Ale wizerunkowo – niekoniecznie, bo forsowanie skazanego na trafienie do kosza pomysłu traktowane jest jako inwestycja wyborcza. Zwłaszcza, że łączy dwa nośne punkty powiązane z agresją Rosji na Ukrainę. Jedna zmiana wyłączyłaby z limitu zadłużenia publicznego, nieprzekraczającego 60 proc. rocznego PKB, finansowanie armii. Druga wprost antyrosyjska – chociaż zapisana ogólnie i przyszłościowo – umożliwiałaby konfiskowanie majątku osób i podmiotów, który jest lub może być wykorzystany do finansowania lub wspierania napaści zbrojnej na nasze terytorium.
Projekt skazany został na porażkę już w momencie wniesienia go 7 kwietnia z podpisami wyłącznie klubu PiS. Opozycja oczywiście nie była w stanie odrzucić go od razu w pierwszym czytaniu, ale prace komisyjne będą gigantyczną fikcją. PiS dzięki kilku wasalom realnie dysponuje w Sejmie dosyć pewną większością bezwzględną, w granicach 232-234 głosów, natomiast większość konstytucyjna to jakaś szklana góra. Zmianę Sejm uchwala bowiem większością co najmniej dwóch trzecich głosów (liczoną od posłów obecnych, czyli może nie dosłownie 307, ale na pewno powyżej 300), zaś później Senat zatwierdza sejmowy tekst większością bezwzględną, czyli teoretycznie potrzeba 51 głosów. Ogromne znaczenie ma przepis, że Senat głosuje jedynie tak/nie, bez możliwości proponowania poprawek. I na tym właściwie wypadałoby zakończyć całą debatę konstytucyjną, druga izba ustawą nowelizującą nie będzie się w ogóle zajmowała, bo nic nie uchwali pierwsza. Wykorzystanie tragedii Ukrainy dla skonsolidowania całej sceny politycznej pod przewodem partii rządzącej w kwestii ustawy o obronie Ojczyzny się udało, ale ona przeszłaby przecież i bez poparcia przez opozycję.

