mySafety dowiodło, że można wygrać z KNF

Przez osiem miesięcy spółka widniała na liście ostrzeżeń publicznych, co omal nie skończyło się bankructwem. Kto teraz wynagrodzi jej straty?

W ubiegłym roku jako pierwsi opisywaliśmy historię mySafety. Firma po wpisie na listę ostrzeżeń publicznych straciła zaufanie w środowisku i zaczęła borykać się z problemami finansowymi. Była bliska zniknięcia z rynku. W lutym wpis ze strony nadzoru został usunięty. Czyżby wielka wygrana?

KRAJOBRAZ PO HURAGANIE
Zobacz więcej

KRAJOBRAZ PO HURAGANIE

Kiedy w czerwcu ubiegłego roku mySafety trafiło na listę ostrzeżeń publicznych KNF, było dobrze prosperującą spółką. — Dzisiaj jesteśmy na dużym minusie. Straciliśmy ok. 2,5 mln zł przychodu tylko z tytułu bieżących kontraktów. Do tego można doliczyć potencjalne korzyści i utraconą reputację — mówi Maciej Poniatowicz, prokurent mySafety Fot. Marek Wiśniewski

— Oczywiście zwycięstwo cieszy, ale okupione zostało ogromnymi kosztami. Czujemy się raczej jak mocno poturbowany bokser po dwunastorundowej walce. Kiedy w czerwcu ubiegłego roku trafiliśmy na listę, mySafety było dobrze prosperującą spółką. Dzisiaj jesteśmy na dużym minusie. Szacujemy, że w wyniku działań Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) straciliśmy ok. 2,5 mln zł przychodu, a mówimy wyłącznie o kontraktach bieżących, a nie potencjalnych korzyściach, nie wspominając o trudnej do wyliczenia wartości reputacji firmy — mówi Maciej Poniatowicz, prokurent spółki.

Donos

„Uprzejmie donoszę, że zapoznałam się z ofertą firmy Bayer, proponującą zawieszkę dla piesków, która pomaga odzyskać zwierzę w razie jego zgubienia i uważam, że firma we współpracy z my- Safety oferuje ubezpieczenia, czym łamie prawo” — e-mail o takiej treści, przesłany przez osobę fizyczną, która nie była nawet klientem mySafety, stał się przyczyną umieszczenia firmy na liście ostrzeżeń publicznych z podejrzeniem o prowadzenie działalności ubezpieczeniowej bez zezwolenia (art. 430 ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej). Nadzór poprosił firmę o wyjaśnienia dotyczące prowadzonej przez siebie działalności. Polega ona na znakowaniu rzeczy osobistych oraz takich, które mają szczególną wartość dla klientów, specjalnym hologramem, brelokiem lub przywieszką — z numerem telefonu i informacją o nagrodzie dla znalazcy w przypadku ich zgubienia.

— W terminie i szczegółowo odnieśliśmy się do pisma, myśląc, że udało nam się rozwiać wszelkie wątpliwości organu nadzoru. Na tym wymiana korespondencji się zakończyła, a w czerwcu pojawiło się ostrzeżenie, o czym dowiedzieliśmy się z mediów — mówi Maciej Poniatowicz.

Skończyły się na tym także możliwości mySafety dotyczące szybkiego wyjaśnienia sprawy.

— Wszystko działo się poza nami. Spółka, która nie podlega nadzorowi KNF, nie jest stroną w takim postępowaniu. Nie mieliśmy więc możliwości zapoznania się z treścią zawiadomienia złożonego do prokuratury ani istotą powziętych wobec nas podejrzeń — tłumaczy Maciej Poniatowicz.

W sierpniu ubiegłego roku, po dwóch miesiącach od umieszczenia na liście, nie zostało wydane nawet postanowienie o wszczęściu dochodzenia przeciwko my- Safety ani o odmowie, choć prokuratura powinna zrobić to w ciągu 30 dni od otrzymania zawiadomienia. Sprawa z prokuratury Warszawa Ochota trafiła do sąsiedniej — na Wolę — ponieważ tam znalazł się biegły prokurator, który mógł zająć się tego typu sprawą.

