Nienaturalna selekcja sklepów zoologicznych

opublikowano: 04-07-2013, 00:00

Na rynku przybywa pieniędzy, ale placówki padają. Kłopoty mają najwięksi gracze.

W branży handlowej od lat trend jest niezmienny — w siłę rosną duże sieci marketów i dyskontów, a z rynku znikają małe placówki, prowadzone przez drobnych przedsiębiorców. Inaczej jest w bardzo rozdrobnionym segmencie sklepów zoologicznych. Tu mali trzymają się nieźle, a więksi, płacący wyższe czynsze w galeriach handlowych, mają kłopoty i skupiają się na kontroli kosztów. Albo padają.

FOT. saavem/RGB Stock
FOT. saavem/RGB Stock
None
None

Upadki i hamowanie

Pod koniec czerwca po dwunastu latach działalności wniosek o ogłoszenie upadłości likwidacyjnej złożyło wrocławskie Zoo Centrum, które zadebiutowało na NewConnect w 2011 r. Prowadziło wtedy dziewięć sklepów i miało otwierać kolejne, inwestując pieniądze z IPO (1 mln zł) w magazyn centralny.

Pierwszy rok na małej giełdzie udało mu się jeszcze zamknąć niewielkim zyskiem, ale potem było tylko gorzej — zamiast otwierać placówki, zamykało stare i przestało komunikować się z rynkiem.

Jeszcze w maju handel akcjami spółki został zawieszony z powodu nieopublikowania wyników za pierwszy kwartał, a w tym tygodniu GPW wykluczyła je z obrotu. Inni nie mają aż takich kłopotów, ale tną plany ekspansji. Największa sieć na rynku — warszawskie Kakadu z portfela fundusz Arx Equity Partners — ma dziś 38 sklepów w galeriach handlowych w największychmiastach, z czego 14 w stolicy. Według ubiegłorocznych zapowiedzi, miało być więcej.

— Nie mamy parcia na rozwój organiczny — koncentrujemy się na optymalizacji działalności i kończymy wprowadzanie systemów wsparcia sprzedaży.

To da solidną podstawę do ekspansji w kolejnych latach — mówi Wojciech Filipczyk, prezes Kakadu. Wyzwanie Kakadu miał rzucić europejski gracz numer jeden branży zoologicznej, niemiecki Fressnapf. Jesienią otworzył w Warszawie pierwszy zoologiczny supermarket pod szyldem Maxi Zoo i do końca roku miał uruchomić dwa kolejne — ale nie uruchomił.

— W odróżnieniu od innych graczy w branży potrzebujemy dużo miejsca, minimum 500 mkw., a o dobre lokalizacje tej wielkości nie jest łatwo. Na razie koncentrujemy się na Warszawie — dopinamy kilka kontraktów i w drugiej połowie roku otworzymy tu placówki. Plany ekspansji się nie zmieniły. Polska pozostaje dla nas jednym z priorytetowych rynków w Europie i będziemy tu inwestować w sklepy — mówi Wojciech Kamiński, country manager Maxi Zoo.

Kości kontra karma

Sklepy zoologiczne zarabiają przede wszystkim na sprzedaży karmy — w przypadku upadłego Zoo Centrum dawała ona prawie połowę przychodów, podczas gdy akcesoria dla domowych pupilków przynosiły 30 proc., a sprzedaż żywych zwierząt — zaledwie 6 proc.

Według danych Euromonitor International, w Polsce żyje co najmniej 7,5 mln psów i prawie 6 mln kotów, a ich właściciele wydają na karmy 2 mld zł. To mało w porównaniu z zachodem Europy, bo tylko co piąty właściciel domowego zwierzaka kupuje mu specjalistyczny pokarm — reszta radzi sobie domowymi sposobami. Handlujące karmą sklepy muszą radzić sobie też z rosnącąpresją ze strony sieci spożywczych dyskontów i marketów, wstawiających na półki pokarm dla zwierząt.

Z danych wywiadowni gospodarczej Bisnode D&Bwynika, że liczba wyspecjalizowanych sklepów, parających się sprzedażą „żywych zwierząt domowych i karmy” (a także roślin, nasion i nawozów), spadła z 23,25 tys. na koniec 2010 r. do 20,8 tys. na koniec 2012 r.

— Jeśli trend się utrzyma, liczba detalicznych sprzedawców może spaść na koniec tego roku poniżej 20 tys. — mówi Tomasz Starzyk z Bisnode D&B.

Branżowy „Rynek Zoologiczny” szacuje natomiast, że „czystych” sklepów zoologicznych jest w kraju ok. 3 tys., z czego tylko kilka procent należy do sieci — reszta to pojedyncze placówki.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane