OF: Pomysł odstrzelenia spreadów walutowych skazany na porażkę

Marcin Krasoń
opublikowano: 11-01-2011, 14:40

Ministerstwo Gospodarki chce uratować klientów przed bankową samowolką w ustalaniu spreadów. Rzecz w tym, że część pomysłów resortu jest nierealna, a część z góry skazana na porażkę.

Rosnący kurs franka i rozszerzające się spready (różnica pomiędzy kursem zakupu a sprzedaży waluty w danym banku) spędzają sen z oczu kredytobiorców zadłużonych w walucie szwajcarskiej. W zależności od banku, miesięcznie kredytobiorcy tracą nawet 30 zł na każde 100 tys. zł zaciągniętego kredytu. Minister gospodarki Waldemar Pawlak już kilka miesięcy temu zapowiedział walkę ze spreadami. Teraz zaczyna przywdziewać zbroję i szykuje się do ataku.

Wg informacji podanych przez MG, banki rocznie zarabiają na spreadach 1-1,5 mld zł, jednak gdyby zysk ten im zabrano, bez wątpienia poszukałyby go gdzieś indziej. Gdzie? W kieszeniach klientów. Prawdopodobnie doprowadziłoby to do podwyżki cen kredytów lub wprowadzenia nowych obowiązkowych ubezpieczeń i prowizji. Póki co, MG ma dwa pomysły na ulżenie kredytobiorcom. Znamy tylko ich założenia, ale od razu widać, że zarzuty o budowaniu kapitału politycznego przed wyborami nie są niedorzeczne.

Pierwsza propozycja ministra Pawlaka to umożliwienie kredytobiorcom spłaty hipoteki bezpośrednio w walucie rozliczania kredytu. Takie rozwiązanie już funkcjonuje na rynku od połowy 2009 r., a to dzięki rekomendacji S II, na mocy której klienci mają prawo do zmiany waluty spłaty kredytu. Rozwiązanie ma jednak kilka wad. Przede wszystkim, operacja zmiany waluty oznacza obecnie obowiązek podpisania aneksu do umowy kredytowej, a to koszt rzędu kilkuset złotych. Czyli cała operacja zacznie przynosić zyski dopiero po roku lub jeszcze później, bo oszczędność na racie wynosi kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Tę barierę MG chce zlikwidować i dać możliwość dowolnego wyboru waluty spłaty kredytu bez obowiązku aneksowania umowy.

Ministerstwo nie ma jednak pomysłu na drugą przeszkodę, która nie pozwoliła rekomendacji S II osiągnąć sukcesu – operacyjną. Aktualnie spłata kredytu walutowego odbywa się bez wychodzenia z domu, a zapłata w walucie wymaga wizyt w kilku miejscach. Najpierw trzeba pieniądze wypłacić z banku, potem pojechać z nimi do kantoru, a w końcu z powrotem zawieźć do banku. Pamiętajmy, że kantory też mają spready i nie w każdym kurs waluty jest atrakcyjny. W ekstremalnym przypadku spłata raty kredytowej zajmie kilka godzin. Na dodatek narażamy się na niebezpieczeństwo rabunku gotówki, wówczas zamiast kilkudziesięciozłotowego zysku zanotujemy kilkutysięczną stratę.

Z dobrodziejstwa rekomendacji S II korzysta niewielki odsetek klientów. W niektórych instytucjach jest to znacznie poniżej 0,5 proc. osób posiadających kredyt walutowy. Według nas, podobny pomysł ministerstwa także nie znalazłby uznania u wielu kredytobiorców. Zwyciężyłyby przeszkody operacyjne. I choć pozwalają je ominąć internetowe serwisy do wymiany walut, to na razie ich popularność nie jest duża.

Pomysł MG ma jeszcze jeden słaby punkt: formalny. Takie rozwiązanie godzi bowiem w swobodę zawierania umów pomiędzy bankami a klientami. Wszak podpisując umowę klient godzi się na pewne jej zasady, a jeśli chce ją zmienić – powinien podpisać aneks. A żadne prawo nie zabrania pobierania za aneksy opłat.

Druga idea MG jest znacznie bardziej drastyczna, bo mówi o całkowitej likwidacji spreadów i spłacaniu kredytów po średnim kursie NBP. To rozwiązanie idealne dla klientów, bo pozwoliłoby obniżyć miesięczną ratę nawet o 13 proc. w przypadku kredytu nowo zaciąganego lub o 6,5 proc. dla kredytu już spłacanego. Trzeba bowiem pamiętać, że spread uderza w klienta dwukrotnie: w chwili zaciągania kredytu waluta przeliczana jest po kursie zakupu, a przy spłacie rat – po kursie sprzedaży.

Ta opcja jest jednak mało realna, żeby nie powiedzieć "absurdalna". Kredyt walutowy nie jest bytem wirtualnym, bank walutę musi rzeczywiście kupić. Jednak portfele walutowych kredytów wielu polskich banków są zbyt małe, by bank mógł każdego dnia kupować i sprzedawać waluty po kursie średnim. Bank transakcji dokonuje zatem rzadziej, a ryzyko walutowe musi wziąć na siebie. Rekompensatą za podjęcie go jest spread. Pomysł zlikwidowania spreadów stanowi zagrożenie dla wolnego rynku i zbyt dużą ingerencję w gospodarkę. Banki na pewno nie zgodzą się na takie rozwiązanie i trudno nie przyznać im racji. Wszak koszt spreadu od zawsze istniał w kredycie walutowym i zadłużając się we franku klienci godzili się na jego istnienie. Rynkowi na pewno przydałoby się trochę rozsądku, ale regulacja na siłę chyba za bardzo trąci gospodarką centralnie sterowaną.

Marcin Krasoń, Open Finance

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Krasoń

Polecane