Komentarz Jacka Zalewskiego: Niechby choć euro

Jacek Zalewski
opublikowano: 11-12-2007, 08:08

Trudno zliczyć, ile to już składów premierów Grupy Wyszehradzkiej spotykało się od czasu zawiązania w 1991 r. tej inicjatywy przez Polskę, Węgry i Czechosłowację (od 1993 r. — Czechy i  Słowację).

W naszym regionie zmiany polityczne następują szybko, a dwie pełne kadencje słowackiego premiera Mikuláˇsa Dzurindy to rekord nie do wyrównania. Ostatnio największa rotacja występowała w reprezentacji Polski. Wczoraj premier Donald Tusk uczestniczył w wyszehradzkim szczycie po raz pierwszy. Notabene specjalnie się tam nie spieszył — darował sobie towarzyskie spotkanie szefów rządów w niedzielę wieczorem i dotarł do Ostrawy w poniedziałek tylko na merytoryczne obrady.

Od czasu wstąpienia czterech naszych państw do NATO i do Unii Europejskiej uzasadnianie sensu istnienia Grupy Wyszehradzkiej staje się zadaniem coraz bardziej karkołomnym. Jedyną jej instytucjonalną formą pozostał Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki, rozdzielający skromne granty naukowe i kulturalne. Grupa zrobiłaby najmądrzej, uznając w 2004 r. cel integracji z Zachodem za osiągnięty i uroczyście się rozwiązując. Tym bardziej, że podejmowane przed najważniejszymi unijnymi szczytami próby osiągnięcia jedności okazywały się mrzonką. Wyszehradzki front nie powstał ani przed pamiętną Kopenhagą w 2003 r., ani w tym roku przed szczytem w Brukseli, decydującym o kształcie traktatu reformującego UE. Notabene w czerwcu w Bratysławie premier Jarosław Kaczyński publicznie pouczył szefów rządów Węgier i Słowacji, że jako młodzi premierzy nie rozumieją jego politycznej dalekowzroczności.

Trudno się dziwić, że po tamtym zgrzycie wyszehradzcy partnerzy odetchnęli, widząc wczoraj pierwszy raz w roli szefa polskiego rządu Donalda Tuska. Obrady plenarne zakończyły się podpisaniem standardowo ogólnikowego komunikatu o zacieśnianiu i rozwijaniu. Dlatego bardziej wartościowe wydają się krótkie rozmowy dwustronne. Czeski premier Mirek Topolánek ma podobne do naszych problemy z amerykańską tarczą antyrakietową. Słowacki premier Robert Fico w kampanii wyborczej był populistą, ale nie zepsuł osiągnięć Dzurindy i zebrał sporo doświadczeń z podatkiem liniowym. Z kolei węgierski premier Ferenc Gyurcsány najlepiej z całej Europy dogaduje się z Władimirem Putinem, co jest umiejętnością niezwykle cenną.

Gościem Grupy Wyszehradzkiej był premier Słowenii Janez Janˇsa. Ten mały kraj (wciąż powszechnie mylony ze Słowacją) jest zdecydowanym liderem wśród wszystkich nowych członków UE — jako pierwszy przyjął od 1 stycznia 2007 r. euro, a od 1 stycznia 2008 r. będzie sprawował prezydencję Unii Europejskiej. Po podpisaniu traktatu reformującego będzie to półrocze bez większych napięć, w zasadzie pozostanie dopingowanie do jak najszybszej ratyfikacji. Premier Tusk zadeklarował, że Polska na pewno zdąży podczas słoweńskiej kadencji.

Miałem okazję zadać premierom zbiorcze pytanie, czy widzą możliwość, aby cała Grupa Wyszehradzka przyjęła euro w tym samym terminie, co dałoby przecież silny efekt gospodarczej synergii. Gospodarz szczytu Mirek Topolánek odpowiedział za wszystkich, że termin przyjęcia euro zależy od spełnienia konkretnych warunków przez każde państwo — czyli stwierdził tzw. oczywistą oczywistość. Naprawdę nie o to pytałem...

Jacek Zalewski, j.zalewski@pb.pl 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane