Zasadnicza różnica polega na spadku frekwencji — dwie dekady temu w decydującej turze głosowało 68,23 proc. uprawnionych, co obecnie jest poziomem nieosiągalnym, przy zainteresowaniu się elekcją głowy państwa przez niewiele ponad połowę Polaków.

Wybory prezydenta miały walory edukacyjne w kwestii tzw. jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW). Kategoria ta zrobiła ostatnio wielką karierę i zamieszała sceną polityczną. W niedzielę cały kraj, z polonijną zagranicą, stanowił jeden wielki JOW, w którym przy rozłożeniu się głosów ważnych na dwie prawie równe kupki — zwycięzca zgarnął absolutnie wszystko. Pokonana ćwiartka polskiego elektoratu nigdy nie uzna racji drugiej ćwiartki i po przysiędze złożonej przez lokatora Pałacu Prezydenckiego 6 sierpnia na kadencję 2015–20 będzie uważała go za pomyłkę historii i uzurpatora. Takiego postrzegania nie zmieniłoby nawet przyznanie pokonanemu tytułu wiceprezydenta i ulokowanie go w Belwederze. To oczywiście żart, albowiem według zasad JOW miejsce na szczycie jest tylko dla jednego. Pokonany wczoraj kandydat przez pięć lat nawet nie przestąpi za pałacową kratę przy Krakowskim Przedmieściu, symbolizującą podział Polski.
W rozpalonych emocjach umykają realne uprawnienia prezydenta, który przecież nie jest szefem rządu. Konstytucja traktuje jego uprawnienia bardzo nierówno. Głowa państwa teoretycznie ma ogromny wpływ na desygnowanie prezesa Rady Ministrów, ale w praktyce decyduje o tym powyborcza arytmetyka sejmowa. W dziejach III RP tylko raz się zdarzyło, że wykorzystujący rozsypkę Sejmu prezydent po prostu narzucił własnego wybrańca — Aleksander Kwaśniewski premiera Marka Belkę, zatwierdzonego przez posłów dopiero za drugim podejściem i pod groźbą skrócenia kadencji. Notabene w sprawie powołania ministra głowa państwa jest wyłącznie notariuszem i nie może nie powołać kandydata nieodpowiedniego, ale wystawionego przez premiera.
Najważniejszym atrybutem jego władzy pozostaje zatem podpisywanie ustaw.
Polski prezydent ma w ręku weto znacznie silniejsze od np. prezydenta Francji, mocniejszym dysponuje tylko prezydent Rosji. U nas do przełamania weta, czyli do ponownego uchwalenia przez Sejm niepodpisanej ustawy, potrzeba aż 3/5 głosów, gdy w pierwszym głosowaniu wystarcza zwykła większość. Dlatego wybory prezydenckie odbywają się wedle tej samej logiki, co parlamentarne, zwłaszcza gdy zbiegają się w jednym roku. Za wyjątkiem Lecha Wałęsy, w dziejach III RP prezydentem zawsze zostawał kandydat partii nie tyle rządzącej, ile , akurat prowadzącej w sondażach. Potem przekłada się to na politykę wetowania, której podstawową zasadą jest niewchodzenie w szkodę własnej ekipie rządzącej. Jeśli zaś partia prezydencka znajduje się w opozycji, najważniejsza staje się skuteczność
wetowania. Głowa państwa z definicji nie znosi przegrywania, dlatego przede wszystkim kalkuluje, jaki jest rozkład sił w Sejmie i czy po zwróceniu ustawy do ponownego uchwalenia jego majestat nie poniesie strat wizerunkowych po odbiciu weta.
Generalnie instytucja weta nie jest w III RP nadużywana, absolutną większość ustaw prezydenci jednak podpisują.
Lech Wałęsa odmówił podpisania 22, koncentrując się na walce o ordynację wyborczą, aborcję itp. Wśród 35 wet Aleksandra Kwaśniewskiego jednym z najbardziej pamiętnych było zwrócenie do Sejmu jednej ustawy z podatkowego pakietu ministra finansów Leszka Balcerowicza. Prezydent podpisał nowelizacje VAT i CIT, a odmówił bardzo podobnej o PIT. Wprowadziło to w przepisach podatkowych dodatkowy chaos, jako że w zmianach ustaw o PIT i CIT wiele rozwiązań było identycznych. Lech Kaczyński zatrzymał 17 ustaw, m.in. zrzeczenie się prawa własności nieruchomości w kodeksie cywilnym, nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji, nowelizację ustawy o ochronie gruntów rolnych i leśnych, a także trzy ustawy z pakietu reformy służby zdrowia. Bronisław Komorowski odmówił 4 podpisów, w tym pod nowelizacją ustawy o okręgach sądów powszechnych, gdy PSL dołączyło do opozycji i wspólnie z PiS i SLD pognębiło prezydencką PO — za co zostało ukarane skutecznym wetem.
Z praktyki III RP wynika, że weto jest narzędziem rozgrywek między głową państwa a większością w Sejmie.
Co potwierdza, że niedzielne wyniki drugiej tury wyborów prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej trzeba bezwzględnie rozpatrywać w kontekście wyników znacznie ważniejszych wyborów do Sejmu i Senatu, wypadających 11 lub 18 października. Dopiero po bardziej czy mniej zgodnym dopasowaniu się obu układanek, prezydenckiej i parlamentarnej, będzie można powiedzieć, czy w ogóle i w którą stronę Polska skręca w 2015 r.
DWIE PRAWDY: Pałac Prezydencki traktowany jest jako polityczny łup. Według elektoratu niedzielnego zwycięzcy jego lokator będzie szanowaną głową państwa, a według zwolenników kandydata pokonanego — uzurpatorem i kpiną z demokracji. [FOT. WM]