Nie ważę modelek

Anna Popek
26-01-2007, 00:00

Wyrafinowanie czy masówka? Gosia Baczyńska nie ma dylematów — jeśli coś robi, to dobrze albo wcale. I jako projektantka, i jako bizneswoman.

„Puls Biznesu”: Jesteś trochę jak Jan bez Ziemi. Znakomita marka, wypromowane nazwisko, a nie masz swojego butiku!

Gosia Baczyńska: To prawda. Ale teraz wszystko w moim życiu się zmienia... Wczoraj rozmawiałam z dziewczyną, którą chcę zatrudnić jako swoją asystentkę i menedżerkę zarazem. I jestem dobrej myśli! Finalizuję też rozmowy na temat zakupu lokalu, mojej bazy — butiku. Miejsca, gdzie będzie można kupić moje ubrania, zamówić je, miejsca, gdzie klientki będą mogły przyjechać, porozmawiać o tym, czego chcą i co dla nich mogę zrobić. Dlatego uważnie przyglądałam się różnym lokalizacjom. Nie wyobrażałam sobie butiku Gosi Baczyńskiej w pasażu handlowym. Szukałam klimatu, pięknego otoczenia. Ważna dla mnie była nie tylko kamienica, w której się ulokuję, ale też ulica, na której będzie butik, aura okolicy. Takie miejsce znalazłam w starej części Warszawy. Dopiero kilka miesięcy temu nabrałam prezekonania, że mogę sobie pozwolić na kredyt. A moja firma, aby się rozwijać potrzebuje większych inwestycji. Do tej pory żadnego kredytu nie brałam. Jako córka księgowej z zasadami dbam o to, by należności opłacać skrupulatnie i na czas — teraz mogę sobie na to pozwolić. Czuję, że z projektantki przeobrażam się w kobietę biznesu zajmującą się modą.

Minęło trochę czasu, odkąd ukończyłaś wrocławską ASP i podjęłaś decyzję, że będziesz żyła z mody...

— Tak, ale dopiero teraz wiem, że — prócz pasji — mogę żyć biznesem. Zawsze kierowałam się moim wyobrażeniem mody, nie szłam na kompromisy, wolałam czegoś nie robić, niż robić źle. Nie wierzę w modę „syntetyczną”, pozbawioną uczuć i emocji. Teraz wiem, jak swoje umiejętności przekuć na biznes. Nie chcę tkwić w martwym punkcie.

Masz pełne ręce roboty — na sukienki nie można się doczekać, takie kolejki, jesteś w każdej ważniejszej gazecie! I mówisz o martwym punkcie?

— Do tej pory wszystko się szczęśliwie wydarzało. Spotykałam właściwych ludzi we właściwym czasie. Przecież nie zabiegałam o prasę! Dbałam tylko, by to, co robię, robić dobrze i jak najlepiej prezentować. Po prostu trzymać poziom! Często więc odrzucałam propozycje. Nie wyobrażam sobie swojego pokazu przy promocji np. wędlin. Moje stroje są wyrafinowane, zmysłowe. Chcę, by w takim kontekście się pojawiały.

Twój pierwszy pokaz w Warszawie sponsorował Rémy Martin...

— Taki zupełnie pierwszy pomógł mi zrobić, anonimowo, nieżyjący już Mariusz Łukasiewicz, twórca Lukas Banku. Jestem mu ogromnie za to wdzięczna. A drugi pokaz w Warszawie... rzeczywiście, obok firmy architektonicznej Archipelag, współfinansował Rémy Martin. Potrzebowałam sponsora na pokaz mody — przynajmniej alkoholu na poczęstunek. Przedstawiciele firmy doszli do wniosku, że związanie się ze mną na stałe będzie dla nich korzystne wizerunkowo. Pokaz okazał się sukcesem — nasza współpraca dobrze się rozwija.

Pamiętam, jak zaprosiłaś klientki i media do Hotelu Rialto.

— To był pomysł na promocję kalendarza, który wydałam wspólnie z Rémy Marin. Był wyjątkowy! Wspaniałe zdjęcia Artura Wesołowskiego, stylizacja Marka Adamskiego i moja kolekcja na rok 2004. Promocja wymagała oprawy. Wymyśliłam, że będzie to forma show roomu — z możliwością przymierzenia kreacji, przy koniaku...

No tak, ale w ten sposób trudno odnieść masowy sukces...

— Ale ja go nie chcę! Są firmy, które od początku rozwijały sieć sklepów, zatrudniały krojczych, budowały szwalnie lub przenosiły produkcję do Chin. Ja mam inne podejście — dla mnie moda to zawsze był sposób wyrażenia moich potrzeb twórczych. W strojach na zamówienie muszę dotknąć każdej rzeczy, pomyśleć nad nią, zastanowić się, jak będzie leżała na klientce. W każdą rzecz muszę zaangażować swoją energię, przy każdej sukni jestem potrzebna. Ale to, w czym upatruję swojego rozwoju, to demi couture. Czyli nie kreacje szyte indywidualnie dla klientek, niezwykle drogie i czasochłonne, ale konfekcja już gotowa, szyta na rozmiar, ale z indywidualnym podejściem do kupującej. Wiele pań szuka oryginalnych ubrań. Jeśli mają wydać kilka tysięcy na sukienkę Prady, która szyta jest seryjnie — wolą zamówić coś ekstra. Zwłaszcza na specjalne okazje. Dotyczy to tych pań, które nie potrzebują światowych marek do wzmocnienia swojej osobowości. Myśląc o rozwoju, chcę przyuczyć do zawodu kilkoro młodych ludzi, żeby poznali rzemiosło od najlepszych, a w przyszłości stanowili trzon mojej ekipy. Ludzie po szkołach krawieckich nie mają dobrego przygotowania, głównie dlatego że nie ma sensownych praktyk, a zanim zostaną rzemieślnikami myślą o projektowaniu... Brakuje rzetelnych krawców.

