Menedżerowie zapomnieli o wynikach

Michał Kobosko
opublikowano: 2002-08-12 00:00

Wyniki kwartalne spółek giełdowych są katastrofalne. W jedenastoletniej historii GPW jeszcze się nie zdarzyło, by tak wiele firm zanotowało tak wielkie straty (przewyższające łączne zyski!), borykało się z drastycznym spadkiem przychodów, po prostu musiało walczyć o przetrwanie. Nie wiadomo też już, kogo można mianować „blue-chipem”, czyli w tradycyjnym znaczeniu tego terminu — nowoczesną, solidną firmą o dużym znaczeniu dla gospodarki oraz rynku publicznego.

To oczywiste, że spółki giełdowe nie działają w próżni. W warunkach recesji, nieustannych zmian reguł gry gospodarczej, drapieżnych zapędów fiskusa i brutalizacji protestów pracowniczych na dłuższą metę nie mogą prosperować lepiej niż cała gospodarka.

Równie oczywiste jest też, że zbyt wielu menedżerów traktuje to, co dzieje się wokół nich, jako doskonałe alibi dla nieudolnej działalności. Przecież na tym bezrybiu są nadal branże, które potrafią się rozwijać. Firmy produkujące farby i lakiery czy branża motoryzacyjna (np. produkcja opon) radzą sobie całkiem nieźle, mimo że budownictwo niby stanęło, a sprzedaż nowych samochodów przeżyła krach. Nie jest zatem tak, że wszystkie wysiłki menedżerów są z góry skazane na porażkę. No, ale najpierw trzeba chcieć i móc.

A przecież jeszcze nie tak dawno szefowie spółek publicznych byli w komfortowej sytuacji. W wielu miejscach nie dorobiono się jakichkolwiek procedur wewnętrznej kontroli. Większe spółki, pozostające jeszcze w orbicie państwa, były i są rozrywane przez polityków, zaś mniejsze funkcjonowały jak folwarki głównych właścicieli. Z kolei w rozbudowanych grupach kapitałowych prawica nigdy dokładnie nie wiedziała, co czyniła lewica, no bo po co?

Niezależnie od wydarzeń w USA, to musiało się źle skończyć. A fakt, że wśród buntujących się „drobnych” akcjonariuszy były OFE, tylko ten proces przyspieszył. I nagle okazało się, że królowie są nadzy, a zamiast gwiazd zarządzania, laureatów niezliczonych nagród i wyróżnień, mamy specjalistów od tzw. kreatywnej księgowości.

Dynamiczna firma budowlana, która stawiała najbardziej prestiżowe biurowce stolicy, rozsypuje się jak zamek na piasku. Skandynawski teleoperator, który określa się w reklamach „konkurencją w telekomunikacji” (pół miliarda strat w pół roku!) działa już tylko dzięki piątkowej decyzji sądu. Zaś dawny potentat produkcji pecetów przełyka gorzką pigułkę (VAT!) zafundowaną przez byłego prezesa i właściciela. Jeden wielki ocean wstydu.

Drodzy menedżerowie! Wasz zawód niestety przestał się cieszyć prestiżem. Opinia publiczna myli was z właścicielami firm, a skandal w Szczecinie pokazuje, że pracobiorcy są zdolni do wszystkiego. Tym bardziej więc pora wrócić do podstaw. Pora zadbać o wyniki!