Komentarz Adama Sofuła: Drugie podejście do partyjnej kasy

Adam Sofuł
opublikowano: 08-01-2009, 07:16

Platforma Obywatelska, gdy jeszcze była w  opozycji, zapowiadała, że zlikwiduje finansowanie partii politycznych z budżetu. Nie znalazła zrozumienia u innych partii, a ponadto, gdy sama — jako zwycięzca ostatnich wyborów otrzymała pokaźną subwencję — i jej determinacja nieco wyparowała, chociaż uczciwie trzeba przyznać, że podjęła w tej kadencji próbę zmiany prawa. Teraz szykuje drugie podejście — już nie chce likwidacji subwencji, ale tylko ich ograniczenia. Dobre i to.

Obecny system finansowania partii politycznych to zasługa przede wszystkim Ludwika Dorna, który trzy kadencje temu jako poseł niezależny przeforsował przez parlament stosowną ustawę. Argumenty za przyjęciem ustawy są warte uwagi i dziś: w zamyśle miała ona sprawić, by partyjne finanse były bardziej przejrzyste (co się udało tylko częściowo) i uniezależnić partie od ewentualnych sponsorów. Ludwik Dorn ze zrozumiałą dumą podkreśla, że bez tej ustawy taka partia jak Prawo i Sprawiedliwość nie miałaby szans na przetrwanie.

Były także skutki uboczne budżetowego finansowania partii politycznych. Polski system partyjny praktycznie się zamknął — możliwośc wejścia na polityczny rynek nowego podmiotu jest minimalna. Będzie on miał podczas kampanii niewielkie szanse z dysponującymi budżetowymi milionami rywalami. Ponadto zarzucone furą pieniędzy partie się rozleniwiły — nie zabiegają o względy wyborców, lecz jedynie mamią ich kosztownymi reklamówkami telewizyjnymi podczas kampanii (i nie tylko).

Likwidacja budżetowych subwencji jest dziś raczej nierealna, jeśli wziąć pod uwagę, że PSL łaskawie godzi się co najwyżej na to, by nie były one waloryzowane. Ale ich ograniczenie ma pewne szanse powodzenia. Zmiany powinny też dotyczyć przeznaczenia partyjnych subwencji — może gdyby partie zamiast na telewizyjne spoty wydawały na zaplecze eksperckie, to być może nie szłyby po władzę z pustymi szufladami. Być może, gdyby dysproporcje finansowe między "starymi" i "nowymi" partiami nie były tak duże, mocno już opatrzeni politycy poczuliby wreszcie oddech konkurencji na plecach. Czas już chyba najwyższy. Tyle że o zmianach musieliby zdecydować korzystający z obecnego systemu. I tu mamy poważny problem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu