofy

Andrzej Stec
opublikowano: 2011-10-21 00:00

Większość państwowych interwencji w obronie waluty kończyła się niepowodzeniem. Jak będzie w Polsce?

Jesienią Narodowy Bank Polski sięgnął po gromadzone od lat rezerwy narodowe. To była historyczna interwencja na rynku walutowym w obronie kursu złotego. NBP niespodziewanie rzucił na rynek dużą ilość euro. W jednej sekundzie potaniało ono o 12 groszy, co uderzyło po kieszeni spekulantów grających przeciwko złotemu. – To ostrzeżenie. Gra przeciw naszej walucie nie może być komfortową jazdą w jednym kierunku. Z przeciwka może coś nadjechać – komentował prezes NBP Marek Belka.

W jeden dzień pół miliarda euro

Zbyt duży spadek wartości rodzimej waluty z jednej strony cieszył eksporterów, ale z drugiej mógłby wywrócić finanse publiczne. Zanim do akcji wkroczył NBP, euro pochodzące z funduszy unijnych sprzedawał państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK). Jego działania wzmocniły złotego o kilka groszy, ale w perspektywie miesięcznej okazały się niewielkim wahnięciem na wykresie. Interwencja w obronie waluty jest jak rzucona rękawica – kusi i prowokuje zagraniczne fundusze inwestycyjne lubiące ryzyko. Jest jednak o wiele trudniejsza niż próba osłabienia waluty. Rządy czy podległe im instytucje muszą dysponować odpowiednią amunicją w postaci zagranicznych walut. NBP na razie ma ich pod dostatkiem. Dilerzy walutowi szacują, że polskie instytucje państwowe rzuciły razem na rynek w jeden burzliwy dzień września około pół miliarda euro. Później dochodziło już tylko do cichych, znacznie mniejszych interwencji.

Szwajcarzy tupią nogą

Kilka tygodni temu w Europie doszło do jeszcze bardziej spektakularnej interwencji banku centralnego. Chodzi o Narodowy Bank Szwajcarii (SNB), który zdecydował się na ruch w przeciwnym kierunku niż NBP. Postanowił bowiem osłabić franka szwajcarskiego, którego kurs szybował coraz wyżej. Inwestorzy z całego świata rzucili się na tę walutę, traktując ją jako „bezpieczną przystań” w czasach kryzysu. Podczas wakacji frank bił historyczne rekordy. W rezultacie szwajcarskie towary i usługi przestały być konkurencyjne na rynku. Szwajcarski bank centralny dokonał interwencji, aby uchronić rodzimą gospodarkę przed recesją. W sierpniu osłabił franka, żeniąc go z euro poprzez sztywny kurs wymiany. Posunięcie Szwajcarów ma duże szanse powodzenia. Amunicji nie powinno zabraknąć, gdyż zawsze mogą uruchomić maszyny drukarskie, aby zaspokoić apetyt na franki zagranicznych inwestorów. Najwyżej jeśli frank osłabi się zbyt mocno, pojawi się inflacja.

Skapitulowała Wielka Brytania

Znacznie gorzej kończą się interwencje państw, które próbują na siłę przez dłuższy czas bronić swojej waluty. Najpierw gwałtownie się ona osłabia – w ciągu jednego dnia traci nawet jedną trzecią wartości. Uciekają zagraniczni inwestorzy. Ceny akcji i obligacji mocno spadają. Spirala się nakręca. W błyskawicznym tempie rośnie koszt pieniądza na rynku międzybankowym, a z nim zadłużenie państwa. Coraz słabsza waluta nakręca w końcu inflację, a rząd ugina się pod ciężarem długów i ogłasza niewypłacalność.

Dużo szczęścia mieli w 1992 roku Brytyjczycy. Ich gospodarka przeżywała trudne chwile, a stopy procentowe były niższe niż w innych rozwiniętych krajach. Spekulanci, wśród których pierwsze skrzypce grał amerykański miliarder George Soros, zwęszyli więc okazję. Uznali, że brytyjska waluta jest przewartościowana – zaciągali kredyty w funtach, a następnie pozbywali się ich, zamieniając je na niemieckie marki. W czarną środę 16 września przeprowadzono zmasowany atak. Brytyjski rząd próbował bronić swojej waluty, ale nieskutecznie. Bank Anglii wydał w jeden dzień 15 mld funtów – jedną trzecią rezerw walutowych. Ostatecznie funt stracił jedną piątą wartości. Soros zarobił miliard dolarów.

Poległa Rosja

Znacznie poważniejsze konsekwencje miała próba sił na rynku rosyjskim w latach 1997–98. Jeszcze rok wcześniej zagraniczni inwestorzy szturmowali ten kraj. Wabikiem był szybki rozwój gospodarczy, prywatyzacja i wysokie stopy procentowe. Ale narastające zadłużenie i nagły spadek ceny ropy – głównego towaru eksportowego Rosji – wywołały lawinę. Zagraniczni inwestorzy ogłosili ewakuację, a kurs rubla zaczął spadać. Interweniował bank centralny Rosji. W kilka miesięcy pozbył się połowy rezerw walutowych. Musiał jednak skapitulować. 17 sierpnia 1997 roku rosyjskie władze uwolniły kurs rubla (co oznaczało spadek jego wartości o 50 proc. wobec dolara) oraz zawiesiły spłatę zadłużenia zagranicznego. Od lipca 1997 do końca 1998 roku rubel stracił 240 proc. Podobnie dramatyczny przebieg miał kryzys z 1997 roku w Azji Południowo- -Wschodniej, z przełomu lat 1994–95 w Meksyku czy z 2001 roku w Argentynie.

240 dni do obrony

Czy Polacy mogą spać spokojnie? Teoretycznie tak. Gdyby zagraniczni inwestorzy dalej wycofywali się z naszego rynku, przy dotychczasowej determinacji NBP i BGK środków na obronę kursu złotego starczyłoby na 240 dni. Obecnie dysponujemy rezerwami (m.in. euro, dolary, franki, złoto czy obligacje rządu USA) o wartości ponad 70 mld euro. Do tego dochodzą środki unijne w dyspozycji BGK. W kwietniu było to 13–14 mld euro (w przyszłym roku kolejne 17 mld euro). W odwodzie jest jeszcze linia kredytowa udostępniona przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy (30 mld dolarów). – Zdajemy sobie sprawę, że jeśli spekulanci się uprą na jakąś walutę, to nawet rezerwy NBP nie pomogą – mówił we wrześniu minister finansów Jacek Rostowski. Szef NBP Marek Belka na wszelki wypadek dał do zrozumienia, że interwencje nie mają bronić konkretnego poziomu kursu złotego, a jedynie zmniejszyć zbyt gwałtowny charakter przeceny.

Możesz zainteresować się również: