Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda znakomicie. W 2021 r. produkt krajowy brutto Stanów Zjednoczonych wzrósł realnie aż o 5,7 proc., co było najlepszym całorocznym rezultatem od 1984 r. Analizując ten wynik trzeba jednak wziąć poprawkę na dwa czynniki. Po pierwsze, tak wysoki rezultat w znacznej mierze zawdzięczamy efektowi niskiej bazy – po lockdownie w 2020 r. amerykański PKB skurczył się o 3,4 proc., co było najgorszym rezultatem w sięgającej 1948 r. historii tych statystyk.
Po drugie, zeszłoroczny wzrost w znacznej mierze został wykreowany na kredyt. Rok budżetowy 2021 w USA zamknął się deficytem fiskalnym w astronomicznej kwocie 2,77 bln USD i był niewiele niższy od rekordowego manka z 2020 r. (3,13 bln USD). Dla porównania, podczas apogeum poprzedniej recesji w 2009 r. deficyt fiskalny Ameryki wyniósł „tylko” 1,4 bln USD. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że ponad 13 proc. zeszłorocznego PKB największej gospodarki świata zostało wykreowane z deficytu budżetowego. To najwyższa relacja od lat 1943-44 r., gdy Stany Zjednoczone zapożyczały się na potęgę, aby wygrać II wojnę światową.

Ostatni tak dobry kwartał
Perspektywy gospodarcze USA wypaczyły także dane za sam IV kwartał, w którym rządowi statystycy podsumowali realny wzrost PKB na 6,9 proc. w ujęciu annualizowanym. Był to rezultat znacznie wyższy niż kwartał wcześniej (2,3 proc.) oraz przewyższający oczekiwania ekonomistów wynoszące średnio 5,5 proc. Problem w tym, że wynik za poprzedni kwartał został mocno „podrasowany” przez przyrost zapasów, który dodał aż 4,9 pkt proc. do annualizowanej dynamiki amerykańskiego PKB. Bez tego czynnika otrzymalibyśmy wynik na poziomie raptem 2 proc..
Wiele wskazuje na to, że był to ostatni tak dobry kwartał w wykonaniu największej gospodarki świata. Bazujący na spływających na bieżąco danych model Fedu z Atlanty pod koniec stycznia wskazywał, że annaualizowana dynamika PKB w I kwartale tego worku wyniesie zaledwie… 0,1 proc.. Oczywiście to szacunek bardzo wstępny, bazujący jedynie na nielicznych dostępnych statystykach za styczeń, ale tak słaby rezultat wskazuje, że coś jest na rzeczy.
Jeśli kolejne kwartały okazałyby się równie słabe, to w 2022 r. największa gospodarka świata znalazłaby się na skraju recesji, a już z pewnością doświadczyłaby ostrego spowolnienia wzrostu gospodarczego.
Do podobnych wniosków dochodzą zresztą bankowi ekonomiści. Niedawno analitycy banku JP Morgan Chase ścięli swoją prognozę annauzliowanej dynamiki PKB w I kwartale do zaledwie 1,5 proc. Krok dalej poszli ekonomiści z Bank of America, którzy spodziewają się rezultatu na poziomie 1 proc. A Goldman Sachs niedawno obniżył swoją prognozę dla I kwartału z 2,0 proc. do 0,5 proc. Jeśli kolejne kwartały okazałyby się równie słabe, to w 2022 r. największa gospodarka świata znalazłaby się na skraju recesji, a już z pewnością doświadczyłaby ostrego spowolnienia wzrostu gospodarczego.
Wiatr zmienił kierunek
Ostatnie kwartały stały pod znakiem gospodarczego boomu w USA i nie tylko tam. Uwolnieni z okowów lockdownu Amerykanie rzucili się w wir szalonej konsumpcji, wydając zarówno swoje wymuszone oszczędności, jak i hojne transfery socjalne otrzymane na kredyt od podatników. Ale ten postcovidowy karnawał powoli dobiega końca. Transfery od Wuja Sama praktycznie ustały. Dzięki temu już w IV kwartale deficyt fiskalny rządu federalnego był o 34 proc. mniejszy niż rok wcześniej. Nie widać też większych szans na nowe szaleństwa fiskalne w wykonaniu administracji Joe’ego Bidena, ponieważ część Demokratów buntuje się przeciwko opiewającemu na kwotę 2 bln USD programowi wydatków Build Back Better. To oznacza zdecydowane zaostrzenie polityki budżetowej.
To samo lada moment wydarzy się na froncie monetarnym. Już tylko przez miesiąc Fed będzie drukował pieniądze w ramach programu skupu obligacji (QE). Także w marcu oczekiwana jest pierwsza podwyżka stopy funduszy federalnych. Rynek wycenia przynajmniej cztery podwyżki (po 25 pkt baz. każda) do grudnia. Pod koniec roku możliwe jest nawet rozpoczęcie ilościowego zacieśnienia (QT) polityki pieniężnej, w ramach której Fed zacznie redukować swoją sumę bilansową, „odsączając” pieniądze z rynku długu.
Kierownictwo Rezerwy Federalnej jest już bardzo mocno spóźnione z normalizacją polityki pieniężnej po tym, jak przez poprzednie trzy kwartały Jerome Powell i spółka usiłowali nam wmówić, że inflacja jest „przejściowa”. Bazując na regule Taylora stopy procentowe w USA powinny już teraz wynosić 7-9 proc., podczas gdy wciąż tkwią na zerze i w najlepszym razie do końca roku sięgną raptem 1,5 proc. Skutkiem jest bardzo wysoka (w grudniu sięgnęła 7 proc.) oficjalna inflacja CPI, która w szybkim tempie redukuje realną siłę nabywczą amerykańskiego konsumenta. Trudno się dziwić, że w sytuacji, gdy płace rosną zdecydowanie wolniej (w grudniu średnio o 4,7 proc. r/r) od kosztów życia, to nastroje amerykańskich konsumentów w styczniu znalazły się na najniższym poziomie od 10 lat – wynika z danych Uniwersytetu Michigan.
To właśnie słabnące wydatki konsumentów mogą okazać się głównym hamulcem dla amerykańskiej gospodarki. Mówi się, że gospodarka USA konsumentem stoi. Faktycznie, wydatki konsumpcyjne odpowiadają za blisko 70 proc. amerykańskiego PKB. Zatem jakiekolwiek spowolnienie w tym elemencie będzie miało wyraźne przełożenie na całą gospodarkę. A więc także na wyniki firm, których akcje notowane są na nowojorskich giełdach.
Wall Street zaczyna reagować
Na razie na Wall Street trwa sezon raportowania przez spółki wyników za IV kwartał. A te są niezłe, lecz już nie tak rewelacyjne jak w kwartałach poprzednich. Raporty zaprezentowała już co trzecia spółka wchodząca w skład indeksu S&P500 i w 77 proc. przypadków zysk na akcję (EPS) okazał się lepszy od oczekiwań (historyczna średnia pozytywnych zaskoczeń wynosi 75 proc.). Analitycy oczekują, że EPS dla S&P500 był o ponad 21 proc. wyższy niż przed rokiem.
Ale teraz zdecydowanie bardziej liczy się to, co giełdowe korporacje pokażą w wynikach tegorocznych. A tu już szału nie będzie. Prognozy analityków zakładają, że EPS dla indeksu S&P500 w 2022 r. wyniesie niespełna 224 USD i będzie o prawie 9 proc. wyższy niż przed rokiem. A może być gorzej, jeśli pracownicy wreszcie wywalczą sobie solidne podwyżki płac, które by chociaż nadążały za wysoką inflacją. Umiarkowanie optymistycznie wyglądają też sygnały płynące z zarządów spółek: 13 z 20 prognoz z ostatnich tygodni była negatywna. Wszystko to dzieje się przy wciąż wysokich wycenach. Indeks S&P500 pod koniec stycznia wyceniany był na przeszło 19-krotność przypadających nań oczekiwanych zysków spółek. To wartość o 15 proc. wyższa od średniej z poprzednich 10 lat.
Uproszczony cykl rotacji aktywów inwestycyjnych mówi nam, że znaleźliśmy się w inflacyjnej fazie spowolnienia gospodarczego. Maksimum tempa wzrostu gospodarczego w USA najprawdopodobniej mamy już za sobą i chyba jeszcze nie zobaczyliśmy cyklicznego szczytu inflacji. Teoria podpowiada, że jest to okres, w którym zarówno akcje, jak i obligacji spisują się raczej słabo (na te drugie przyjdzie czas dopiero, gdy Fed przestanie podnosić stopy procentowe). Za późno może być też na inwestowanie w surowce, które święciły tryumfy w 2021 r. Na placu boju pozostaje więc rekordowo nisko oprocentowana gotówka.

Dodajmy do tego, że prawdziwej, długiej bessy na Wall Street nie doświadczyliśmy od lat 2008-09. Od tego czasu amerykański rynek akcji przeżywa hossę, poprzedzaną jedynie krótkotrwałymi (choć czasem dość dynamicznymi) korektami. Z taką właśnie korektą mieliśmy do czynienia w styczniu, kiedy to S&P500 zaliczył spadek o prawie 10 proc., a Nasdaq w porywach zniżkował o 19 proc. względem listopadowego rekordu. Zatem ten pierwszy otarł się o umowną granicę korekty, a drugi o skraj bessy (definiowanej w Ameryce jako spadek o przynajmniej 20 proc. od szczytu). Jeśli jednak prognozy dla amerykańskiej gospodarki będą nadal się pogarszać, a Fed definitywnie zakręci kurek z łatwym pieniądzem, to styczniowe spadki mogą się okazać jedynie preludium do prawdziwej bessy, jaką pamiętają już tylko najstarsze giełdowe niedźwiedzie.