Wspólnym ich mianownikiem jest próba zdefiniowania przyszłości, która dla szeroko rozumianego Zachodu rysuje się generalnie nieciekawie. Rzecz jasna nie ma żadnego porównania naszej sytuacji z tragicznym losem Ukrainy, wobec której Rosja – takie określenie jest bardziej zasadne niż zawężanie agresji do osoby cara Władimira Putina – już drugi miesiąc prowadzi niewypowiedzianą wojnę napastniczą.
Od pół wieku gościli u nas – w PRL i III RP – wszyscy kolejni prezydenci USA, przy czym Ronald Reagan tylko jako już były. Wygłaszali programowe przemówienia o różnych następstwach. Naprawdę ważne dla losów Polski konkrety zawierały dwa: William (Bill) Clinton w 1997 r. na placu Zamkowym oficjalnie zaprosił nas do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO), natomiast George W. Bush w 2003 r. na Wawelu także oficjalnie wciągnął Polskę – trudno było to nazwać zaproszeniem – do wojny w Iraku, która toczyła się bez jakiejkolwiek legitymacji wystawionej przez NATO czy ONZ. Pamiętamy również dwa warszawskie przemówienia wyjątkowo wartościowe historycznie: Baracka Obamy w 2014 r. oraz Donalda Trumpa w 2017 r. Na tej porównawczej skali sobotnia mowa Josepha Bidena zawisła trochę pośrodku. Zawierała symbolikę religijną – papieski lejtmotyw „Nie lękajcie się!” oraz nadanie rangi świętości solidarnościowemu artykułowi 5 traktatu waszyngtońskiego. Ale paradoksalnie potwierdziła właśnie ogromny lęk całego Zachodu – który klasa polityczna nazywa odpowiedzialnością – przed przeniesieniem się realnej wojny z Ukrainy na choćby skrawek obszaru NATO.

Zdesperowany prezydent Wołodymyr Zełenski daremnie stara się uświadomić sojuszowi brutalną prawdę. Gdyby Ukraina stopniowo została jednak zalana przez rosyjską hordę i najeźdźcy wielowiekowym zwyczajem obsadziliby w Kijowie wasalny rząd, to naprawdę stanęliby niczym wódz Hannibal wobec Rzymu – ante portas. Obecnie Rosja zagraża bezpośrednio Estonii i Łotwie oraz Polsce (z obwodu kaliningradzkiego), zaś pośrednio przez Białoruś. Po ewentualnym zagarnięciu Ukrainy agresywna armia operowałaby wzdłuż długiej granicy z Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią, zaś Mołdawia jako byt samodzielny przestałaby istnieć. Skoro oficjalne wsparcie Ukrainy przez żołnierzy państw NATO nie wchodzi w grę, to pozostaje silne sprzętowe – aby zachodnia broń zwalczała agresora ukraińskimi rękami. Nie znamy tajnych ustaleń czwartkowego szczytu NATO oraz wizyty u nas prezydenta USA, ale oficjalnie wciąż dominuje strach przed dostawami sprzętu, który propaganda Kremla mogłaby uznać za ofensywny i wykorzystać do prowokacji. Dlatego takim gorącym kartoflem dla polityków stało się utrzymywane w naszym regionie NATO silne uzbrojenie poradzieckie, pożądane przez znającą ten sprzęt armię Ukrainy – zarówno samoloty MiG-29, jak też czołgi T-72.
Krwawy car nie czeka z prowokacjami na preteksty militarne, szybko odreagował piątkową wizytę Josepha Bidena w Rzeszowie. W sobotę – szczerze mówiąc nie pojmuję, czemu nie od razu w piątek, podczas bytności prezydenta – zaatakowany został rakietami Lwów, odległy w prostej linii o zaledwie 170 km. Ta demonstracja celów wojny napastniczej nie spotkała się jednak z odpowiedzią Josepha Bidena, której bardzo oczekiwali Ukraińcy. Im najbardziej nawet wzniosłe słowa ogólnikowej otuchy i wyrazy solidarności absolutnie nie wystarczają, bo to tylko słowa.