Państwo ułatwiło robotę mafii paliwowej. Anatomia Pollexu nie pozwala jednak wątpić, że w niejasnych, acz oszałamiających interesach, liczyły się też pozaoficjalne kontakty.
— Oni się do tego w ogóle nie nadawali — i jeden, i drugi byli idealistami. Za takie interesy, jakich się imali, ludzie trafiają do piachu... Nie zdawali sobie sprawy, w czym siedzą. To dla nich zbyt twardy biznes — mówi Krzysztof B., były dyrektor Pollexu.
To, że tkwimy nad filiżankami kawy w centrum Warszawy, uważa za cud. „Już dawno powinien siedzieć” — to wersja optymistyczna.
— Jak się skacze po kilka schodów w górę, to zbyt szybko trafia się na szczyt, czasem w tym pośpiechu noga nie trafia na stopień i człowiek leci w dół. Tak było z nimi... Za szybko szli w górę. Po 2 latach z małej kasy doszli do gigantycznej — kwituje B. i ucina rozmowę. Ale po chwili dodaje:
— I tak za dużo panu powiedziałem — wstaje, podaje rękę i wychodzi. Tak po prostu.
Na stoliku zostaje skrawek papieru z nagryzmolonym numerem telefonu i imię: Bogdan.
Kilka dni później w tym samym miejscu.
— Nic panu nic nie powiem o Polleksie, więc niech pan nawet nie próbuje dziennikarskich sztuczek — mówi Bogdan D., menedżer z Pollexu. Ale...
— Gdy firma zaczynała, kapitalizm rodził się „po koleżeńsku”. Kto wskoczył do pociągu i znał konduktora — daleko zajechał. Wtedy była krwiożercza walka o miejsce w układzie — także na przyszłość. By myśleć o dużych pieniądzach, trzeba było mieć kumpli i myśleć o kumplach. Bez nich zostawał bazar. Oni ich mieli, ale do czasu. Nie rozumieli tego, co panu powiedziałem — mówi D.
Handel obwoźny
Połowa lat 90. Jacek Rożniak z Płocka właśnie założył spółkę Exit i z Franciszkiem K. („Franuś”) jeździł rozklekotaną cysterną po wsiach, sprzedając rolnikom paliwo kupione „na kreskę” w rafinerii płockiej. „Franuś” to znana w Płocku postać (niegdyś szef tamtejszego oddziału SB), która szybko zamieniła czarną wołgę na harleya davidsona. Nie wiadomo, kim Jacek Rożniak byłby dzisiaj, gdyby nie dwa przypadkowe spotkania: ze Zbigniewem Kuligiem i z Krzysztofą Krylą.
Zbigniew Kulig to tajemnicza postać, „od zawsze” w paliwach. Kiedyś doradca w kółkach rolniczych. Nie sposób go złapać pod żadnym adresem. „Pan go nie znajdzie, to on znajdzie pana” — mówi Krzysztof B. Przez pół dnia czekaliśmy pod jednym z komisariatów w Warszawie, by z nim porozmawiać, wiedząc, że musi się w nim stawiać raz w tygodniu. Na próżno. Kulig został skazany za blendowanie paliwa w bazie jednostki wojskowej w Radomiu.
Danuta Gaszewska, współwłaścicielka Dansztofu, przejętego przez mafię paliwową (pisaliśmy o jej historii wielokrotnie w „PB”), miała z nim styczność raz:
— Kuliga poznałam w dziwnych okolicznościach — gdy mafia paliwowa chciała mi odebrać firmę i próbowała mnie zastraszyć, grożąc, że zabije i mnie, i moją rodzinę. Bałam się. I wtedy nagle pojawił się Zbigniew Kulig. Nie wiem, skąd znał moje problemy, ale zaoferował pomoc, ochronę w zamian za wpłatę 80 tys. zł na klub sportowy Gwardia Warszawa. Tłumaczył, że jest to „klub policyjny”, więc trudno o lepszą ochronę przed moimi „wspólnikami” — mówi Gaszewska.
Przelała na konto klubu ponad 30 tys zł. Ale groźby nie ustały.
W sierpniu 1997 r. Rożniak przez Kuliga poznał Krzysztofa Krylę, zatrudnionego w biurze paliw zarządu kółek rolniczych.
— To moja pierwsza praca po studiach... Zarabiałem jakieś 700 zł. Nie byłem zachwycony. Poza tym, wtedy w kółkach rolniczych działy się dziwne rzeczy. Jak pan dziś spojrzy na zaplecze Leppera i Samoobrony, to się pan domyśli. To był też czas kantów na faktoringach. Szukałem sposobności, by z tego interesu wyskoczyć — mówi Kryla zza krat, bo odsiaduje 6 lat za finansowe szwindle.
