Liczba gmachów się nie zmniejszy

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2020-08-12 22:00

Sierpniowa kanikuła przebiega na pewno inaczej niż w poprzednich latach, przede wszystkim z powodu nieustępowania epidemii COVID-19.

Po zaprzysiężeniu prezydenta na kolejną kadencję naturalnie opadła gorączka polityczna, podtrzymywana tylko kolorami tęczy. Ale rządzący obóz tzw. dobrej zmiany sam sobie zafundował niespokojne wakacje z zupełnie innego powodu. Oto najwyższy władca Jarosław Kaczyński zapowiedział nieuchronną rekonstrukcję rządu, do której ma dojść jesienią. Taka wieść zawsze wywołuje naturalny popłoch w szerokich kręgach utrzymywanej przez budżet administracji, ale tym razem wręcz powiało grozą — miałaby się istotnie zmniejszyć liczba ministerstw. Obecny gabinet Mateusza Morawieckiego składa się, wliczając samego premiera, z 24 konstytucyjnych członków, przy czym ministerstw z tabliczkami na gmachach jest 20. Ta ostatnia liczba w wariancie skrajnym mogłaby spaść do zaledwie… 12, co jednak nie wiązałoby się wprost z wielkością zaprzysiężonej Rady Ministrów — liczba jej członków bez teki mogłaby wzrosnąć z obecnych 3 do np. 11 i wtedy bilans wyszedłby na zero…

Ministerstwo Skarbu Państwa zniknęło, ale wróciło jako mutant – Ministerstwo Aktywów Państwowych.
Fot. WM

To nie żart, albowiem wszelkie dotychczasowe akcje niby- -oszczędnościowe sprowadzały się do przesunięć. Wystarczy sobie przypomnieć z 2018 r. bardzo nagłośnioną propagandowo kampanię premiera Mateusza Morawieckiego zmniejszenia o 25 proc. liczby wiceministrów, jednakowo we wszystkich resortach. Była to gigantyczna fikcja, albowiem zredukowani znaleźli porównywalne stanowiska w innych centralnych urzędach, wzrosła także liczba tzw. pełnomocników rządu. Notabene właśnie ta specyficzna kategoria jest wyjątkowo żywotną hydrą z wieloma głowami. Od początku III RP każda rządząca ekipa na początku zszokowana jest liczbą najróżniejszych pełnomocników i znosi te fikcyjne stanowiska, ale później własnymi nominacjami zapełnia lukę z naddatkiem.

Analogicznie do okrojenia liczby ministerstw miałaby zmniejszyć się liczba działów administracji rządowej. Wypada przypomnieć, że wraz z wejściem w życie w 1997 r. nowej Konstytucji RP ustawowo określana jest tylko lista tematycznych działów, natomiast sama struktura ministerstw stała się bardzo elastyczna. Stałe działy można grupować niczym klocki, niektóre ministerstwa obsługują tylko jeden, natomiast inne nawet kilka. Jeśli dział nazywa się np. „obrona narodowa”, to istnienie Ministerstwa Obrony Narodowej — już bez przypisanego innego działu — jest oczywistością. Ale na ustawowej liście 37 działów istnieje ogromny chaos i niekonsekwencja w ich szczegółowości. Jeden ogromny nazywa się „gospodarka”, gdy tuż obok w dziwacznie potraktowanym obszarze istnieje „rolnictwo”, odrębnie „rynki rolne”, a na dodatek jeszcze „rozwój wsi”.

Największym złem blokującym w Polsce usprawnienie administracji rządowej jest podporządkowanie struktur personaliom i relacjom politycznym. Po najnowszej zapowiedzi prezesa ekipa tzw. dobrej zmiany również nie zastanawia się stricte merytorycznie, czy naprawdę powinno istnieć wyodrębnione Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej lub kadłubowe obecnie Ministerstwo Sportu, nie mówiąc już o takiej rekordowej paranoi, jak osobne Ministerstwo Klimatu oraz Ministerstwo Środowiska. Liczą się tylko ewentualne straty kadrowe poniesione przez przystawki PiS, czyli Solidarną Polskę i Porozumienie, a także przez poszczególne koterie wewnątrz głównej partii. A zatem wniosek końcowy z rekonstrukcji już zapisałem w tytule — bez względu na nazwy ministerstw na czerwonych tabliczkach liczba w sumie zajmowanych przez nie gmachów ani drgnie.