KE czeka na wybory w Niemczech, by "przycisnąć" Volkswagena

PAP
22-09-2017, 20:34

Choć odpowiedzialny za ogromny skandal Volkswagen wypłacił swoim klientom w USA miliardy dolarów odszkodowań, wobec klientów w UE nie uczynił nawet symbolicznego gestu. KE, do tej pory łagodna dla Berlina, może zmienić nastawienie po wyborach w Niemczech.

W tle tej sprawy jest polityka, ogromne pieniądze i zależności personalne. Za prowadzenie sprawy Volkswagena od strony limitów emisji spalin odpowiedzialna jest unijna komisarz ds. przemysłu Elżbieta Bieńkowska. Z kolei od strony konsumentów kwestią tą zajmuje się czeska komisarz ds. sprawiedliwości Viera Jourova.

 

Obie panie krytycznie wypowiadały się na temat niemieckiego koncernu. Bieńkowska napisała 17 lipca list do unijnych ministrów transportu, w którym wezwała do wycofania z europejskich dróg wszystkich samochodów przekraczających normy emisji tlenków azotu. Zwróciła też uwagę, że łamanie norm przez Audi i Porsche (należących do koncernu Volkswagen) zostało wykryte przez prokuraturę, a nie przez niemieckie urzędy, które powinny za to odpowiadać. Z kolei Jourova zaangażowała się w koordynowanie działań na rzecz uzyskania przez europejskich konsumentów odszkodowań od Volkswagena.

Działania takie muszą budzić zaniepokojenie władz koncernu. Według źródła PAP prezes Volkswagena Matthias Mueller napisał list do przewodniczącego KE Jean-Claude'a Junckera, w którym skarżył się na rzekomy chaos informacyjny ze strony Komisji (na to, że w sprawie tej wypowiada się kilku komisarzy).

W lipcu, kilka dni po liście Bieńkowskiej do ministrów transportu, na posiedzeniu kolegium komisarzy zapadła decyzja, że koordynacją spraw związanych ze skandalem emisyjnym zajmie się wiceszef KE Jyrki Katainen, w Brukseli postrzegany jako niesprawiający problemów. "To sprawka Niemców" - podejrzewa jeden z rozmówców PAP z instytucji unijnych. Na zorganizowanej we wrześniu z inicjatywy Zielonych debacie ws. skandalu emisyjnego jako pierwszy występował już Katainen, dopiero w podsumowaniu dyskusji wystąpiła Bieńkowska.

Komisja cały czas jest pod presją organizacji ekologicznych i Zielonych, by zrobiła więcej w sprawie wycofania z rynku samochodów, których emisja przekracza normy. Sprawa dotyczy nie tylko samochodów Volkswagena, ale też innych koncernów. Z wyliczeń organizacji Transport i Środowisko (Transport & Environment) wynika, że po europejskich drogach jeździ 35 mln samochodów, które około trzykrotnie przekraczają dopuszczalne poziomy emisji tlenków azotu (nie tylko Volkswagena, bo oszustw dopuszczały się też inne firmy). Volkswagen wprawdzie wysłał zaproszenie do swoich klientów, aby stawili się do serwisu, ale wielu z nich zbagatelizowało sprawę, a "naprawione" auta - zdaniem ekologów - dalej przekraczają normy zanieczyszczeń.

"Najbardziej niebezpieczne są samochody, które jeżdżą już po drogach; w końcu będziemy mieli nowy system zatwierdzania typu (wydawania homologacji dla nowych modeli - PAP), ale nie możemy zmusić krajów członkowskich, aby powzięły odpowiednie działania wobec tych, które już są na drogach" - ubolewała w PE Bieńkowska.

Dla Polski to dość istotna sprawa, bo może się okazać, że samochody te nie znajdą nabywców w bogatszych, bardziej wymagających zachodnich społeczeństwach, co oznacza, że ostatecznie trafią na rynek Europy Wschodniej. "Samochody z silnikami Diesla są największym źródłem zanieczyszczeń w dużych miastach. Co roku przez tlenki azotu w atmosferze przedwcześnie umiera 72 tys. osób" - mówiła w debacie w PE współprzewodnicząca Zielonych Ska Keller.

Obserwatorzy wskazują, że indolencja Komisji Europejskiej wobec Niemiec objawiła się wręcz symbolicznie w maju. Wówczas Bruksela zdecydowała, żeby rozpocząć procedurę o naruszenie prawa UE w związku ze skandalem emisyjnym wobec... Włoch. Władze w Rzymie zostały (słusznie) oskarżone o to, że nie wypełniły swoich obowiązków dotyczących przestrzegania unijnych przepisów homologacji wobec Fiata. Rozmówcy PAP wskazują, że na Bieńkowską były naciski, żeby nie wytaczała tej sprawy, ale ostatecznie się nie ugięła. W przypadku Niemiec sprawy nie ma do dziś.

Sytuacja może się jednak zmienić po wyborach do Bundestagu, które odbędą się w najbliższą niedzielę. "Volkswagen to duży pracodawca" - zauważa jeden z rozmówców PAP, wskazując na potencjalne perturbacje w niemieckiej polityce, gdyby firma ta popadła w kłopoty.

Sprawa ewentualnych odszkodowań dla europejskich klientów mogłaby pogłębić problemy niemieckiego koncernu, ważnego inwestora i pracodawcy w Europie. Z tego powodu w niektórych państwach nie było silnej presji ze strony władz, by zmuszać firmę z Wolfsburga do rekompensowania klientom manipulacji przy pomiarach emisji spalin. Krytycy wskazują, że nad firmą, która jest za duża, by wpaść w problemy finansowe, rozłożony został swoisty parasol ochronny.

W Brukseli są jednak tacy, którzy nie chcą odpuścić koncernowi. "Chcemy, żeby zapłacili coś swoim klientom. Tu nie chodzi o duże kwoty, ale o symbol" - podkreśla wysoko postawione źródło PAP z KE. Sugeruje również wywieranie presji na Niemcy za pomocą procedury o naruszenie prawa UE.

 

Symbolem tego, jak Europa radzi sobie ze skandalem, może być też to, co stało się z menedżerami Volkswagena w Europie i USA. Pod koniec sierpnia w Stanach Zjednoczonych zapadł pierwszy wyrok w tej sprawie. Sąd w Detroit skazał niemieckiego inżyniera Jamesa Roberta Lianga na 3 lata i 4 miesiące więzienia. Sąd uznał, że był on świadomy, iż auta miały urządzenia pozwalające na manipulowanie pomiarami emisji spalin. W Europie do tej pory nikt nie został skazany.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAP

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Motoryzacja / KE czeka na wybory w Niemczech, by "przycisnąć" Volkswagena