Gwoździe do trumny

W tym czasie sytuacja mySafety zaczęła się pogarszać, nie pojawiały się nowe zamówienia, dramatycznie spadała sprzedaż,stopniowo odchodzili pracownicy, którym banki odmawiały nawet udzielania kredytów — a wszystko przez to, że nazwa firmy widniała na liście KNF. BZ WBK wypowiedział jej rachunek firmowy, Gumtree przestało publikować zamieszczane przez nią ogłoszenia o pracę, a UOKiK zwrócił się do Itaki, jednego z kluczowych partnerów, z prośbą o złożenie wyjaśnień w sprawie podejrzeń dotyczących mySafety. Pod koniec sierpnia spółka dostała informację, że prokurator rozpoczął postępowanie i gromadzi dodatkowe wyjaśnienia.

Decyzję o umorzeniu postępowania wydał w pierwszej połowie października.

— Obszernie dowiódł, że nie można mówić o łamaniu prawa, nie ma podstaw do sformułowania aktu oskarżenia ani przeciwko spółce, ani zarządzającym — mówi Maciej Poniatowicz.

W skrócie: prokuratura uznała, że choć mySafety zapewnia ochronę na wypadek zdarzeń przyszłych i niepewnych i pobiera za to opłatę, to jej usługi nie spełniają wszystkich kryteriów definicji ubezpieczenia, bo nie ma elementu gwarancji wypłaty odszkodowania.

Wątek pocztowy

Ale decyzja prokuratora nie kończy historii. Nie była ona prawomocna, a KNF mogła wnieść zażalenie w terminie siedmiu dni. Nadzór skorzystał z tej możliwości i pismo trafiło do prokuratury, jednak nikt nie wiedział, czy skutecznie, bo Poczta Polska odnotowała aż… trzy daty dostarczenia. Prokurator zwrócił się z prośbą o wydanie wiążącej odpowiedzi, która z nich jest prawidłowa. Po miesiącu oczekiwania poczta w końcu uznała, że skutecznym terminem dostarczenia jest ten jeden, który zmieścił się w wymaganych siedmiu dniach. Sprawa trafiła więc do sądu II instancji. Ten na posiedzeniu 4 stycznia wydał wyrok podtrzymujący decyzję prokuratury, czyli prawomocnie umorzył postępowanie. mySafety nic nie wiedziało, ponieważ nie jest stroną w sprawie. Pod koniec stycznia prokurator poinformował spółkę o kontroli z Prokuratury Okręgowej, która poprosiła o akta sprawy, co dodatkowo o miesiąc przedłużyło przekazanie informacji do KNF o zamknięciu postępowania. Akta wróciły do Prokuratury Warszawa Wola bez zastrzeżeń na początku lutego, a 12 lutego mySafety złożyło do KNF wniosek o usunięcie informacji zamieszczonej na liście ostrzeżeń.

— O wykreślenie z listy trzeba wnioskować, a KNF nie ma w zasadzie terminu na rozpatrzenie wniosku. Na szczęście już 16 lutego wpis został usunięty — mówi Maciej Poniatowicz.

Przepisy do zmiany

Obecna sytuacja przedsiębiorstw jest taka, jakby przeszedł przez nie huragan. Szacowana utrata przychodów ze sprzedaży to 50 proc. planowanego na 2017 r. budżetu, czyli ok. 2,5 mln zł — tylko z powodu wypowiedzianych umów i wycofania zamówień od kluczowych partnerów biznesowych. Z pracy w mySafety zrezygnowało ponad 30 osób. Informacja o wpisie na listę KNF miała wpływ nawet na wycenę spółki przez zainteresowane jej kupnem fundusze. Polska spółka należy bowiem do szwedzkiej grupy mySafety Group, działającej w ośmiu krajach Europy, która jest właśnie na etapie zmiany własnościowej.

Teraz mySafety pracuje nad tym, żeby odzyskać swoją pozycję sprzed wpisu.

— Trzeba na nowo przekonać do siebie partnerów, a nie wszyscy mają czas, bo zajęli się innymi projektami. Wiele miesięcy potrwa także proces odbudowy naszej reputacji na rynku — mówi Maciej Poniatowicz.

Jego zdaniem, echa wpisu pozostaną jednak na dłużej — będą przejawiać się choćby w ostrożności, z jaką podchodzić mogą do mySafety potencjalni partnerzy.

— Szczęśliwie mamy deklarację właścicieli, że nie planują wyjść z Polski i będą nas finansowo wspierać, dopóki nie wyjdziemy na prostą — mówi Maciej Poniatowicz.

Niewykluczone, że Szwedzi zwrócą się także z pozwem o odszkodowanie za straty poniesione w wyniku nieuzasadnionych podejrzeń dotyczących działalności mySafety.

— Nasza historia jest dowodem, że każda funkcjonująca na rynku polskim firma z dowolnej branży przez wpis na listę KNF będący efektem nieuzasadnionego podejrzenia może zostać wyłączona z biznesowego życia bez możliwości obrony. A wszystko zgodnie z prawem — mówi Maciej Poniatowicz.

Jego zdaniem, mySafety będzie walczyć o zmianę przepisów, jeśli chodzi o zakres działalności KNF i skutki związane z listą ostrzeżeń. Miałyby one polegać na zmuszeniu urzędników nadzoru do dialogu ze spółką, co do której istnieją podejrzenia o naruszenie przepisów, tak jak jest w Szwecji. Dzięki temu uczciwi przedsiębiorcy mieliby szansę na obronę swoich racji, a urzędnicy KNF nie mogliby uciec od odpowiedzialności — i rozpatrzenia, czy podejrzenie jest zasadne — poprzez wysłanie zawiadomienia do prokuratury.

— Spółka umieszczona na liście powinna mieć też dostęp do akt sprawy, która przecież jej dotyczy i wpływa na jej sytuację i reputację — mówi Maciej Poniatowicz.

Nadgorliwość

O potrzebie zmian przekonana jest także Katarzyna Domańska-Mołdawa, adwokat w kancelarii BSJP.

— Obecnie pojawienie się na liście ostrzeżeń publicznych mocno stygmatyzuje firmy. Dlatego warto ograniczyć automatyzm pojawiania się tam i wprowadzić możliwość wcześniejszego dialogu z podejrzanym podmiotem, który dzięki temu miałby szansę wyjaśnienia sprawy i być może uniknięcia wpisu — tłumaczyła nam w ubiegłym roku, przy okazji opisywania historii mySafety.

Dzisiaj do działania zachęca urzędników to, że za bezczynność w uzasadnionych przypadkach naruszenia prawa grożą im sankcje, natomiast jeżeli przekażą sprawę do prokuratury z podejrzeniem, które później okaże się bezzasadne — nie ponoszą żadnych konsekwencji. Zdaniem ekspertów z rynku ubezpieczeń, w przypadku mySafety organowi nadzoru mogło zabraknąć wyczucia branżowego rynku, by prawidłowo osądzić, czy spółka prowadzi działalność ubezpieczeniową, czy nie.

— To była dobra praktyka, kiedy w KNF pracowali ludzie z wiedzą i doświadczeniem w konkretnych sektorach, które mieli nadzorować. Osoby, które znają swój rynek, dobrze wiedzą, gdzie należy szukać patologii, a także co na pewno do nich nie należy. Dzisiaj odeszło się od zwyczaju zatrudniania w nadzorze rynkowym praktyków i choć wypada pochwalić KNF za gorliwość w zakresie ścigania nieprawidłowości, to trudno się dziwić, że czasem, pomimo niewątpliwie szczytnych intencji, trafia kulą w płot — zwraca uwagę Łukasz Wawrzeńczyk, prezes firmy Profika Broker.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwia Wedziuk

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / mySafety dowiodło, że można wygrać z KNF