Kraj w pigułce

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 2008-05-02 00:00

Z informacji w przewodniku wynikało, że rzadko odwiedzany przez turystów stan Maharasztra stanowi kwintesencję Indii. Postanowiliśmy się przekonać.

Indie. Pociągi to wyzwanie — bo jak oprzeć się sprzedawcom, wciskającym smakołyki przez okna? I podróżni jedzą. W zasadzie na okrągło.

Z informacji w przewodniku wynikało, że rzadko odwiedzany przez turystów stan Maharasztra stanowi kwintesencję Indii. Postanowiliśmy się przekonać.

O piątej rano jesteśmy na największym dworcu Bombaju — Victoria Station. Żeby kupić bilet do Nasik, musimy wypełnić druczek. Trzeba wpisać nazwę, numer pociągu, stację początkową, końcową, imię i nazwisko, dokładny adres i numer telefonu. Ciekawe, czy ktoś do nas zadzwoni?

Mamy już bilety. Musimy teraz znaleźć coś do jedzenia. Przed dworcem kilkunastu mężczyzn rozłożyło przewoźne stoiska. Jedni smażą jajka, inni parzą gorącą herbatę. Zjadamy po ostrym omlecie zawiniętym w miękką bułkę i wypijamy kilka szklanek czaju. Jest pyszny. Z mlekiem, kardamonem i dużą ilością cukru.

Samosy w pociągu

Zajmujemy miejsca w wagonie. Jedziemy II klasą. Mamy miejscówki, siedzenia całkiem wygodne, ale nie ma przedziałów. Za oknem szaro, powoli podnosi się poranna mgła. Po wagonie snują się piękne zapachy.

Okazuje się, że niepotrzebnie szukaliśmy śniadania. W każdym pociągu jest pantry car — wagon z kuchnią. Przygotowują tam jedzenie, które ubrani w kraciaste koszule chłopcy roznoszą po całym pociągu. Póki jest niewielu podróżnych, wędrują bez problemu, ale kiedy pociąg się zapełnia, wyczyny wagonowych kelnerów stają się godne podziwu. W koszach noszą samosy, kofty, warzywne kotleciki, owoce i słodycze, w wielkich termosach kawę i herbatę. Co kilka sekund rozlegają się ich donośne nawoływania: Czaj, czaj, czaj, czaijaa!

Najbardziej godny podziwu jest chłopak noszący w wiadrze butelki z lodem, w którym chłodzi się woda mineralna i inne napoje. Muszą ważyć z tonę. Oprócz sprzedawców z linii kolejowej jest w pociągu mnóstwo prywatnych handlarzy, którzy wędrują, sprzedając swoje towary. Największe wrażenie robi kobieta z olbrzymim koszem na głowie, wypełnionym żółtozielonymi pomarańczami. Kiedy pociąg zatrzymuje się na stacji, opadają go kolejni sprzedawcy. Wciskają smakołyki przez okna, zachwalając gorące chapati, soczyste arbuzy, zielone winogrona. A podróżni jedzą. W zasadzie na okrągło.

Bazar od rana do nocy

Po 150 km i 5 godzinach w pociągu dojeżdżamy do Nasik Road. Musimy wziąć motorikszę, bo stare miasto oddalone jest od dworca kolejowego o dobre pół godziny jazdy. Podziwiamy sprawność kierowcy, który lawiruje drobnym pojazdem w rzece samochodów, ciężarówek, rowerów, pieszych, autobusów. I świętych krów. Kierunkowskazów, lusterek i przepisów drogowych nie stosuje się w Indiach. Za to klaksony nie przestają jazgotać.

W końcu wjeżdżamy do starej części miasta. Ciasna, niewysoka zabudowa z kamienia i drewna jest szara od kurzu, smogu i grzyba wilgoci. Kolorowe są tylko drzwi, okiennice i szyldy na budynkach. Oraz mieszkańcy miasta ubrani w tradycyjne stroje. Kobiety zawinięte są w metry sari (jakieś 5,5 m). Starsi mężczyźni noszą białe spodnie, koszule i furażerki, młodzi zazwyczaj ubrani są po europejsku. Dzieciaki w wieku szkolnym mają jednakowe mundurki, maluchy przeważnie biegają na bosaka. Ten powszechny w Indiach zwyczaj ma chyba dobroczynny wpływ na stopy Hindusów. Nie widzieliśmy nikogo z płaskostopiem.

Wąskie uliczki Nasik są jednym wielkim bazarem. Partery kamienic zajmują malutkie sklepiki. Na ulicach stoją przekupnie z prowizorycznymi stoiskami lub towarem wyłożonym na jezdnię. Mają tam owoce, warzywa, chińską tandetę, święte obrazki i kosze kwiatów. Kwiaty sprzedaje się tu na wagę lub nawleczone na sznurki. Białe margerytki, pomarańczowe nagietki, czerwone róże, kremowe kwiaty jaśminu i mnóstwo innych mniej lub bardziej egzotycznych gatunków. Wędrujemy bez celu, przyglądając się niesamowitemu zagęszczeniu ludzi, pojazdów i towarów. Co chwilę ktoś nas zaczepia, łapie za rękę, żeby się przywitać, prosi o zdjęcie lub autograf.