Na początku 1997 r. kółka zaczęły wchodzić w rynek paliw. Kryla był cennym „towarem” dla Rożniaka i Kuliga, bo miał kontakty w południowych rafineriach. To z nich bowiem kółka brały paliwo dla swoich 1250 stacji. Kryla od dawna myślał o zarabianiu na dostawie paliwa dla rolników za pośrednictwem stacji benzynowych, własności kółek rolniczych. Złoty interes — ale na przeszkodzie stał brak pieniędzy!
Panowie szybko przypadli sobie do gustu i założyli spółkę Pollex. Jakiś czas handlowali paliwem z kółkami. Do 1998 r., gdy podczas wizyty w jasielskiej rafinerii padło pytanie: „Panowie, dlaczego tak jak wszyscy nie blendujecie paliwa?”.
Legalne blendowanie
Blendowanie paliw to jeden z najpoważniejszych w skutkach goli, jakie państwo strzeliło do własnej bramki. W 1995 r. postanowiło pomóc rafineriom południowym, wprowadzając ulgę w akcyzie na towar z dodatkiem olejów przepracowanych (zwolnienie z 90 proc. akcyzy na takie paliwo). Wykorzystało to kilkaset spółek handlujących paliwami — najpierw Petroteam, potem reszta, w tym Pollex. Po co?
— Żeby mieć tańsze paliwo — tłumaczy Kryla i dodaje:
— Prosty mechanizm. Kupowaliśmy paliwo w Płocku, zazwyczaj na kreskę, potem dostarczaliśmy je do rafinerii, która je blendowała, czyli dolewała przepracowany olej (przyp. aut. — z reguły 15 proc.). Powstawało paliwo — jego wartość pomniejszano o akcyzę, którą rafineria mogła sobie odpisać. Rafineria oddawała nam paliwo o 150 zł tańsze niż w Płocku. I tak mieliśmy legalny towar, z certyfikatami, zgodny z polską normą. I wysokie obroty, bez angażowania własnych pieniędzy i forsy na inwestycje — wyjaśnia Kryla.
Ulga w akcyzie nie utraciła ważności do 2002 r. Z czasem blendowaniem zajęły się też prywatne firmy, takie jak Petroteam z Opola czy Mekator z Poznania, a za nimi setki innych, które albo same produkowały komponenty, albo kupowały je w południowych rafineriach —wśród nich był Pollex.
Wkrótce kraj zalało dotowane przez państwo tanie paliwo. W 2000 r. wybuchła afera: wyszło na jaw, że w Polsce skupuje się więcej olei przepracowanych, niż ich produkuje! Ale ulga obowiązywała jeszcze 2 lata.
— W 1998 r. zaczynaliśmy praktycznie od zera. W krótkim czasie pojawiły się jak z nieba wielkie obroty i potężne zyski — mówi żona Jacka Rożniaka.
Pollex w tym czasie handlował głównie z kółkami rolniczymi. Wkrótce doszły stacje CPN.
„Prywatyzacja” CPN
Sprawa z dostawami paliwa do CPN to znów otwarta przez państwo furtka dla prywatnego paliwa — różnej jakości.
— Każda stacja mogła kupić z wolnej ręki 15 proc. paliwa od dowolnego dostawcy. Zaopatrywaliśmy kilkanaście stacji, BGM — kilkaset. CPN to był pewny odbiorca, wypłacalny — mówi Kryla.
Rzecz w tym, że CPN zgodził się kupować paliwo od rafinerii po cenach urzędowych, a więc dużo wyższych, niż te, po których rafinerie sprzedawały swoim dilerom (średnio o 40-50 zł taniej za tonę). W ten sposób rafinerie, poprzez swoich lokalnych dilerów, stały się konkurentem regionalnych dyrekcji CPN. Te natomiast, rozliczane przez centralę ze sprzedaży, musiały ratować się tańszym paliwem od prywatnych dostawców, by wykazać zadowalającą sprzedaż. Paliwem różnej jakości (np.: ustawa o markierowaniu oleju napędowego weszła w życie dopiero w 2001 r. — do tego czasu olej opałowy od napędowego właściwie niczym się nie różnił). Rok później dla Pollexu otworzyły się jeszcze większe możliwości, a zarazem początek końca firmy i jej właścicieli. Nadeszła „era kolei”.
Kolejowy biznes
Rok 1999. „Trzej muszkieterowie” w akcji: Rożniak miał pieniądze, Kryla — kontakty z kółkami rolniczymi i rafineriami, „kapitałem” Kuliga były kontakty strategiczne, zwłaszcza na kolei. Panowie zrozumieli, że kółka rolnicze są przy dostawach dla kolei tym, czym wiejski sklep przy hipermarkecie. Bo to już — w wielkości obrotów — I liga, do której Pollex nie zawahał się wkroczyć. I o mały włos nie znalazł się na liście 100 najbogatszych polskich przedsiębiorstw.
Pierwszy kolejowy przetarg.
— Zaskoczyło mnie, że ani w tym, ani w innych nie startowały rafinerie, lecz pośrednicy. Kulig mnie oświecił. Kolej nie miała pieniędzy, a rafinerie nie chciały dawać „na kreskę”, pamiętając jak w 1997 r. PKP „przewiozła” Płock na ponad 100 mln zł — tłumaczy Kryla.
Od tego czasu kolej w paliwa zaopatrywali praktycznie prywatni dostawcy.
— Firma X wygrywała przetarg i ogłaszała drugi — wśród prywatnych dostawców. Brała od nich najtańsze paliwo i dostarczała kolei — opowiada Kryla.
Problem polegał na zapłacie. Bo kolej nie miała pieniędzy.
— Po pierwszej dostawie pojechaliśmy do centrali w Warszawie, a tam jeden z dyrektorów mówi wprost: „panie, nie pamiętam, jak wyglądają pieniądze. Ma pan wierzytelności wobec nas, to je pan sprzedaj!” — wspomina Kryla.
W 2000 r. PKP ponownie ogłosiły przetarg na dostawę paliw. Zgłosiło się 14 firm, w tym potężny Chemtrans, Stalexport, a także BGM i Pollex. W innym przetargu na dostawy paliw dla PKP — w 2000 r. — prócz Pollexu wzięły udział: Chemtrans Logistic Holding, BGM i Stalexport. Przetarg wygrał Chemtrans i Pollex. Przypadkiem.
— Kilka dni wcześniej w Krakowie wszystkie te firmy spotkały się i ustaliły, że skoro kolej może wchłonąć 30 tys. ton paliwa, to niech każdy da taką samą cenę, weźmie po działce i będzie miał stabilny biznes — mówi Kryla.
Wygrać mieli wszyscy. Ale...
— Ustaliliśmy wspólną cenę, lecz doszły mnie wieści, że Stal- export planuje coś z BGM, więc na wszelki wypadek z Chemtransem obniżyliśmy cenę o 1 zł. Dosłownie! — mówi Kryla.
I dzięki temu wygrali.
— Tuż po przetargu myślałem, że mnie Bobrek pobije, taki był wściekły. Niedługo po tym szczeciński Shipservice, przejęty przez nowego właściela — spółkę J&S — od rafinerii płockiej, zaczął nas przekonywać do przekazania im naszego kontraktu. Twierdzili, że i tak sobie nie damy rady, że nie znajdziemy tyle paliwa, że brakuje nam wsparcia na „górze” — dodaje Kryla.
Jak udało się nam ustalić, krótko przed tym do Shipservice przeszedł Stanisław Mańka, prezes Eolserwis (spółki zależnej Pollexu), były wiceprezes płockiej rafinerii.
— Był mocno zainteresowany naszymi próbami wejścia „na rurę” — mówi Krzysztof B.
Wkrótce po propozycji Shipservice, rafineria Glimar, główne źródło paliw Pollexu, wstrzymała dostawy. Ot, taka zbieżność zdarzeń.
— Dzisiaj wiem, że wtedy waga ciężka spotkała się z wagą piórkową, że nie powinniśmy odmawiać J&S — przyznaje Kryla.
Rożniak i Kryla zdążyli jeszcze raz nadepnąć na odcisk J&S — tym razem przejmując MPS — bazę paliwowa na lotnisku Okęcie.
Cenne zbiorniki
Zwiastunem czarnych chmur nad Pollexem okazała się znajoma Kuliga, Barbara Tomaszewska z firmy Karolinex. Podczas spotkania w siedzibie spółki, przy ul. Różanej w Warszawie, wspomniała o nieczynnej bazie paliw na lotnisku Okęcie.
— Nie wierzyłem, że w Warszawie może być zapomniana baza paliwowa — i nawet się z nią założyłem — wspomina Kryla.
Wśród nieskoszonej trawy, niedaleko terminala cargo wystaje 5 supernowoczesnych (bo do paliwa lotniczego: podwójne spawy, wyprofilowane dno) zbiorników o pojemności 26 tys. m sześc. Każdy podłączony do systemu rur prowadzących pod płytą lotniska do „kranów” przy samej płycie, w miejscach postoju samolotów. W 1999 r. to była nowość, od 2005 r. — już na lotniskach norma. Sercem bazy było nieużywane centrum komputerowe, warte majątek. Baza była wykończona w 85 proc. I PLL Lot chciał ją sprzedać za 11,5 mln zł.
— Kupiliśmy MPS (Magazynowanie Paliw i Smarów sp. z o.o), nie wiedząc jeszcze, w co się pakujemy i na czyje odciski następujemy — wspomina Kryla.
Dokładnie: 19.09.2000 r. Pollex nabył 100 proc. udziałów w MPS — miał je spłacać w rocznych ratach do 2009 r. Wkrótce Pollex zaczął rozmawiać z zachodnimi koncernami paliwowymi o dostawach paliwa lotniczego. Zainteresowani? Między innymi: Shell, Total Fina, Statoil. Najdalej zaszły rozmowy z Total Fina Elf. Francuzi byli zresztą zdziwieni, że na polskim lotnisku jest tak nowoczesna baza.
— Przy zakupie MPS podpisaliśmy z Lotem „klauzulę pierwszej nocy” — tzn. że Lot przez 5 lat będzie kupował od nas połowę swego paliwa — pod warunkiem, że cena nie będzie wyższa niż u konkurencji — wspomina Kryla. Raiffeisen Bank dał promesę kredytową.
Problemy? Tuż obok bazy MPS była druga — stara, z 1968 r. i mała: raptem 6 tys. m sześc. — baza Petrolotu (49 proc. udziałów miał PKN Orlen i 51 proc. PLL Lot). Ten „drobiazg” umknął uwadze szefów Pollexu. Zarząd Petrolotu, mając „za płotem” nowoczesną bazę, był przekonany, że Lot przekaże mu ją za darmo, włączając do już istniejącej. Czemu polski przewoźnik stanął okoniem?
— A pan oddałby darmo taką bazę komuś, kto sprzedaje panu najdroższe paliwo lotnicze w Europie? Nie słyszał pan o tarciach między Orlenem a Lotem? — dziwi się Kryla.
Lot chciałby, aby cena paliwa była jak najniższa, a Orlen — co naturalne — przeciwnie.
— Gdy Jan Kujawa, prezes Petrolotu, dowiedział się, że kupujemy MPS wpadł w szał i — nie panując nad słowami — wygarnął mi, że nas wykończy, że splajtujemy. Powoływał się — nie wiem, czy na wyrost, czy nie, na Marka U., twierdząc że „Wy nie wiecie, w jakie układy się wrzucacie, ale Marek już wam to wyjaśni, jak będziecie za kratkami” — mówi Kryla.
— Konfabulacja! Tej rozmowy nie było. Nie znam Marka U., nikomu nie groziłem! A MPS należał do Lotu, który kazał mi go sprzedać, co zrobiłem — zaprzecza Jan Kujawa.
Wkrótce Petrolot chciał odkupić bazę od Pollexu. Bez skutku. Jak udało nam się dowiedzieć inwestorem w MPS miała być spółka…J&S. Czyżby Pollex znów wszedł jej w drogę?
Upadłość
Potem Glimar, należący jak Petroteam do Nafty Polskiej, podjął próbę przejęcia bazy na Okęciu, wykorzystując długi Pollexu, o które dotychczas się nie upominał (41 mln zł). W grudniu 2000 r. rafineria zakręciła kurek z paliwem, żądając natychmiastowej spłaty długów. Pollex: dobrze, dajemy połowę, handlujcie z nami, a resztę zapłacimy za miesiąc, dając zabezpieczenie na naszym majątku wartym kilkakrotnie więcej. Do negocjacji włączył się Bank Handlowy. Dyrektor Christopher E. P. Conway wielokrotnie proponował Glimarowi spłatę długów Pollexu. Glimar przeciągał negocjacje.
— Rozmowy z nami przejął w końcu osobiście prezes Zbigniew Mosoń. Późnym wieczorem 12 listopada 2001 r. uzgodniliśmy z nim ostateczną wersję rozwiązania problemu, harmonogram spłat długu i wznowienie sprzedaży paliwa. Ulga... — wspomina Kryla.
— Takiego spotkania sobie nie przypominam — mówi Mosoń.
Firma consultingowa BAA, wynajęta przez Glimar wysoko, bo na 70-75 proc., oszacowała szansę realizacji tej ugody. „Istniała możliwość wywiązania się przez Pollex z zobowiązań. Nie dążył on do upadłości. BH też nie chciał upadłości Pollexu” — stwierdziła Grażyna Majcher-Magdziak podczas przesłuchania w prokuraturze.
Dwa dni później, o 6 rano, jednocześnie do domu Rożniaka i Kryli wkroczyli funkcjonariusze CBŚ. Komisariat, prokurator, areszt śledczy, rozprawa — wszystko w ekspresowym tempie. A potem wyroki: po 6 lat. I szok, bo przecież wszystko było z dyrekcją Glimaru dogadane...
— Wcześniej nie było wezwań, zeznań — niczego, co mogłoby sugerować dalszy bieg wypadków — twierdzi Rożniakowa.
Mimo aresztowania BH podtrzymał ofertę przejęcia długów Pollexu, uzależniając jednak to posunięcie od wypuszczenia na wolność Rożniaka i Kryli, by mogli realizować bankowy plan spłaty długów — m.in. poprzez sprzedaż rocznie 1 mln ton paliw (pieniądze trafiałyby na konta BH, a potem Glimaru). Na próżno.
— Warunki banku byłyby do przyjęcia, gdyby zapłacił Glimarowi 25 mln zł. Ale tego nie zrobił... — odcina się prezes Mosoń.
Według Kryli, prezes Mosoń złożył Pollexowi propozycję — przepisujecie na nas MPS, a ja się postaram, abyście wyszli z więzienia.
— Fantazja! Nie prowadziłem z nimi żadnych negocjacji. Rozmawiali prawnicy mojej firmy — dementuje Zbigniew Mosoń.
Jak mówi Kryla, obaj z Rożniakiem uwierzyli w zapewnienia Mosonia i 11 maja 2002 r., w areszcie śledczym w Nowym Sączu, podpisali umowę. MPS, którego wartości rynkowa wynosiła prawie 100 mln zł, oddali za kilkadziesiąt mln. Ale na wolność nie wyszli. Glimar oświadczył bowiem, że to za mało na pokrycie długów.
Wkrótce gorlicka rafineria ogłosiła bankructwo, podając jako jeden z powodów… zadłużenie Pollexu. Co więcej: zarząd Glimaru dłuższy czas ukrywał problem długu Pollexu przed radą nadzorczą. Czy w ten sposób dyrekcja rafinerii chciała ukryć nietrafione inwestycje — np.: w Hydrokompleks?
— Właściciele Pollexu? Przecież to oszuści, oszukani przez swoich mecenasów. Mieli parasol ochronny — wszyscy to wiedzą — sumuje Zbigniew Mosoń.
Oni
Pollex to nie kółko różańcowe i do legalności jego interesów można mieć mnóstwo zastrzeżeń. Jego nazwa padała wielokrotnie podczas zeznań przed komisją śledczą ds. PKN Orlen. Krzysztof Kluzek, były członek zarządu PKN Orlen, wspomniał m.in., że Pollex był jedną ze spółek, które potajemnie mieszały olej opałowy z paliwem lotniczym na obszarze jednostek wojskowych w Sochaczewie, Radomiu, Kielcach i Lublinie. Być może do tego właśnie miał im służyć MPS. Ale Kluzek wspomina też o politycznym parasolu ochronnym nad spółkami paliwowymi, w tym również nad Pollexem. Czy to prawda?
Przypomnijmy tylko, że po aresztowaniu Rożniaka i Kryli do Pollexu przyszła Maria Oleksy. Potwierdza to sam Józef Oleksy, choć nie ma o tym śladu w dokumentach.
— Moja żona, Maria Oleksy istotnie była w radzie nadzorczej przedsiębiorstwa Pollex, ale zaledwie od marca do lipca 2002 r. Nie miała zatem praktycznie żadnego wpływu na prowadzone przez tę spółkę działania — twierdzi Oleksy.
No to jaka była jej rola w spółce, w której pracowała raptem kilka miesięcy? Wie to Zbigniew Kulig, który ściągnął panią Oleksy do Pollexu — ale jakby zapadł się pod ziemię. Między styczniem a lipcem 2002 r. Maria Oleksy zasiadała również w radzie nadzorczej firmy JK Energy & Logistics. I to przyznaje jej mąż. Nie wspomina jednak, że właśnie wtedy owa spółka wygrała przetarg na dostawę paliw dla kolei.
W końcu przyszedł kres hossy. Z dokumentacji złożonej przez Pollex na ostatni „kolejowy przetarg” zniknęła jedna mało istotna strona, przez co całą ofertę spółki odrzucono z przyczyn proceduralnych.
— Nie byliśmy swojakami do robienia tak dużych interesów. Myślę, w pewnym momencie podpadliśmy. Klub nie przebacza — wyznaje Kulig zza krat.
Taka jest wersja więźnia.