Sporo planów. Kogo teraz zatrudniasz?

— Cztery panie — bardzo dobre. Wcześniej pracowały w Modzie Polskiej, szyły ubrania dla ówczesnego stabliszmentu. Pani Bożenka jest moją prawą ręką. Zaangażowana i doświadczona. Mam też emerytowaną nauczycielkę plastyki, panią Kazię, która ręcznie szyje suknie. Ma wyczucie przestrzeni i delikatnej materii. Pani Dorota specjalizuje się w krawiectwie nieco cięższym. Pani Ala zaś potrafi zrobić wszystko, ale jej znakiem firmowym są ręcznie dziergane dziurki. Nikt już takich nie robi!

To też twój znak firmowy — staranność. Ile kosztują twoje sukienki?

— Krótka od 3,5 do 5 tys. zł. Długa — 5 do 8 tys. zł. Ślubne są droższe. W tych cenach zawarty jest 22-procentowy VAT. O zgrozo! Taki wysoki podatek, za rękodzieło!

Kogo stać na te stroje?

— Prawniczki, aktorki. Mam stałe klientki z Londynu. Jedna pani adwokat, która prowadzi inwestycje w Polsce, przyjeżdża z Anglii i kupuje albo zamawia kilka sztuk na raz — na różne okazje. Zawsze wraca po więcej. Ważną klientką była Polka, która wychodziła za mąż za chrześniaka królowej brytyjskiej, szkockiego arystokratę. Ślub odbywał się w starym kościółku — pan młody miał szkocki strój, panna młoda moją suknię, a na głowie 150-letni diadem. Jak wyglądała suknia? Hafty, drapowania, koronki — 300 godzin pracy!

Przeciętna Polka ma szansę na suknię od ciebie?

— Jeśli tylko terminy pozwolą. Dzwonią do mnie, pytając o butiki poza Warszawą. Na razie odsyłam je z niczym, ale w przyszłości zapewne powstaną takie miejsca.

Są podróbki Baczyńskiej?

— Kiedyś na przyjęciu przyglądałam się pewnej sukni i zastanawiałam — kiedy ją uszyłam? Nie ja ją szyłam, ale... była jakby odrysowana z moich projektów.

To w pewnym sensie sukces... Masz jakieś sukcesy międzynarodowe?

— W najbliższym czasie wybieram się do Nowego Jorku rozmawiać o współpracy. Znajomy pracujący w branży mody namawia mnie już od jakiegoś czasu. Tylko tam trzeba od razu trafić dobrze — do właściwych show roomów, agencji PR, do odpowiedniego towarzystwa. Zdecydowałam się na wyjazd, bo wiem, że muszę skorzystć z okazji i podjąć wyzwanie. A obecność w nowojorskich butikach otwiera wiele możliwości.

Nie wyobrażam sobie, żeby projektantka — polski znak firmowy, reprezentująca kraj na gali akcesyjnej w Lizbonie — wyjechała!

— Nie, nie wyjadę. Większością spraw zajmują się agenci. A co do Lizbony... Przygotowałam ciekawy pokaz — jako jedyna projektantka z Polski. Poza tym zaistniałam w świecie mody z innej strony. Zostałam zaproszona do projektu realizowanego przez Canon i Czerwony Krzyż — akcji pod hasłem The Other Side of Fashion. Pomysł polegał na tym, że 100 ikon mody z całego świata otrzymało aparaty, by przedstawić drugą stronę swojego życia, czyli mody. Moje fotografie wisiały obok zrobionych przez Dolce & Gabbana, Lacroix, Cavalli...

Czy myślałaś o swojej przyszłości poza modą?

— Jako projektant, który do tej pory nie zatrudniał agencji, większość rzeczy związanych z pokazami musiałam robić sama. Jestem więc w stanie jednoosobowo wyprodukować pokaz: znaleźć sponsorów, wybrać modelki. Te najlepsze szybko uciekają za granicę i trudno uzbierać dobry skład na pokaz. Jeśli się wypalę twórczo — jakieś zajęcie sobie zorganizuję. Uważam, że pokaz mody musi być wydarzeniem artystycznym, minispektaklem, czymś, co budzi emocje. Mam wiedzę i koncepcje, znam ludzi. Jeszcze jednak trochę powalczę!

Czy chude modelki mają wpływ na modę, gusta i wagę nastolatek?

— Nie przeceniałabym tego wpływu. Prawda jest taka, że ciuchy lepiej wyglądają na bardzo szczupłych osobach, dlatego takie wybierane są na pokazy. Ale ja swoich modelek przed pokazem nie ważę...

Rozmawiała Anna Popek, dziennikarka TVP2

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Popek

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Nie ważę modelek