Na prośbę redakcji „Pulsu Biznesu” Instytut Badania Opinii i Rynku Pentor zapytał respondentów (reprezentacja przekroju polskiego społeczeństwa) o opinię na temat powołania i możliwych następstw działalności sejmowej komisji śledczej ds. sektora bankowego. Większość ankietowanych (ale nie przygniatająca) wyraziła opinie krytyczne. Znaczący odsetek badanych popiera tych, którzy przeforsowali komisję, i ma nadzieję na korzystne skutki jej pracy.
Przeciwnicy komisji bardziej widoczni są wśród Polaków dobrze wykształconych i lepiej sytuowanych, zamieszkujących duże miasta. Zwolennicy to ludzie wykształceni gorzej, czasem bardziej niż inni przygnieceni codziennymi troskami. To nie oni nadają ton życiu intelektualnemu kraju, nie oni pokazują się w mediach i nie oni kreują nowe wartości materialne i duchowe. Ale w polityce głos każdego wyborcy waży tyle samo i w ostatecznym rachunku promotorzy komisji mają prawo mówić, że czują społeczne poparcie.
Taka jest prawda nie tylko o komisji bankowej, ale także o ogólnej zasadzie, jakiej podlega życie polityczne w Polsce od ponad pół roku. Obecny układ władzy może liczyć na trwałe poparcie 20-30 procent wyborców. Nie daje mu to komfortu rządzenia (stąd eksperymenty typu Samo-PiS), ale daje solidny fundament. Partia rządząca stara się chuchać i dmuchać na tę swoją „bazę” i czyni to zwracając się najczęściej wprost do niej — z konieczności ponad głowami warszawskiej czy krakowskiej inteligencji. To skutek powszechnego zasięgu mediów, zwłaszcza telewizji. Wielu ludzi odbiera więc i roztrząsa przekazy, które nie są w ogóle do nich adresowane. Prawdziwy adresat musi bowiem być głęboko przekonany, że „wszyscy kradną”.