Nadal wiemy, że nic nie wiemy

opublikowano: 11-12-2018, 22:00

Theresa May znajduje się naprawdę między młotem a kowadłem, ale przecież do objęcia stanowiska premiera nikt jej nie przymuszał.

Podobnie jak do rozpisania przyspieszonych wyborów do Izby Gmin, które miały przynieść konserwatystom triumf, a skończyły się utraceniem samodzielnej większości. Odłożenie aż do 21 stycznia 2019 r. głosowania parlamentu nad wnioskiem rządu o zatwierdzenie umowy regulującej tryb rozwodu Zjednoczonego Królestwa z Unią Europejską to tylko odsunięcie klęski w czasie. Przecież w okresie świąteczno-noworocznym nic się nie zmieni. W głosowaniu nad wynegocjowaną wersją umowy można spodziewać się porażki Theresy May różnicą nawet 100-150 głosów. Praktycznie oznaczałoby to koniec jej kariery, mogłaby podać rękę w krainie politycznego niebytu Davidowi Cameronowi, sprawcy brexitu.

Na rozpoczynającym się w czwartek planowym szczycie Rady Europejskiej (RE) w ogóle nie będzie mowy o renegocjacji umowy. Przecież prezydenci/premierzy 27 państw nie po to zjeżdżali się do Brukseli specjalnie w niedzielę 25 listopada, kiedy zaakceptowali 585-stronicową umowę o szczegółach procedury brexitu — by teraz ją rozgrzebywać. Poza tym przyjęli wtedy również 26-stronicową deklarację polityczną na temat przyszłych relacji wspólnoty z sąsiadem już całkiem zewnętrznym. Nie będą one kopią partnerstwa UE z Norwegią czy Szwajcarią, ale mają być „ambitne, szerokie i elastyczne".

Od kilku miesięcy wyglądało na to, że naprawdę ostatnim brexitowym szczytem RE będzie ten najbliższy 13-14 grudnia. Po odłożeniu głosowania w Londynie okazuje się jednak, że wcale nie — szefowie unijnych państw i rządów zbiorą się jeszcze raz, co już zapowiedział przewodniczący Donald Tusk. Nie wiadomo jednak dokładnie, po co. Piłka przecież znajduje się po stronie brytyjskiej. Zgodnie z art. 50 traktatu o UE, dla wspólnoty temat brexitu zaistniał prawnie (odróżnijmy ten wątek od zaistnienia informacyjnego i politycznego) nie po ogłoszeniu wyników nieszczęsnego referendum z 25 czerwca 2016 r., lecz dopiero gdy Theresa May urzędowo notyfikowała w RE zamiar secesji, co nastąpiło 29 marca 2017 r. A zatem gdyby w styczniu rząd brytyjski nagle… wycofał notyfikację, to tematu w prawie międzynarodowym nie ma. O takim odwróceniu deklaracji woli państwa traktat nic nie mówi, ale już się ukazała interpretacja Trybunalu Sprawiedliwości UE.

Obecny stan wiedzy wszystkich stron zapisany został w tytule. Jednym z wariantów jest uruchomienie przez Izbę Gmin specjalnego mechanizmu zwiększającego jej kompetencje w kwestii brexitu i pozwalający posłom na wydanie Theresie May instrukcji do postępowania przed ustaloną na 30 marca 2019 r. datą secesji. Jednak nie wiadomo, czy znajdzie się większość nawet do przegłosowania zastosowania tego mechanizmu. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało — pardon, Davidzie Cameronie…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu