Język tworzy rzeczywistość

  • Patrycja Pustkowiak
opublikowano: 10-12-2021, 14:13

Chirurżka, pilotka, generałka – czy feminatywy psują język polski i są niepotrzebne, czy przeciwnie, służą budowaniu równości na rynku pracy? Według badania Pracuj.pl używanie żeńskich nazw zawodów ma duże znaczenie, bo może przekładać się na realną obecność kobiet na pewnych stanowiskach.

Przeciwko dyskryminacji:
Przeciwko dyskryminacji:
Język jest częścią włączającej kultury organizacji, a także szacunku i wrażliwości. Taki, który niesprawiedliwie przedstawia rzeczywistość społeczną, na przykład nie odzwierciedla obecności kobiet w konkretnych profesjach, życiu publicznym, nie wyraża ich równego dostępu do różnych sfer życia, będzie utrwalać dyskryminujące postawy – mówi Anna Grabowska, wiceprezeska zarządu ds. strategii konsumenckich w Żabka Polska.
materiały prasowe

Gwałt na języku – przekonują jedni, biorąc pod lupę ministry czy muzyczki, dodając, że takie nazwy odejmują powagę stanowiskom. Inni uczestniczący w tym sporze przypominają, że język tworzy rzeczywistość i istnienie takich form językowych znacząco wpływa na rolę, jaką na rynku pracy pełnią kobiety i jak same ją postrzegają.

Ciekawe wnioski płyną z badania „Język ofert pracy”, jakie w 2021 r. przeprowadził portal Pracuj.pl, zapraszając do niego prawie 18 tys. kobiet. Jego partnerem była Fundacja Sukcesu Pisanego Szminką. Wynika z niego jasno, że kobiety chcą, by żeńskie nazwy stanowisk były w powszechnym użyciu – tak twierdzi aż 83 proc. respondentek. Co więcej, 78 proc. badanych oczekuje feminatywów w ogłoszeniach o pracę. Dlaczego? Bo są ważne i pozwalają jednakowo określać funkcje zawodowe kobiet i mężczyzn, to znaczy nadają im taką samą wartość.

– To istotna wskazówka dla pracodawców na tak konkurencyjnym rynku pracy – komentuje Anna Hołdyńska, ekspertka do spraw projektowania treści w grupie Pracuj.pl, pomysłodawczyni i koordynatorka badania.

Chirurg? To mężczyzna

Czynnik sprawczy:
Czynnik sprawczy:
Język wpływa na naszą percepcję rzeczywistości. Dlatego jestem przekonana, że używanie żeńskich form nazw zawodów na równi z męskimi pomoże w zwiększeniu obecności kobiet na dyrektorskich i prezesowskich stanowiskach – mówi Anna Hołdyńska, ekspertka do spraw projektowania treści w grupie Pracuj.pl.
Konrad Grymin

Jej zdaniem brak żeńskich końcówek może przyczyniać się do umacniania stereotypowych przekonań – choćby tego, że niektóre zawody i tytuły, np. chirurg czy profesor, są tylko dla mężczyzn.

– Gdy mówię lekarz, oczami wyobraźni zobaczę prawdopodobnie mężczyznę w średnim wieku w białym kitlu – mówi Anna Hołdyńska, powołując się na badania przytoczone w książce Caroline Criado Perez „Niewidzialne kobiety”.

A przecież duża część personelu medycznego jest płci żeńskiej. Ta sama publikacja przywołuje również inne analizy, które pokazują, że z podobną sytuacją możemy mieć do czynienia w przypadku ogłoszeń o pracę.

Sprawdź program konferencji online “Akademia Kobiet Menedżerek Przyszłości” >>

– Kobiety widzące tylko męskie nazwy, np. kierownik kontraktu, mogą nieświadomie oceniać, że to stanowisko nie jest skierowane do nich, lecz wyłącznie do mężczyzn. Nie będą więc o nie aplikować – wskazuje ekspertka Pracuj.pl.

Prezydent, minister, pilot, muzyk to zawody, które dla wielu w formie żeńskiej brzmią śmiesznie. Pilotka? To taka czapka! Muzyczka? Bez komentarza. Tymczasem nie mamy żadnego problemu z pielęgniarką czy sekretarką. To ukazuje drugą stronę problemu. 30 proc. kobiet badanych przez zespół Pracuj.pl zauważyło, że w ich ocenie feminatywy nie pasują do wszystkich zawodów. Anna Hołdyńska wskazuje, że widać tu pewną prawidłowość:

– Żeńska końcówka przemyka niezauważenie dla stanowisk typu sprzątaczka, praktykantka, asystentka, ale już do ról tradycyjnie przypisanych męskim zawodom, takich jak dyrektorka czy członkini zarządu, w części badanych budzi opór. A przecież nie jest to forma, która brzmi obraźliwie. Jesteśmy z nią po prostu mniej osłuchani.

Język wciąż się zmienia

Tak samo twierdzą językoznawcy. Przypominają, że odkąd kobiety weszły na rynek pracy, feminatywy zaczęły być powszechnie używane. W dwudziestoleciu międzywojennym nikogo nie dziwiły takie nazwy jak lekarka, prawniczka czy nawet magistra. Dopiero w PRL-u ze względu na instytucjonalnie wprowadzane równouprawnienie narzucono męskie nazwy zawodów. Od lat 90. XX w., kiedy nastąpił wzrost aktywizacji zawodowej kobiet i ich uczestnictwa w życiu publicznym, żeńskie nazwy zawodów zaczęły być coraz częściej stosowane, weszły do języka i przestały dziwić. Niegdyś traktowana z przymrużeniem oka psycholożka funkcjonuje dziś w powszechnym obiegu. Język jest elastyczny, potrafi ewoluować i dostosowywać się do nowej rzeczywistości. Nie ma innego sposobu na oswojenie feminatywów jak ich używanie.

I chyba nie są gwałtem na języku, skoro potrzebę ich stosowania zauważa Rada Języka Polskiego przy Prezydium PAN. Już w 2012 r. uznała, że język się zmienia i „formy żeńskie nazw zawodów i tytułów są systemowo dopuszczalne”, dodając w stanowisku z 2019 r., że „Stosowanie feminatywów w wypowiedziach […] jest znakiem tego, że mówiący czują potrzebę zwiększenia widoczności kobiet w języku i tekstach”. Zarazem zaznaczyła, że wybór, czy stosować żeńską czy męską formę językową zawodu, należy zostawić tym, którzy go wykonują.

Tyle że pracodawcy powinni taką możliwość dawać. Badanie przeprowadzone przez Pracuj.pl powinno być dla nich ważną wskazówką, że kobiety chciałyby mieć wpływ na nazwę swojego stanowiska pracy.

– Część firm już zauważa potrzebę zmiany i, zamieszczając ogłoszenia o pracę, w tytułach uwzględnia na równi kobiety i mężczyzn. W pierwszym kwartale 2021 r. na Pracuj.pl liczba ofert z udziałem feminatywów była wyższa o 19 proc. niż w analogicznym okresie 2016 r. – zaznacza Anna Hołdyńska.

Przebić szklany sufit

Jednym z pracodawców przychylnie nastawionych do feminatywów jest Żabka.

– Używamy żeńskich nazw na równi z męskimi. W naszej firmie pracują członkinie zarządu, dyrektorki, kierowniczki, specjalistki itd. To dlatego, że ważne jest dla nas pielęgnowanie różnorodności i włączającej kultury organizacji, a także szacunku czy wrażliwości, a język jest tego częścią. Taki, który niesprawiedliwie przedstawia rzeczywistość społeczną, na przykład nie odzwierciedla obecności kobiet w konkretnych profesjach, życiu publicznym, nie wyraża ich równego dostępu do różnych sfer życia, będzie utrwalać dyskryminujące postawy – mówi Anna Grabowska, wiceprezeska zarządu ds. strategii konsumenckich w Żabka Polska.

Zaznacza, że w jej organizacji nie ma jednak przymusu stosowania feminatywów. Decyzję o ich używaniu pozostawia się samym zainteresowanym. Dla firmy natomiast ważna jest polityka równouprawnienia i to, by każdy, niezależnie od płci, miał dostęp do awansu i rozwoju.

– Udowodniliśmy to, m.in. osiągając w zarządzie firmy parytet: trzech mężczyzn i trzy kobiety. Taki skład zarządu pozwala wnieść różne kompetencje i doświadczenia i korzystnie wpływa na spółkę – zapewnia Anna Grabowska.

Dodaje, że o równościowy język trzeba walczyć: mówić o nim, uświadamiać ludziom potrzebę adekwatnego nazywania innych, niepomijania ich, nienazywania w sposób lekceważący.

Tego samego zdania jest Anna Hołdyńska.

– Język wpływa na naszą percepcję rzeczywistości. Dlatego jestem przekonana, że używanie żeńskich form nazw zawodów na równi z męskimi pomoże w zwiększeniu obecności kobiet na dyrektorskich i prezesowskich stanowiskach. Oczywiście to nie tak, że gdy wszyscy zaczniemy mówić kierowczyni, rektorka, posłanka czy adwokatka, w parę miesięcy zrównamy liczbę kobiet i mężczyzn w radach nadzorczych. Warto jednak traktować używanie feminatywów jako jeden z elementów strategii przebijania szklanego sufitu – podkreśla ekspertka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane