Między chmurą a literaturą jest miejsce na więcej

  • Ewa Bednarz
opublikowano: 19-11-2021, 14:39

Marzyła, żeby pracować w strukturach unijnych i pracowała. Pokochała nowe technologie i jest im wierna od kilkunastu lat. Pierwszą książkę napisała, żeby wygrać zakład o whisky; wydała już trzy powieści, a czwartą pisze. Zaczęła wspinać się po górach, bo chciała przezwyciężyć lęk wysokości, a kocha awiację. Dla Joanny Parasiewicz, szefowej komunikacji i marketingu OVHcloud, nie ma rzeczy niemożliwych.

Menedżerka, pisarka, sportsmenka:
Menedżerka, pisarka, sportsmenka:
Joanna Parasiewicz, szefowa komunikacji i marketingu OVHCloud, po pracy wspina się, nurkuje i pisze książki osadzone w przeszłości. Mówiąc krótko, eksploruje świat od chmur po głębiny i to co najmniej w dwóch wymiarach: wysokości i czasu.
Marek Wiśniewski

Lubi wyzwania, dlatego jej książki nie mają nic wspólnego z najszybciej rozchodzącymi się erotykami, kryminałami i poradnikami. Jako wielka miłośniczka historii wybrała powieść historyczną, choć wszyscy ją straszyli, że dziś nikt ich nie czyta. Nie przejęła się tym, bo pisanie traktuje hobbystycznie. Pracuje w OVHcloud, firmie, która jest największym europejskim dostawcą chmury, i fascynuje ją to, co robi.

Pierwsze rozczarowanie

Kiedy była w liceum, Polska szykowała się do wejścia w struktury unijne. Miała wtedy wielkie marzenie, żeby w tym marszu uczestniczyć. Mówiła już biegle po angielsku i francusku, więc postanowiła to wykorzystać. Pierwszym krokiem było studiowanie stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Po dyplomie od razu trafiła do nieistniejącego już Ministerstwa Nauki i Informatyzacji, w którym pracowała m.in. z prof. Michałem Kleiberem.

– To było wielkie wyróżnienie. Profesor Kleiber jest bardzo aktywny na scenie międzynarodowej we wszystkim, co się wiąże z rozwojem społeczeństwa informacyjnego i zrównoważonego rozwoju cyfryzacji – mówi Joanna Parasiewicz.

W resorcie została oddelegowana do dwóch grup roboczych – do spraw telekomunikacji i energii oraz do spraw rozwoju społeczeństwa informacyjnego.

– Moją pracą były głównie wyjazdy, podczas których, w ramach unijnych grup, wypracowywało się wspólne stanowiska w dziedzinie informatyzacji i wspierających digitalizację programów unijnych. Wtedy zainteresowałam się cyfryzacją i nowymi technologiami – wspomina.

Niewykluczone, że pozostałaby urzędniczką, gdyby nie zmiana ekipy rządzącej i ministra. Przekonała się wówczas, że nie wszystko w życiu jest stałe. Zakończyła się przygoda z administracją rządową i służbą cywilną. Większość kolegów z jej departamentu wybrała biznes, który postrzegali jako bardziej przewidywalny. Joanna Parasiewicz też. Pracowała w agencji Sigma International, w której zarządzała departamentem nowych technologii i działaniami PR dla firm z sektora IT, m.in. HP, Amadeusa, Alcatel-Lucent i Microsoft Dynamics, potem w ITI Neovision, firmie zarządzającej platformą N. Od kilku lat jest szefową komunikacji i marketingu OVHcloud na region Europy Środkowej i Wschodniej.

Ciocia, pączki i kokaina

Autorka:
Autorka:
Joanna Parasiewicz wydała już trzy powieści historyczne i pracuje nad czwartą.
materiały prasowe

Znajomość języków wciąż się więc przydaje. W dzieciństwie zadowolona jednak nie była.

– Miałam ambitnych rodziców, na których byłam wtedy zła. Ciocia pracowała w British Council i w weekendy zamiast zabawy przerabiałam ćwiczenia, gramatykę i czytanie Szekspira w oryginale. Jedynym dla mnie pożytkiem z tego wszystkiego było to, że wiedziałam, o czym śpiewa moja ukochana wtedy Madonna – śmieje się Joanna Parasiewicz.

Bardziej od angielskiego kochała francuski. W dzieciństwie oglądała francuskie filmy i zapisywała to, co słyszała, a potem usiłowała powtarzać. Tym razem zamiast Madonny do nauki mobilizowała ją piosenka „Voyage, voyage”. Też chciała wiedzieć, o czym jest, a że powiedziano jej, że to trudny język, zaparła się i nauczyła.

Weź udział w konferencji online “Akademia Kobiet Menedżerek Przyszłości” >>

Przedwojenne ciocie pełniły bardzo dużą rolę w życiu przyszłej autorki powieści osadzonej w przeszłości, nie tylko dlatego, że pomagały w nauce języków.

– Byłam wychowywana przez dwie ciocie, m.in. stąd francuski i angielski. Obie były uroczo staroświeckie i na przemian odbierały mnie ze szkoły. Chodziłyśmy do Parku Skaryszewskiego z pączkami od Bliklego, a ponieważ przed wojną często miało się służącą, stąd gotowanie nie było ich najmocniejszą stroną. Raczyły mnie też opowieściami typu: – Joasiu, wspominałam ci wcześniej o niej, ale ty nie wiesz, że ona była kokainistka – a jak pytałam kto to, słyszałam, że jestem jeszcze za mała na takie tematy – wspomina Joanna Parasiewicz.

– Nie wolno mi było też wypowiadać niektórych słów. Za każde „no” albo „fajnie” musiałam płacić 2 zł. Trudno było też z dżinsami, bo ciocie tłumaczyły, że takie spodnie noszą chłopcy od krów w Stanach Zjednoczonych, a ja byłam przecież z dobrego domu – dodaje.

Na kanwie opowieści jednej z cioć powstała „Tancereczka”, fascynująca opowieść o niezwykle uzdolnionej żydowskiej baletnicy mieszkającej w Berlinie, której wojna udaremniła marzenia i zmusiła do egzystencji w dwóch antagonistycznych światach.

„Tancereczka” zapowiadana jest na okładce jako książka o miłości w czasach piekła. Miłość w powieści wprawdzie jest, ale to wątek poboczny. Historia jest znacznie głębsza.

– To nie jest opowieść o miłości. To nie jest tylko opowieść o miłości, to wielogłos peletonu postaci. Mamy tu liderkę Związku Niemieckich Dziewcząt, syna pruskiego generała, pracownicę fabryki proszku do pieczenia, wreszcie żydowską baletnicę, a nawet Cygankę oddających się swoim pasjom, kochających i nienawidzących w tyglu rozkręcającej się właśnie wojennej zawieruchy, która przeorze świat. Pokazałam zastęp postaci z różnych środowisk, ponieważ wraz z nimi szukałam odpowiedzi na pytanie, co się stało, że społeczeństwo literatów, poetów, ekonomistów i wybitnych filozofów uwierzyło, że są nadludźmi. Przecież wszyscy nagle nie łyknęli jednej pigułki i nie obudzili się w innym świecie – mówi autorka.

Powieść ma też drugie dno. Nieodparte jest wrażenie, że to nasza rzeczywistość zakamuflowana w historii.

Debiut z dziadkiem w tle

Początki:
Początki:
Trudne jest staranie się o wydawcę, jeśli nie ma się nazwiska. Nad Wisłą, kiedy sięga się po pióro, najlepiej być już celebrytką lub piosenkarką, alternatywnie – jeśli ma się pomysł na poradnik w stylu uporządkuj życie w siedem dni. Lepiej jest zatem nie traktować tej pasji komercyjnie – mówi Joanna Parasiewicz.
Marek Wiśniewski

„Tancereczka” nie była debiutem literackim Joanny Parasiewicz. Pierwszą książkę napisała, bo nie chciała przegrać zakładu.

– Na zakrapianej imprezie każdy miał powiedzieć o dawnym hobby, co najchętniej robił w podstawówce. Przyznałam się, że pisałam wiersze i książki, które oczywiście książkami nie były, tylko małymi wprawkami. Kolega stwierdził, że tyle lat minęło, więc na pewno już bym nie potrafiła. Założyliśmy się o whisky – śmieje się Joanna Parasiewicz.

To było wzięcie przyszłej pisarki pod włos. Podjęła wyzwanie, ale pomyślała, że pierwsza książka musi być o czymś ważnym, czego jeszcze nie było. Wiedziała, że nad Wisłą najlepiej sprzedają się poradniki, erotyki i kryminały, ale to ją nie interesowało. Wybrała absolutną niszę – książkę obyczajowo-historyczną o I wojnie światowej, o lotnikach i zaborach. Tak powstali „Uskrzydleni”.

Do awiacji ma słabość dzięki opowieściom o dziadku stryjecznym Antonim Słomkowskim, konstruktorze samolotów i lotniku, który zginął przypadkiem, gdy zapaliło się skrzydło jego samolotu. Kocha też historię, więc obie pasje połączyła w jednym.

– Nie zraziły mnie głosy, że nikt tego nie przeczyta, bo nie nastawiałam się na sprzedażowy sukces, chciałam sprawdzić, czy potrafię pisać, a przede wszystkim uhonorować pierwszych lotników, tych, którzy przecierali podniebne szlaki. Ile trzeba mieć odwagi, aby złożyć w jedno stos osinowych desek, dołożyć silnik, drążek, wysokościomierz i parę kółek, a potem rozpędzać się po aerodromie, który często był ubitym skrawkiem miedzy? W książce pokazałam m.in. epizody okrutnej białej wojny, czyli frontu alpejskiego – po raz pierwszy w historii wojen w wysokich górach. Zależało mi na tym także dlatego, że bardzo mało się mówi o tym, że w Alpach zginęło bardzo wielu polskich żołnierzy – tłumaczy.

Okres I wojny światowej przyćmiła – jak mówi autorka, II wojna. Mało jest o nim książek, wspomnień, a nawet dobrych filmów.

– Niewiele osób też wie, że już wtedy pojawił się syndrom traumy (ang. shell shock), szoku pourazowego. Na wysokościach, wśród ośnieżonych szczytów działy się dantejskie sceny, bo żołnierze, miesiącami odcięci od świata, nie potrafili poradzić sobie z czymś, czego nikt wówczas nie rozumiał – podkreśla.

Podziwia śmiałość pierwszych lotników.

– Dla nas podróż samolotem to nic nadzwyczajnego, ale pierwsi lotnicy to była rzesza śmiałków, których brano za wariatów. Nikt nie traktował ich poważnie. Ostatni cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern powiedział nawet, że samoloty to wymysł Francuzów i jedyny z nich pożytek jest taki, że Francuzi się w nich pozabijają. Lotnictwo zrehabilitowała dopiero I wojna światowa – podkreśla autorka „Uskrzydlonych”.

Wydanie pierwszej powieści, jak przewidywała Joanna Parasiewicz, nie było jednak łatwe.

– Trudne jest staranie się o wydawcę, jeśli nie ma się nazwiska. Nad Wisłą, kiedy sięga się po pióro, najlepiej być już celebrytką lub piosenkarką, alternatywnie – jeśli ma się pomysł na poradnik w stylu uporządkuj życie w siedem dni. Lepiej jest zatem nie traktować tej pasji komercyjnie – dodaje autorka dzisiaj już trzech powieści.

Unia Europejska w soczewce

Każda z książek jest inna, choć dotyka podobnych problemów. Joanna Parasiewicz bardzo starannie dobiera postaci. Każda jest niepowtarzalna, a jest ich wiele, ale najbardziej niepowtarzalny jest tytułowy „Mistyfikator”, choć wszystkie wyrastają z różnych zbiegów okoliczności.

– W procesie tworzenia bohatera najczęściej rządzi przypadek, spotykam np. osobę, która ma w sobie coś charakterystycznego, coś takiego, że trudno koło niej przejść obojętnie. Wprawdzie na mistyfikatora nie wpadłam, ale przeczytałam broszurę z początku XX w. o teatrach wędrownych – mówi Joanna Parasiewicz.

Tak zgłębiała wiedzę o tajnikach charakteryzacji. Czerpała też z receptur leczenia ran marynarzy wyprawiających się w dalekomorskie rejsy. Akcja „Mistyfikatora” rozgrywa się pod koniec I wojny światowej – najpierw we Lwowie, a potem w Berlinie. To zderzenie dwóch różnych światów. Czytając pierwszą, lwowską cześć powieści ma się wrażenie, że rodzina autorki pochodzi z kresów. Nie pochodzi, ale Joanna Parasiewicz kocha Lwów i to się czuje.

– Są takie genius loci, miejsca, które sprawiają, że w jakimś otoczeniu czujemy się jak u siebie. Dla mnie to m.in. Lwów i Berlin. W „Mistyfikatorze” chciałam Lwów przybliżyć, bo to miasto żyje najczęściej w pamięci osób, które miały krewnych z tamtych stron. Nikt na przykład nie zastanawia się dzisiaj nad tym, że przedwojenny Lwów był międzynarodowym tyglem, małą Unią Europejską różnych światów, gdzie po kolei obchodziło się święta katolickie, ewangelickie czy żydowskie, a na podwórkach dzieci krzyczały do siebie w pięciu różnych językach – opowiada autorka.

Toksyczna miłość

Wyzwanie:
Wyzwanie:
We wspinaniu najpiękniejsza jest walka z samym sobą. Jak się „zrobi skałę”, pokona np. wysokość trzeciego albo czwartego piętra, to człowiek myśli, że nie ma nic niemożliwego. W sporcie wszystko dzieje się w głowie – mówi Joanna Parasiewicz.
archiwum prywatne Joanny Parasiewicz

Joanna Parasiewicz nie tylko podjęła wyzwanie, wydając niszowe książki. Zawsze podejmowała wyzwania. Zaczęła się wspinać się po górach, bo bała się wysokości.

– Miałam taki lęk, że jak podchodziłam do schodów ruchomych, to wszystko bujało mi się przed oczami. W liceum pojechałam jednak na majówkę z przyjaciółmi do Jury Krakowsko-Częstochowskiej na skałki. Dla nich było oczywiste, że ja się wspinać nie będę, mylili się – wspomina.

Dziś pokonuje znacznie trudniejsze trasy.

– We wspinaniu najpiękniejsza jest walka z samym sobą. Jak się „zrobi skałę”, pokona np. wysokość trzeciego albo czwartego piętra, to człowiek myśli, że nie ma nic niemożliwego. W sporcie wszystko dzieje się w głowie – zapewnia.

Teraz pisze kolejną książkę. Tym razem o toksycznej miłości, ale jak zwykle u Joanny Parasiewicz wątków będzie dużo.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane