12 grudnia — na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, na wysepce ronda de Gaulle’a — wyrośnie 15-metrowa palma.
„Puls Biznesu”: Daktylowa czy kokosowa?
Joanna Rajkowska: Daktylowa.
Stawiasz ją dla szoku, co?
- Właściwie nie da się tego skomentować, do niczego wykorzystać. No, kpina ze wszystkiego... Wybuch śmiechu. Mój projekt publiczny „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” musi być absurdalny. To miejsce — już z palmą — traci tożsamość. Kiedy stopnieją śniegi, może przypominać na przykład Lizbonę. Z pewnością palma jest zbiorowym, absurdalnym przedsięwzięciem wielu osób — idzie mi o to, by postawić ludzi wobec czegoś, czego nie rozumieją.
Palma postoi rok. Chyba że zwali ją wichura.
- Nic się nie stanie! W pniu tkwi stalowy trzon, obłożony poliuretanem. A stabilność zapewnia podstawa, obciążona betonem. Nie miałam wyboru co do rodzaju pnia, bo palmy kokosowe wykonuje się z mniej wytrzymałych materiałów.
Skąd pomysł?
- Próbowałam opisać podróż po Izraelu — i miałam palmy w głowie. Zastanawiałam się, jakby to było, gdyby wysadzić nimi Aleje Jerozolimskie. Schowałam ten pomysł do szuflady, bo by mi życia nie starczyło, by zdobyć urzędnicze pozwolenia i pieniądze... Kiedy skończył się mój „Dziennik Snów”, opowiedziałam o okrojonym projekcie prasie. Tak się zaczęło...
I co dalej?
- Poszłam do Fundacji Instytut Promocji Sztuki z prośbą o pomoc. Po kilku zdaniach — od Andy Rottenberg usłyszałam: tak. I dobrze, bo inaczej nie poradziłabym sobie organizacyjnie.
I co dalej?
- Nie chciałam tandety z Dalekiego Wschodu. Poza tym Azjatów interesowały dziesiątki i setki sztuk, a nie unikatowy produkt. W końcu trafiłam do pani Doroty Dąbrowskiej, która wysłała list z Amerykańskiej Izby Handlu z opisem mego projektu i z rekomendacją do najlepszego dystrybutora na świecie: Soul-utions.Com z San Diego.
Zainteresowali się? Zysk taki sobie...
- Bardzo ich to wciągnęło. Polska, palmy, unikatowy projekt publiczny i to, że ich drzewo będzie traktowane jak dzieło sztuki... Bywało, że porozumiewaliśmy się przez Internet po kilka razy na dzień. Pojechałam do paryskiego Disneylandu. Tam sztuczne palmy — w grocie piratów — były piękne. A inne — przy hotelach — obrzydliwie syntetyczne... Razem z Soul-utions.Com zaprojektowaliśmy palmę odporną na deszcz, szadź, śnieg, szron i światło — z pniem u nasady na metr dwadzieścia. Owijaną korą z drewna daktylowego, ale pod nią — poliuretanową. I z liśćmi z polietylenu.
Długo to trwało?
- Z pół roku. W sprawę bezpośrednio zaangażowała się pani prezes Soul-utions.Com. A potem trafiłam do Pecoff Brothers Nursery w Escondido w Newadzie — bezpośredniego producenta, pracującego dla Soul-utions.Com. Sam Ronald Pecoff — wraz z dwoma meksykańskimi współpracownikami — naszą palmę projektował i nadzorował prace. W Polsce pomagał mi ją zaplanować architekt Michał Rudnicki oraz konstruktorzy z pracowni Kuban i Salak. Głowiliśmy się. Bo projekt palmy Phoenix Canariensis znacznie odbiegał od standardu — np. poprosiliśmy, by liście wzmocnić usztywnieniami, by nie opadały. Kłopotem były polskie wiatry, śnieg i szron... W końcu dali nam zniżkę. I dorzucili pakiet ratunkowy — przeciw uszkodzeniom drewna i grafficiarzom.
Co z pieniędzmi?
- Pukaliśmy do wielu drzwi. Mamy 27,5 tysiąca dolarów — wyłącznie od Bayera, Delecty i TUI Polska. Czyli tylko od firm zagranicznych. Tylko.
Starczy?
- Brakuje 10 tysięcy. Już nie wiem, do kogo się zwrócić... Są jeszcze niepopłacone faktury. Chciałam też, by ludzie — pracujący przy projekcie wiele miesięcy — dostali choć po parę groszy. Chciałam — a wyszło jak zwykle.
To może odłożyć premierę...
- Niby do kiedy? Czy się coś zmieni? A palma już przez ocean płynie. I wszyscy na nią czekamy.