Nie lękajcie się, ale lęk dominuje

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-03-27 21:28

Po napiętym politycznym weekendzie trwają analizy realnej wartości wizyty, a zwłaszcza warszawskiego przemówienia prezydenta Josepha Bidena, które nie tylko z naszego punktu widzenia przykryło brukselskie konkluzje Rady Europejskiej.

Wspólnym ich mianownikiem jest próba zdefiniowania przyszłości, która dla szeroko rozumianego Zachodu rysuje się generalnie nieciekawie. Rzecz jasna nie ma żadnego porównania naszej sytuacji z tragicznym losem Ukrainy, wobec której Rosja – takie określenie jest bardziej zasadne niż zawężanie agresji do osoby cara Władimira Putina – już drugi miesiąc prowadzi niewypowiedzianą wojnę napastniczą.

Od pół wieku gościli u nas – w PRL i III RP – wszyscy kolejni prezydenci USA, przy czym Ronald Reagan tylko jako już były. Wygłaszali programowe przemówienia o różnych następstwach. Naprawdę ważne dla losów Polski konkrety zawierały dwa: William (Bill) Clinton w 1997 r. na placu Zamkowym oficjalnie zaprosił nas do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO), natomiast George W. Bush w 2003 r. na Wawelu także oficjalnie wciągnął Polskę – trudno było to nazwać zaproszeniem – do wojny w Iraku, która toczyła się bez jakiejkolwiek legitymacji wystawionej przez NATO czy ONZ. Pamiętamy również dwa warszawskie przemówienia wyjątkowo wartościowe historycznie: Baracka Obamy w 2014 r. oraz Donalda Trumpa w 2017 r. Na tej porównawczej skali sobotnia mowa Josepha Bidena zawisła trochę pośrodku. Zawierała symbolikę religijną – papieski lejtmotyw „Nie lękajcie się!” oraz nadanie rangi świętości solidarnościowemu artykułowi 5 traktatu waszyngtońskiego. Ale paradoksalnie potwierdziła właśnie ogromny lęk całego Zachodu – który klasa polityczna nazywa odpowiedzialnością – przed przeniesieniem się realnej wojny z Ukrainy na choćby skrawek obszaru NATO.

Joseph Biden był kolejnym prezydentem USA goszczącym w Zamku Królewskim, ale pierwszym przemawiającym publicznie na dziedzińcu. Np. Bill Clinton i Barack Obama wystąpili na placu Zamkowym, zaś Donald Trump na placu Krasińskich.
EVELYN HOCKSTEIN / Reuters / Forum

Zdesperowany prezydent Wołodymyr Zełenski daremnie stara się uświadomić sojuszowi brutalną prawdę. Gdyby Ukraina stopniowo została jednak zalana przez rosyjską hordę i najeźdźcy wielowiekowym zwyczajem obsadziliby w Kijowie wasalny rząd, to naprawdę stanęliby niczym wódz Hannibal wobec Rzymu – ante portas. Obecnie Rosja zagraża bezpośrednio Estonii i Łotwie oraz Polsce (z obwodu kaliningradzkiego), zaś pośrednio przez Białoruś. Po ewentualnym zagarnięciu Ukrainy agresywna armia operowałaby wzdłuż długiej granicy z Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią, zaś Mołdawia jako byt samodzielny przestałaby istnieć. Skoro oficjalne wsparcie Ukrainy przez żołnierzy państw NATO nie wchodzi w grę, to pozostaje silne sprzętowe – aby zachodnia broń zwalczała agresora ukraińskimi rękami. Nie znamy tajnych ustaleń czwartkowego szczytu NATO oraz wizyty u nas prezydenta USA, ale oficjalnie wciąż dominuje strach przed dostawami sprzętu, który propaganda Kremla mogłaby uznać za ofensywny i wykorzystać do prowokacji. Dlatego takim gorącym kartoflem dla polityków stało się utrzymywane w naszym regionie NATO silne uzbrojenie poradzieckie, pożądane przez znającą ten sprzęt armię Ukrainy – zarówno samoloty MiG-29, jak też czołgi T-72.

Krwawy car nie czeka z prowokacjami na preteksty militarne, szybko odreagował piątkową wizytę Josepha Bidena w Rzeszowie. W sobotę – szczerze mówiąc nie pojmuję, czemu nie od razu w piątek, podczas bytności prezydenta – zaatakowany został rakietami Lwów, odległy w prostej linii o zaledwie 170 km. Ta demonstracja celów wojny napastniczej nie spotkała się jednak z odpowiedzią Josepha Bidena, której bardzo oczekiwali Ukraińcy. Im najbardziej nawet wzniosłe słowa ogólnikowej otuchy i wyrazy solidarności absolutnie nie wystarczają, bo to tylko słowa.