Odchodzi i raczej nigdy nie powróci

opublikowano: 19-01-2021, 20:00

Dzisiaj w południe czasu waszyngtońskiego, czyli o godz. 18 naszego, po złożeniu prezydenckiej przysięgi Joseph Biden przejmie kody do amerykańskiego arsenału jądrowego. Większość Amerykanów oraz cywilizowana część ludzkości odetchnie, że automatycznie straci do nich dostęp Donald Trump.

To historyczny paradoks, wszak 45. prezydent przez cztery lata nie wplątał USA w żaden nowy konflikt zbrojny, jedynie sprzątał po poprzednikach. Na finiszu jednak całkowicie zniszczył swój wizerunek histeryczną reakcją po porażce wyborczej (w kilku stanach, tzw. swingujących, faktycznie minimalnej), zwłaszcza sprowokowaniem tak szokującego Amerykę i świat wdarcia się tłumu jego fanatycznych zwolenników do gmachu Kongresu. Dramat z 6 stycznia wywołał naprawdę zasadne pytania, czy przegrany prezydent nie popadł w jakiś polityczny amok.

Kadencja Donalda Trumpa będzie tematem wielu doktoratów politologicznych, prawniczych i socjologicznych. W 2016 r. wygrał pod hasłem „America first” i konsekwentnie je wdrażał, odrzucając w polityce wewnętrznej i zagranicznej idee globalizacji. Niektóre jego decyzje obiektywnie były szkodnictwem wobec ludzkości, największym oczywiście wypowiedzenie klimatycznego porozumienia szczytu COP21 w 2015 r. w Paryżu, które przecież USA ratyfikowały wspólnie z Chinami. Notabene Joseph Biden zamierza szybko anulować to wypowiedzenie. Generalnym lejtmotywem prezydentury Donalda Trumpa było przekładanie na politykę jego ukształtowanego przez kilkadziesiąt lat credo biznesowego: nie istnieją żadne więzy i żadne zasady.

To przesłanie zapamiętałem już wiele lat temu, nie mając pojęcia, że Donald Trump kiedyś będzie prezydentem. Stałem przed jego nowojorskim gmachem – ale nie powszechnie znaną 202-metrową Trump Tower przy Piątej Alei, lecz 262-metrową Trump World Tower tuż przy głównej siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ). Na tym brzegu Manhattanu, nad Rzeką Wschodnią, od zakończenia wojny obowiązywała dżentelmeńska umowa (nie istnieją tam plany zagospodarowania przestrzennego), że żaden inwestor nie pnie się w niebo wyżej od 154-metrowego biurowca ONZ. Donald Trump ją zdeptał, wyburzył budynek 23-piętrowy i wywalił swój zyskowny apartamentowiec o ponad 100 metrów wyżej. Był to sygnał, że kapiące od złota siedziby czy hotelowe wieżowce z nazwiskiem Trump, stawiane w centrach największych miast, nie zaspokajają ego nawiedzonego miliardera. Wtedy satysfakcjonowało go sąsiedzkie zdominowanie skarlałej wizerunkowo ONZ, będącej wręcz emanacją idei globalizacji. Po latach się okazało, że było jeszcze za nisko – ekstremalne uniesienie dał dopiero fotel w Gabinecie Owalnym.

Donald Trump z rzadka musiał także przewodniczyć obradom organu kolegialnego – na zdjęciu Rada Bezpieczeństwa podczas sesji ONZ – ale taka nietypowa rola bardzo mu nie pasowała. Fot. Jacek Zalewski

Z polskiego punktu widzenia odejście Donalda Trumpa kończy pewną epokę. Ze względów ideologicznych obecni władcy Polski postawili na jego reelekcję całą pulę. Podobna sytuacja nie zdarzyła się po wojnie nigdy, ani w epoce PRL, ani w III RP. Rządzący u nas często sygnalizowali, kogo woleliby w Waszyngtonie, ale raczej dyskretnie. Podam przykład z 1980 r., gdy po wybuchu polskiej Solidarności cały obóz moskiewski oczywiście wolał reelekcję niemrawego Jamesa Cartera, niż wejście do światowej gry twardego Ronalda Reagana. Jednak nigdy nie zdarzyła się w Polsce aż taka wasalizacja personalna, jak wobec 45. prezydenta. Jej symbolem była żenująca propozycja nazwy Fort Trump dla amerykańskiej bazy wojskowej. Fort się rozsypał, chociaż żołnierze sojuszniczej US Army stacjonują. Jednak ułożenie stosunków z nowym głównodowodzącym tych wojsk to całkowicie nowa karta, niełatwa do zapisania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane