Lamborghini? Kazałem sprzedać

Karol Jedliński
opublikowano: 2011-02-08 13:08

Jako smakosz lubi potrawy wyraziste w smaku. Podobnie w biznesie. Jerzy Mazgaj, z wyglądem mafiosa i sybaryckimi przyzwyczajeniami, stawia sprawę jasno: głodnych kawałków nie łykam!

None
None

Na zdjęciach zwykle wyprostowany, z wzrokiem intensywnie wbitym w obiektyw. Często ze szklaneczką whisky w dłoni lub delektujący się buchającym dymem cygarem. Oto Jerzy Mazgaj, właściciel m.in. salonów z luksusową odzieżą, sieci delikatesów Alma, spółki importującej cygara i wreszcie, od połowy 2008 r., główny akcjonariusz Vistula Group, zrzeszającej też jubilerskiego Kruka. Dla wielu – sybaryta w oparach luksusu.
- Teraz spokorniałem. To lekcja rynku – zastrzega.
Choć zaraz przytacza opinię żony:
- Masz wygląd mafioso. Szeroki kark, mówisz głośno, epatujesz sobą.
Coś w tym jest?
- Postrzegają mnie, czasem słusznie, jako rozpychającego się łokciami
– przyznaje biznesmen.
Cygara bardziej kolekcjonuje, niż pali. Ma czas i ochotę zwykle na 2-3 tygodniowo. Z whisky – podobnie. O obu przyjemnościach napisał fachowe książki i to ponoć w dużym stopniu zaspokoiło jego apetyt.
- To też dowód na to, że myśli nie tylko o biznesie, co mu niektórzy zarzucają – przekonuje Andrzej Malinowski, prezydent Konfederacji Pracodawców Prywatnych (KPP), który w zeszłym roku prezesowi Alma Market wręczał Wektora, przyznawanego osobistościom wyznaczającym kierunki rozwoju biznesu w Polsce.
- Jurek dużo myśli o życiu. O tych jego smakowitych elementach. Koneser – dorzuca Grzegorz Hajdarowicz, krakowski inwestor, właściciel funduszu NFI Jupiter i wieloletni przyjaciel Mazgaja, z którym wychylił niejedną szklaneczkę szlachetnych trunków.
Mazgaj sprawę stawia mniej romantycznie.
- Póki co udaje mi się zarabiać na pasji. W kubańskich cygarach jestem monopolistą. Ale wie pan, to przejęcie Vistuli to nie było nic innego jak skok do basenu, w którym wody było znacznie mniej niż się wydawało. Obtłukłem się – przyznaje.
Zastał Vistulę zadłużoną na 300 mln zł. Dziś mógłby przejąć kontrolę nad spółką za 20 procent transakcji sprzed półtora roku.
- Nobody’s perfect. Ale ma talent i jest pracowity, więc dopnie swego
– kwituje prezydent  KPP.

Nie za 8 dolarów
„Myślę, że gdyby Pan dał się przekonać, by nie był to wywiad o »pierwszym zarobionym milionie« i planach, jak dalej pomnażać fortunę, tylko rozmowa o ludzkich błędach, marzeniach, o tym, jak ważne jest samo łamanie pieczęci, a nie czytanie listu – to chętnie się z Panem spotkam” – tak Jerzy Mazgaj odpisał na e-mail z propozycją tekstu w „Business Class”.
Znany z sympatii do ludzi mediów przedsiębiorca nie chce spowiadać się z pierwszego miliona. Pachnie mu to wyświechtaną kombatantką. A ma już kilka ładnych dekad do wspominania. Kilka tygodni temu krakowskiemu biznesmenowi stuknęła pięćdziesiątka. Czyli jednak weteran?
- Ważne, że mentalnie czuję się młodo. Choć nie powiem, że nie naszła mnie tego dnia refleksja – przyznaje.
„Łamanie pieczęci” okazało się metaforą ze strofy Leopolda Staffa. Taki styl. W rozmowie szef Almy co rusz nawiązuje do cytatów z poezji czy traktatów filozoficznych. I raczej się znajomością dorobku Norwida czy Ingardena nie popisuje. Po prostu wie. Trudno więc nie zapytać, skąd. No i trzeba wrócić do starych, nie zawsze dobrych, czasów.
- Jako germanista z wykształcenia, potencjalny nauczyciel lub tłumacz, czytałem bardzo dużo. To i dużo zostało w głowie – kwituje Mazgaj i przyznaje, że zaczytywał się w Hermanie Hessem.
Studiował z pasją, bo – jak twierdzi – cokolwiek robi, to celuje w „perfekt”. Tłumaczem nie został, poszło o 8 dolarów.
- Jak zobaczyłem, że w przeliczeniu tyle płacą za wiersz, którego przełożenie zająć mogło parę tygodni, to było jasne, że ciężko będzie z tego wyżyć facetowi z żoną i małą córką – argumentuje.
Pozycja belfra była nieco bardziej kusząca. Do pracy dodawali mieszkanie, co z tego, że w zapadłej dziurze w Kieleckiem, ale zawsze.
- Tyle że jak w latach 80. zaczął się kryzys, oferty pracy się skończyły – przypomina Mazgaj.