— Hello! How are you, what’s your name, what’s your country? — słyszymy ciągle te same słowa, powtarzane jak mantra. Przysiadamy nad szklankami zielonego napoju. Jest jednocześnie słodki, kwaśny i ostry. To mieszanka soku z trzciny cukrowej, limonek i imbiru.

Święta rzeka

Wczesnym popołudniem wkraczamy na Ramkund w centrum Nasik. Tu znajduje się wielki basen rytualny zbudowany wokół Godawari — jednej z najświętszych rzek Indii. Ponad wodą biegną kamienne mostki, łączące wschodnią i zachodnią część kompleksu. Widok tysięcy kolorowych pielgrzymów obmywających się w rzece jest niezwykły. Niektórzy rozbierają się do bielizny, inni wchodzą do wody w ubraniach lub myją tylko ręce i twarze. Woda w basenie jest bardzo brudna. Hindusi wierzą, że obmycie w niej przynosi moksha — uwolnienie duszy. Dlatego codzienie pielgrzymują tu setki ludzi. Modlić się, kąpać, a czasami także po to, by nad świętą rzeką umrzeć.

Na jej brzegu kręcą się nie tylko pielgrzymi. Na schodach nad rzeką kobiety robią pranie. Kolorowe ubrania schną na rozgrzanych kamiennych płytach. Kawałek dalej kilku mężczyzn suszy krowie placki i układa je w stosiki. Między tym wszystkim baraszkują bosonogie dzieciaki. Na nasz widok zrywają się i biegną co sił w nogach. Otaczają mnie zwartą gromadką, prosząc o zdjęcie. Wyciągam aparat i pstrykam kilka razy. Dzieci przestają się uśmiechać i wyciągają ręce. Chcą pieniędzy.

Wokół rzeki wznoszą się kopułki świątyń. Przypominają nieco włoskie lody. Z dziedzińców dobiegają rytmy bębnów i śpiewy wiernych. Idziemy do najważniejszej budowli Nasik — Kala Rama (Czarny Rama). Budowla jest czarna i ozdobiona tysiącem rzeźb i płaskorzeźb. Pochodząca z 1794 r. świątynia kryje czarny kamień symbolizujący Ramę, Sitę i Lakshmana — ważne postaci religii hinduistycznej.

Nietoperz w kinie

Obok Kala Ramy rozciąga się wielki bazar. Można tu kupić czerwone chorągiewki, girlandy kwiatów, kolorowe proszki, które zdobią czoła Hindusów. Są też talerzyki z darami dla bogów. Piętrzą się hałdy białego czosnku, żółtych limonek, fioletowych bakłażanów. Są stosy przypraw, słodyczy i liści gorzkiego betelu, które mieszkańcy Indii żują z wielką przyjemnością. Nad bazarem rozwieszone są płachty materiału chroniące sprzedawców przed intensywnym słońcem. Pod wieczór przy stoiskach zawisną lampki oświetlające towary do późnej nocy.

Idziemy nad rzekę, dokąd przybywają całe pielgrzymki. Kiedy przewodnik jednej z nich widzi, że chcę zrobić zdjęcie, gwizdkiem zwołuje grupę przed obiektyw. Ludzie uśmiechają się, machają, pozują do zdjęcia, a potem każdy chce uścisnąć mi rękę. Wracamy na handlowe uliczki i natykamy się na lokalną kawiarnię. Przy kilku stolikach siedzą wyłącznie mężczyźni. Piją herbatę, gorące mleko, jedzą słodycze. Zamawiamy gulab jamuny — mięciutkie kulki z kaszy, nasączone słodkim różanym syropem. Gaszą pożar na podniebieniu po ostrej samosie, którą zjedliśmy chwilę wcześniej. Dzień kończymy w kinie. Grają jakiś film sensacyjny. Na salę wchodzi się po stromych kamiennych schodkach. Przez dziurawy dach widać rozgwieżdżone niebo, po sali lata nietoperz, a gwoździe w fotelach wbijają się nam w siedzenia. Popijamy gazowany ginger ale. Smakuje jak płynne kadzidło. Z zewnątrz dolatuje drażniący nozdrza zapach środków odkażających i upajająca woń jaśminu. Na ekranie trudna do zrozumienia fabuła. Przyznajemy rację przewodnikowi. Maharasztra to ekstrakt Indii. Jednocześnie szarych i kolorowych, radosnych i smutnych, zachwycających i przerażających.

Agnieszka

Rodowicz

Możesz zainteresować się również: