Nasz dług publiczny nieco zdrowszy

opublikowano: 24-06-2018, 22:00

Zadłużenie w 2017 r. spadło, ale to nie wszystko dobre, co się z nim stało. Więcej znajdziemy w strukturze.

Na koniec ubiegłego roku dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (tzw. general government) wynosił 1003,4 mld zł, co stanowiło 50,6 proc. wartości naszego PKB. Przez rok spadł zarówno nominalnie (o 3,2 mld zł), jak też w relacji do PKB (o 3,7 pkt. proc.). Warto przypomnieć, że zmiana w pierwszym ujęciu była czymś wyjątkowym — zadłużenie spadło nominalnie po raz pierwszy w historii, nie licząc 2014 r., gdy o 130 mld zł odchudziłje transfer aktywów z OFE do ZUS. Jednak spadek wartości długu publicznego to jedno. Ważna jest także jego struktura i zmiany, jakie w niej zaszły.

Zmiany w strukturze

52,5 proc. naszego długu z końca 2017 r. znajdowało się w posiadaniu inwestorów zagranicznych — wynika z danych Eurostatu. 43,5 proc. dzierżył krajowy sektor bankowy, a 4 proc. krajowy sektor pozabankowy (w tym instytucje niefinansowe i gospodarstwa domowe). Na tle krajów UE taka struktura mocno nas nie wyróżnia (patrz wykres).

Przez rok stała się ona jednak nieco „zdrowsza”. Widać to — po pierwsze — w spadku udziału zagranicy o 1,9 pkt. proc. Po drugie — więcej do powiedzenia ma w niej złoty. Z danych Ministerstwa Finansów wynika bowiem, że na koniec 2017 r. 69,4 proc. zadłużenia skarbu państwa (sektor rządowy odpowiada za około 90 proc. zadłużenia całego sektora finansów publicznych) stanowił dług w walucie krajowej. Na koniec 2016 r. było to nieco mniej, bo 66 proc. Dlaczego uznajemy to za przejawy zdrowia?

— Intencją rządu jest ograniczanie ekspozycji na kapitał zagraniczny, zwłaszcza jeżeli chodzi o dług denominowany w walucie obcej, narażający nas na ryzyko kursowe. Dług denominowany w walucie zagranicznej przy osłabiającej się walucie krajowej z definicji prowadzi bowiem do wzrostu wartości zadłużenia — mówi Adam Antoniak, starszy ekonomista Banku Pekao.

Spadek atrakcyjności

Z tej perspektywy mniejszy udział zagranicy w naszym długu to dobra wiadomość, ale jeżeli sięgnąć do przyczyn takiej zmiany, o stwierdzeniu, że coś jest jednoznacznie pozytywne, można zapomnieć.

— Wartość zadłużenia, będąca w posiadaniu nierezydentów, odzwierciedla ich poziom zaufania do danego kraju. Odpływ zagranicznego kapitału można tym samym interpretować jako spadek atrakcyjności inwestycyjnej danego kraju. W ostatnich miesiącach z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w Polsce. W dużej mierze można to tłumaczyć „efektem ubocznym” normalizacji polityki pieniężnej przez Fed, czyli podnoszenia stóp procentowych i w konsekwencji wzrostu rentowności amerykańskich obligacji. To sprawia, że dla inwestorów dolarowych polskie obligacje stają się stosunkowo mało atrakcyjne. Rentowność polskiej 10-latki na przykład wynosi obecnie około 3,13 proc., amerykańskiej — 2,9. Różnica nie jest duża, biorąc pod uwagę postrzegane ryzyko — tłumaczy Adam Antoniak.

Na koniec pozytyw, który nie powinien budzić kontrowersji, a więc zaledwie 0,8-procentowy udział zobowiązań krótkoterminowych w naszym zadłużeniu (pierwotnytermin wykupu poniżej roku). W bardziej komfortowej sytuacji na koniec 2017 r. były jedynie dwa kraje — Litwa (0,6 proc.) i Bułgaria, całkowicie wolna od takich papierów. Dlaczego mniej w tym przypadku oznacza lepiej?

— Dla każdego emitenta pożądane jest, aby zapadalność zadłużenia była relatywnie wysoka. W momencie, gdy spada zaufanie do danego kraju, chociażby przez zawirowania rynkowe, bardzo trudno jest bowiem zrolować zapadający dług. Innymi słowy — im dłuższa zapadalność zadłużenia, tym więcej czasu na to, aby poradzić sobie z trudną sytuacją — mówi Adam Antoniak. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Justyna Dąbrowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / GPW / Nasz dług publiczny nieco zdrowszy