Z prologu reguły św. Benedyktyna: „Mamy zatem założyć szkołę służby Pańskiej. Ufamy przy tym, że zakładając ją, nie ustanowimy nic surowego ani nazbyt trudnego. Jeśli jednak niekiedy dla naprawienia błędów i zachowania miłości, tam gdzie sprawiedliwość i rozsądek tego wymagają, okażemy się nieco bardziej surowi, nie uciekaj od razu, przejęty strachem, z drogi zbawienia, bo wejść na nią można tylko ciasną bramą”.
Wieża kościoła klasztoru wystaje zza gęsto porośniętych drzew. Z daleka widać tylko ją i fragment zachodniej ściany, która niżej przechodzi w wapienną, prawie pionową skałę. Na dziedziniec prowadzi wąska brama ze starych czerwonych cegieł, przemieszanych z kamieniami i wapienną zaprawą. Na tym jednak kończy się zgodność z wyobrażeniami laika o klasztorze – chociaż życiem zakonników kierują reguły ustalone przed kilkunastoma wiekami, wciąż adaptują je do zmieniającej się rzeczywistości.
Uczyć się samotności
„Bracia mają zachować w klasztorze to miejsce, jakie wynika z czasu wstąpienia, na jakie zasłużyli swoim życiem i jakie przydzielił im opat.”
Każdy człowiek ma swoją historię. Oni także. Nie wszyscy od razu wiedzieli, że pójdą do zakonu. Niektórzy zrezygnowali z seminarium i wybrali zgromadzenie benedyktynów. Inni przed wstąpieniem do klasztoru prowadzili zwyczajne życie.
- Gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że zostanę benedyktynem, nie uwierzyłbym. Nie podejrzewałem, że mogę wybrać takie życie – wspomina o. Bernard Sawicki, opat tyniecki.
Wybór ludzi do nowicjatu nie opiera się na prostych kryteriach.
- Aby zostać mnichem, przede wszystkim trzeba umieć być samemu. Tego nie da się nauczyć. Samotność towarzyszy benedyktynom przez większą część dnia. To nie seminarium, gdzie wieczorem można się spotkać, porozmawiać, pośmiać, obejrzeć wiadomości. O godzinie 21.30 zostajemy już sami ze sobą. Jeśli ktoś nie potrafi tego wytrzymać, nie nadaje się do życia zakonnego – opowiada o. Jan Paweł Konobrodzki.
Wielu młodych rezygnuje już po kilku dniach. Przyzwyczajeni do dotychczasowego życia, nie są w stanie znieść samotności. Schizofrenik wytrzymał miesiąc i dwa tygodnie.
- Uciekał jak opętany, krzyczał, wrzeszczał coś o jakichś wieszakach – wspominają zakonnicy.
Do ogrodu otaczającego klasztorne mury wstęp mają tylko mnisi. Część to obszar intymny – tam rozmyślają. Nie mogą się odzywać. Ojciec Jan Paweł pokazuje ścieżkę, jaką wydeptał, chodząc w milczeniu po wąskim trawniku.
W ogrodzie stoi też niewielka altanka, a obok niej duży grill. Skoro nie można rozmawiać, dlaczego stoi akurat tutaj?
- Czasem robimy tu nasze rekreacje z kolacją. Bywa też, że ojciec opat zaprasza na nie ludzi spoza klasztoru. Jeśli opat pozwoli, to i piwa się napijemy – śmieje się o. Jan Paweł.
Razem jadają tylko obiady. Na pozostałe posiłki przychodzą oddzielnie. Wtedy także się nie odzywają. Czasem tylko wymienią uśmiechy…
Gość jak Chrystus
„Wszystkich przychodzących do klasztoru gości należy przyjmować jak Chrystusa, gdyż On sam powiedział: Gościem byłem i przyjęliście mnie. Wszystkim trzeba okazywać należny szacunek, a zwłaszcza zaś braciom w wierze oraz pielgrzymom.”
Prawie cały dzień dziedziniec jest pełen ludzi. Większość przyjechała na jednodniowe wycieczki. Czekają na mnicha, który oprowadzi ich po klasztorze. Poza sklepem i ławkami, gdzie można przysiąść i spróbować zakonnych specjałów, nie ma tu wielu atrakcji dla wycieczkowiczów. Benedyktyni traktują gości specyficznie, bo szukają w nich Chrystusa. Bez wyjątku. Nie liczy się, czy ktoś jest biedny, bogaty, czy jest ateistą, katolikiem, czy muzułmaninem. Kiedyś gościli nawet buddystów.
Niektórzy przyjeżdżają na dłużej – to ci, którzy chcą odpocząć od codziennego zgiełku, lub katolicy szukający w religii czegoś więcej niż coniedzielnej mszy. Zatrzymują się w domu gości. Pokoje nie różnią się zbytnio od tych, które można znaleźć w dobrych hotelach. Nie mają jednak numerów. Noszą nazwy związane z Biblią – i tak nie mieszka się pod jedynką, tylko w św. Andrzeju, nie pod 14., ale w Ammunie. Nie ma też radia i telewizji. Warunki idealne, jeśli ktoś chce zaznać życia klasztornego. W pokojach gościnnych jest jednak dodatkowa wygoda – łazienka. Mnisi tego „luksusu” nie mają.
Wśród gości – biznesmeni, prawnicy, zwyczajni ludzie. Niedawno w klasztorze mieszkali członkowie Platformy Obywatelskiej, ale znane twarze widać tu rzadko.
- Dla mnie Marek Kamiński jest jednym z nas. Kiedyś, gdy do nas przyjechał, nie mógł odwrócić wzroku od grupy ludzi, którzy pościli, pijąc tylko wywar z orkiszu. Zrozumiałem, że było mu to bliskie, bliskie jego samotnym podróżom – tak o. Jan Paweł wspomina jedną z wizyt znanego polarnika.
Teatr indywidualności
„Bezczynność jest wrogiem duszy. Dlatego też bracia muszą się zajmować w określonych godzinach pracą fizyczną i również w określonych godzinach czytaniem duchownym”.
Jutrznia zaczyna się o szóstej rano. Latem delikatne promienie wschodzącego słońca ledwo oświetlają kościół. Zimą jest jeszcze ciemno. W pomieszczeniu rozbrzmiewają niskie tony chorału gregoriańskiego.
Modlą się kilka razy dziennie. To obowiązek mnicha, ale mają też inne zadania. Jedni zmywają, inni sprzątają. Tylko nie gotują – od tego mają kucharza.
Wbrew pozorom, życie klasztorne nie prowadzi do uniformizacji. Mnisi są tak różni, jak różni są po prostu ludzie. Większość benedyktynów to indywidualiści. Czasem nawet zdarzają się im kłótnie.
- Przyznam, że nie jest łatwo zapanować nad tymi charakterami – uśmiecha się opat.
Mają swoje zainteresowania. Ojciec Włodzimierz Zatorski prowadzi jeden z wielu warsztatów, które oferują benedyktyni. Specjalizacją o. Włodzimierza jest zarządzanie. Nigdy go nie studiował, ale przez 16 lat zarządzał klasztornym wydawnictwem.
- Czytałem niektóre książki o zarządzaniu, ale prawdę mówiąc nie było tam nic, do czego nie można by dojść samemu – twierdzi o. Włodzimierz.
Dlatego napisał książkę na podstawie własnych przemyśleń – „Podstawy duchowości lidera”. To nie pierwsze i nie ostatnie jego dzieło – już planuje poszerzenie swoich porad.
Ojciec Hieronim Kreis od 1990 roku pracuje nad zastosowaniem ikebany w liturgii. Ikebana to japońska sztuka układania kwiatów, tworzenia konstrukcji linearnych. O. Hieronim układa opierając się na Ewangelii – na przykład ustawia trzy wąskie wazony różnej wysokości. Do dwóch wkłada gałązki, do trzeciego – liść. Każda roślina wygina się w innym kierunku, całość – symbolizuje Trójcę Świętą.
- Owszem, pani Jadzia może przywieźć z giełdy hektar kwiatów i postawić je w Kościele. Ale to nic nie znaczy – uważa o. Hieronim.
Prowadził warsztaty z ikebany. Dopóki nie dowiedzieli się o tym Japończycy. Do swej sztuki podchodzą bardzo konserwatywnie, a ojciec Hieronim wprowadził pewne modyfikacje. Aby zaś uczyć ikebany, trzeba mieć certyfikat jednej z japońskich szkół.
- Przyjechały tu kiedyś dwie Japonki z różnych szkół. Kłóciły się, co chwila. Pytały, która szkoła jest, moim zdaniem, lepsza, chciały mi dawać certyfikaty. Ale po co mi to? Dlatego stworzyłem własną szkołę. Niedługo chcę zacząć kolejne warsztaty – mówi o. Hieronim.
Mury klasztoru wiele pamiętają. W przeszłości były twierdzą – za konfederacji barskiej. Trzykrotnie trawił je ogień. Dom gości znajduje się w części, która ucierpiała w ostatnim pożarze – w 1830 roku. Odbudowywali ją od 1947 roku, a ostatni fragment ukończyli dopiero w 2008 roku częściowo za pieniądze z Unii. Dobudowane fragmenty oznaczono różową zaprawą.
W klasztorze snują kolejne plany inwestycyjne – gospodarstwo, które musieli zamknąć, bo nie było rentowne, chcą zmienić w stylową restaurację. Trzeba też wzmocnić wapienną skałę – z roku na rok opada.
- Nie mamy wyjścia, musi się udać, oczywiście z Bożą pomocą – sumują ojcowie.
80-120 zł
Tyle kosztuje noc w domu gości opactwa benedyktynów w Tyńcu.