Tarnów w operze
Pierwsze 10 tys. dolarów zarobił w rok na handlu elektroniką przywożoną z Singapuru do New Delhi. Miał całą siatkę „wieszaków”, którym płacił po 150 dolarów za przewiezione kamery. Przebicie miał 2-, 3-krotne. Wcześniej zrobił kurs pilota i poznał krajowy luksus, choćby przez pięciogwiazdkowy wówczas hotel Cracovia, gdzie nocował wraz z zagranicznymi wycieczkami. Tuż po liceum miał jeszcze epizod w Wiedniu. Chłopak z sennego galicyjskiego Tarnowa, z proletariackiej rodziny, wyrwał się tam na kurs językowy. Ckliwe?
- Utrzymywałem się ze sprzedaży nobliwego „Die Welt”. Miejscówkę miałem pod operą. Schodziły się tam panie w etolach i eleganccy panowie na kawę, na spotkania. Pomyślałem – dlaczego oni mogą, a ja nie?
– mówi współwłaściciel Vistuli.
Banalne? Ale i praktyczne. „Die Welt” kosztował wówczas 18 szylingów. Najmniejszym banknotem było 20 szylingów, obrotny młodzian Mazgaj miał więc przygotowane 10 monet po 20 groszy reszty, zamiast dwuszylingówki. Efekt? Nikt nie brał reszty.

Elegancki boss
O pierwszym milionie wciąż ani słowa.
- Nie kojarzę tej chwili. Jakimś przełomem było za to latanie pierwszą klasą. Tam przecież tak samo trzęsie, podobne siedzenia, cateringu i tak nie jem. Płaci się głównie za powietrze. Jednak w pewnym momencie, gdy wielu nieznajomych na pokładzie zaczęło mi mówić „dzień dobry”, a ja speszony siadałem z tyłu, to zrozumiałem, że przyszedł czas pójścia za zasłonkę – przyznaje Jerzy Mazgaj.
Dziś wartość jego majątku szacuje się na setki milionów złotych. Mimo to jachtu nie ma. Rezydencji za granicą także. Jeździ Jaguarem, wcale nie najnowszym. Bentley? Może kupi, ale pod warunkiem, że wyniki Almy, ponoszącej na razie koszty ekspansji, się poprawią.
- Zanim się poznaliśmy, słusznie podejrzewałem, że człowiek z takimi sukcesami w biznesie nie może być wariatem. Jurek potrafi znaleźć umiar i złoty środek – uważa Wojciech Kruk, wspólnik Mazgaja w Vistula Group.
Odlotowego Lamborghini, które w Vistuli zostało po Rafale Bauerze, eksprezesie odzieżowej spółki, kazał sprzedać. Przejechał się raz.
- I wstyd, bo na światłach wszyscy robili zdjęcia komórkami – śmieje się Jerzy Mazgaj.
Choć żywota św. Franciszka z pewnością nie prowadzi. Z luksusem jest za pan brat. W początkach lat 90. w butiku Bossa, pierwszym swoim poważnym biznesie w Polsce, sprzedawał garnitury za kosmiczne ceny. Prawie za tyle, ile kosztował nowy maluch z Peweksu. Do dziś ubrania to jego konik -  jest właścicielem Paradise Group, wprowadzającym do Polski najbardziej luksusowe domy mody.
- Ubiera się świetnie, po prostu zna się na modzie jak mało kto – potwierdza Grzegorz Hajdarowicz.
Szczególny sentyment ma do ubrań spod znaku Ermenegildo Zegny. Ale nie pogardzi Armanim, Burberry, a ostatnio i Vistulą. Nosi świetnie uszyte stroje. Wirtuozeria wykonania – jak najbardziej. Warunek: żadnych widocznych logo, bijących po oczach, co tak upodobały sobie młodsze pokolenia inwestorów. Przyznaje, że uważnie przygląda się, jak ubrany jest polski świat biznesu.
- Dobrze nosi się ledwie kilkanaście osób – ocenia Mazgaj.
I dorzuca dykteryjkę, jak to multimilioner znad Wisły szamotał się z felernie uszytym krawatem. W Szanghaju kosztował całe 1,5 dolara. W imponującej garderobie w domu państwa Mazgajów na obrzeżach Krakowa takich okazów brak.

Prezes egoista pije i pali
Wizyta w Przegorzałach, posiadłości Mazgajów, to dla gości nie lada uciecha.
- Mieszkamy przyjemnie, w willi zbudowanej dla Hansa Franka. Stoi na przełęczy, z basenu przy dobrej pogodzie widać Babią Górę – opisuje pan domu.
Gdy zsumować położenie budynku, talenty kulinarne gospodarzy i rzadko spotykany skład klasowych whisky, win i cygar, to nic dziwnego, że o spotkaniach „na Mazgajowie” krążą legendy.
Wojciech Kruk:
- Wraz z żoną potrafią podjąć więcej niż wyśmienitym obiadem.
Grzegorz Hajdarowicz:
- Nie je dużo, ale dobrze. Sam potrafi wymyślić niebanalne potrawy, a u innych docenić dobrą kuchnię.
Jerzy Mazgaj:
- Jedno z moich marzeń to otworzyć na emeryturze pierwszą restaurację w Polsce z gwiazdką w przewodniku Michelina.
Na razie jednak spotkanie na mieście z takim smakoszem oznacza obowiązkowy obiad w którejś z jego ulubionych restauracji na obrzeżach Rynku. Menu analizuje skwapliwie, podpytuje kelnerów o szczegóły. Do tego wybór wina, dyskusja o rocznikach. W sumie z kwadrans zejdzie. A kelnerom, znającym kulinarne wymagania sybaryty, nieco trzęsą się ręce. Gdy jedzie do Paryża, jeszcze zanim wyląduje na lotnisku Charles de Gaulle, już czeka na niego stolik w wykwintnej restauracji.
- Lubię dobrze zjeść, choć w obecnych czasach nieco trudno się szczycić, że jest się smakoszem i ma się w sobie coś z egoisty – przyznaje biznesmen.
Wakacje – jak najbardziej. Choć zwykle krótkie, to z wyraźnym lejtmotywem. Gastronomicznym. Odpoczywanie z widokiem na specjały kuchni bywa szczególnie przyjemne w południowych i zachodnich zakątkach Europy. Sycylia, południowa Francja, Kraj Basków.
- Tu wychodzi taka moja przywara – przyznaje.
Jaka? Gdy nie ma poleconej restauracji, potrafi nieraz i dwie godziny szukać odpowiedniego miejsca na kolację. Albo nakłada 200 km, żeby zjeść w przybytku z gwiazdkami Michelina. Zamawia menu z najwyższej półki.
- To tak zwane le menu gastronomique, sztuka kulinarna, dania sygnowane nazwiskiem ich autora. Z winem potrafią kosztować nawet 500 euro, ale na to mi pieniędzy nie żal – mówi bez ogródek szef Almy.
Czasem tylko żona się skarży:
- A mieliśmy zwiedzać muzeum...

Tłuszczyk w pracy

Całkiem niedawno. Śmietanka przedstawicieli czołowych szwajcarskich jubilerów gości u Wojciecha Kruka. Nie wiedzieć kiedy, rozmowa schodzi na sklepy Almy. Jeden z szefów Roleksa:
- W Szwajcarii to my sklepów na takim poziomie nie mamy.
Wojciech Kruk:
- Tak jest. Pomysł Jurka na Almę, to naprawdę wyjątkowa sprawa.
Kogo nie zapytać z dużego, ale i mniejszego biznesu, to Almę zna i lubi. Bo to miejsce dla ludzi szukających towarów z wyższej półki. Choć nie tylko.
- Za zwykłe masło czy dżem nie trzeba płacić drożej niż w hipermarketach. Większe marże mamy na produktach sprowadzanych na wyłączność do Polski – podkreśla Jerzy Mazgaj.
Na dowód pokazuje porównanie koszyka produktów przygotowane przez niezależny portal branżowy. Alma jest w nim tańsza od delikatesowej konkurencji i ledwie kilka groszy droższa od Leclerca. I króluje w specjałach.
- Po każdej wyprawie za granicę przywoziłem furę jedzenia. Bo w Polsce niby wszystko było, ale właśnie tylko na niby. No to zbudowałem sieć sklepów – przyznaje biznesmen.
Do dziś sam jeździ i wybiera. Ostatnia urlopowa wyprawa, łechcąca podniebienie, to Korsyka. Całkiem owocna.
- Chciałbym stamtąd ściągać świetne sery i wędliny – zapowiada Mazgaj.
Z rozmarzoną miną wymienia, gdzie wyrywa się na chwilę z biznesowego zgiełku. To slow foody na całym świecie lub małe lokalne wytwórnie.
- Znam producenta win z Piemontu. Co roku zaprasza mnie na zbieranie trufli i ucztę. Albo Parma: wchodzę do piwniczek i nakłuwam te szyneczki, wącham tłuszczyk. I jestem w pracy – śmieje się biznesmen.

Bez pieprzenia, proszę!
W biurze Almy, mieszczącym się w sfatygowanej siedzibie dawnej Krakchemii (wkrótce zastąpi ją nowy biurowiec), potrafi być mniej słodki.
Szef Vistuli:
- Prezes to emocjonalny facet. W pierwszym kontakcie potrafi przytłoczyć pewnością siebie i dynamiką, ale po latach współpracy wiem, jak go rozgryźć.
Wojciech Kruk:
- Współpracujemy, nie rywalizujemy. Na początku powiedziałem mu pół żartem, pół serio: Jurek, ja ciebie nie będę uczył grać w golfa, a ty mnie palić cygara. I jest dobrze.
Grzegorz Hajdarowicz:
- Gdybyśmy mieli razem robić interesy, to na wstępie musielibyśmy ustalić, kto jest kapitanem, a kto się wyłącza i tylko zgarnia swoją część zysku.
Mazgaj:
- Mnie przegadać, to trzeba być dobrym. Bo jestem wizjonerem, ale płacę ciężkie pieniądze ludziom, którzy potrafią te wizje przekuć na rzeczywistość lub umieją powiedzieć mi „nie”.
W jego mniemaniu w biznesie trzeba być „cholernym egoistą”. Bo na tym polega ta gra.
- Czytam czasem rozmowy z ludźmi biznesu, którzy żalą się, że dla rodziny nie mają czasu – zaczyna prezes Almy.
I puentuje:
- Przecież to jest pieprzenie. Mają tyle kasy, że ich stać, żeby cały rok z rodziną siedzieć. Ale nie chcą. Wolą podlewać swoją różę – i jest nią biznes. Gorzej, gdy niektóre pąki kwiatu nie rozwijają się tak szybko jak chciałby tego ogrodnik.
„Stawiam sobie dzisiaj pytania, czy świat wciąż potrzebuje coraz większych jachtów, win po paręnaście tysięcy euro czy wyjątkowo drogich garniturów” – wyjawiał w e-mailu Jerzy Mazgaj, zgadzając się na spotkanie. Moja teza, że kryzys się nie ima dóbr luksusowych, okazała się funta kłaków warta.
- Marki luksusowe na świecie spadają po kilkadziesiąt procent, część zbankrutowała. A moje sklepy nie są samotną wyspą – przyznaje biznesmen.
Bywa, że budzi się spocony, z kołaczącą myślą, czy obrał dobrą strategię. Szczególnie w Vistuli.
- Gra ostro. I to w wadze ciężkiej – przyznaje z podziwem Grzegorz Hajdarowicz, który jak mało kto rozumie sytuację Mazgaja w odzieżowej grupie.
Sam niedawno kupił „Przekrój” i „Sukces”, a rynek magazynów ledwo zipie. Jednak Mazgaj nie bierze pod uwagę, że w „ciuchach” mogłoby się coś nie udać. Już nawet ma dla ubrań Vistuli hasło przewodnie: „siła, męskość, sukces”. To o sobie?

 

Możesz zainteresować się również: