Piłka spod kołdry

Karol Jedliński
opublikowano: 2007-12-12 00:00

Noga, cukiernia, owce. Piłkarz amator a biznesmen profesjonalista założył kuźnię talentów. Z podobnym rozmachem buduje piłkarski ośrodek. Zdąży przed Euro 2012.

Opalenica między Poznaniem a Grodziskiem Wielkopolskim. Główne atrakcje: rynek i cukrownia. Dalej, po prawej stawy, po lewej nieużytki. Pokaźny budynek błyszczy jeszcze nowością. Na parkingu pewnie z setka oplów, fordów i mercedesów z logo Remes. Jedyny samochód bez marki stoi za ogrodzeniem, w szczerym polu. W błocie przystanął żółty hummer szefa, Bartosza Remplewicza.

— Nie było miejsca na parkingu. Ledwie pół roku tu jesteśmy, a już siedziba za mała. Będziemy się dalej budować — przyznaje.

Rówieśnik Jerzego Dudka. Od zawsze marzył, żeby zostać bramkarzem, nie przebił się. Nie dał za wygraną. Zaczął grać ofensywniej. Nadeszły sukcesy w biznesie i satysfakcja w sporcie. Firma przynosi 100 mln przychodu rocznie, w zakończonej rundzie jesiennej okręgówki, grając jako pomocnik, strzelił siedem bramek. Co ważniejsze, w Opalenicy ma ambicje zbudować najlepszy ośrodek piłkarski w Polsce. Założył tam Akademię Piłkarską, na kilkudziesięciu hektarach utrzymuje 20 boisk i trzy hale. Ruszyła budowa hotelu na 150 osób.

— Co drugi samochód na mieście ma Remesa na drzwiach — kręcą głowami poznańscy taksówkarze.

Jestem wkurzony

Remesa widać, bo flota firmy liczy ponad 300 samochodów. Nazwa firmy widnieje też na koszulkach Lecha Poznań, którego Remes sponsoruje od lat.

— Kibicuję Kolejarzowi, moje wsparcie dla nich jest wybitnie sentymentalne — przyznaje Bartosz Remplewicz.

Ot, milion złotych rocznie. Do tego trzy miliony na Puchar Polski, w ramach trzyletniej umowy. Pierwszy sponsor główny w historii rozgrywek spowodował, że rozgrywki przechrzczono na Remes Puchar Polski. Kolejne dwa miliony idą, jakżeby inaczej, na futbol. Coroczny Remes Cup ściąga kilka tysięcy kopiących dzieciaków, również dziewczyn, z całej Europy. A Akademia Piłkarska w Opalenicy wychowuje ponad 40 wyselekcjonowanych chłopaków w wieku od 16 do 18 lat. Ogrywają się w czwartej lidze, chodzą do miejscowego liceum.

— Z jednego rocznika wysoko w piłce zajdzie pewnie ze dwóch. Jestem jednak przekonany, że stąd wyjdzie niejeden reprezentant Polski — uważa Bartosz Remplewicz.

Też jest zawodnikiem Remesu Promień Opalenica. Gra w drugiej drużynie, zdecydowanie bardziej amatorskiej, niegdyś na bramce, teraz na pomocy.

— Jak stałem z tyłu, to widziałem więcej i pokrzykiwałem na kolegów. Teraz pokrzykujemy po równo — mówi.

I zgadza się, że mit o zwichrzonych bramkarzach nie wziął się z powietrza:

— Na boisku do normalnych nie należałem. Z wiekiem zacząłem patrzeć na grę mniej impulsywnie, jestem pokorniejszy. Choć w czasie gry wychodzi ze mnie małe zwierzę pełne adrenaliny. Na boisku jestem wkurzony, kartki dostaję zwykle za dyskusję z sędzią — przyznaje biznesmen.

W golfa grał raz. Złamał kij. Kopana to jest to. Mógłby o niej rozmawiać godzinami, tu są emocje, stąd czerpie energię. Biznes? Niech będzie.

— Pochodzę ze wsi pod Opalenicą. Jak widzisz przy drodze chłopaków sprzedających jagody, to jakbyś mnie widział w dzieciństwie — ucina.

Ręce w lukrze

W piłę katowało się na polu. Wzorem byli ówcześni bramkarze Lecha, Sidorczuk czy Kokoszanek. Potem przyszła życiowa gafa, oblane egzaminy do liceum sportowego.

— Kombinowałem pieniądze, żeby odkupić MZ-kę od kolegi. Zatrudniłem się w cukierni, żeby zarobić. Wyszkoliłem się na cukiernika — przyznaje Bartosz Remplewicz.

Otworzył ciastkarnię na osiedlu Bajkowym. Roboty wybitnie nie lubił, choć biznes się kręcił. Nieprzespane nocki, ręce ciągle w lukrze.

— Robiło się to, co najprostsze: pączki, drożdżówki i jazda.

Poszedł do liceum, dostał się na AWF. Rano, po słodkiej nocce i rozwożeniu towaru, zdejmował kitel i na zajęcia. Po zajęciach na targ kupić mąkę i jaja, potem trening. Na zabawę i tak znalazł się czas. Tylko ile można spać po dwie godziny na dobę? Chyba że pod ciepłą i zdrową kołdrą.

— Piętnaście lat temu kolega mi tę pościel zaproponował. Sprzedaliśmy jedną, kupiliśmy dwie i poszło — wykłada tajemnicę sukcesu Bartosz Remplewicz.

Wszystko dzięki Australii. Tam pasą się owce rasy merynos, których runo, wypieszczone słońcem, jest ponoć „naj”. A kołdra z takiego cuda to sypialniana ekstraklasa.

— Postawiłem na sprzedaż bezpośrednią, jak Zepter, Avon. Ceny zaczynają się od kilkuset złotych — podkreśla biznesmen z Opalenicy.

Niektórzy utrzymują się ze sprzedaży tego, co uszyje Remes, inni sobie dorabiają. Liczba zatrudnionych dobija tysiąca. Każdy rok w księgach finansowych to poprzedni prawie razy dwa. Samo się robi?

— Nie konkurujemy ceną. Podstawą jest założenie, że „klient musi chcieć”, produkt musi być świetny. Myśmy takie rzeczy jak kredyt bez zaświadczeń dekadę temu już dawali. Wtedy to był szok — uważa Bartosz Remplewicz.

Dziś zadziwiające dla wielu jest to, że młody biznesmen nie ma nawyku kumulowania majątku i podziwiania, jak mu na koncie przybywa zer.

Szubienice i armatki

Na starszych i młodszych kopaczy wydaje kilka milionów rocznie, choć własnego klubu nawet w trzeciej lidze nie ma. Filantrop?

— Akademia to nasz sztandarowy projekt. Wcale nie bez podtekstów biznesowych. Każdy widzi takiego Błaszczykowskiego teraz, a nie trzy lata temu — wyłuszcza.

Karty zawodnicze należą do klubu, niektórzy z juniorów mają za sobą występy w Młodej Bundeslidze, jeżdżą na konsultacje kadry, jeden gra w młodzieżowej drużynie Realu. Co prawda na razie tego z Murcii, ale Madryt nie wydaje się nieosiągalnym marzeniem.

Przyszłymi gwiazdami piłki opiekuje się kilkanaście osób, nie tylko trenerzy z pierwszoligowym doświadczeniem, ale także psycholog, a nawet dietetyk. Zajęcia prowadzili w ramach Akademii Czesław Michniewicz, Dariusz Dziekanowski, Michał Globisz czy Stefan Majewski. Do tego dochodzi piłkarski teoretyk i praktyk prof. Jerzy Talaga czy kolejny uczony, Jan Chmura, jeden z najlepszych fizjologów w kraju. Na boiskach są ścianki do doskonalenia precyzji strzału, tzw. szubienice do ćwiczenia strzałów głową, armatka wystrzeliwująca piłki, a także krótkie i strome podbiegi do szlifowania motoryki. Spece, w tym autor projektu prof. Talaga, zwą to ogródkiem ogólnorozwojowym. Cały projekt budowy ośrodka piłkarskiego ma się zakończyć w okolicach 2010 r.

— I my będziemy na Euro 2012 najlepsi w Polsce. Reprezentacja Włoch czy Holandii, a może Polski? Zapraszamy — mówi opalenicki biznesmen.

Spieszy się. Decyzje czekają.

— Duża firma to jak Titanic. Tu balansem ciała nie da się szybko zmienić złego kursu.

Potem na trening, czas z rodziną. A na wiosnę, na całego rusza liga. n

Lasy, cukier, kolej

Historia Opalenicy sięga 1393 roku. Osada prawa miejskie uzyskała między 1399 a 1401 rokiem, pierwszym właścicielem Opalenicy był Ticz Bar de Opalenicza, przedstawiciel jednego z rodów pomorskich. Nazwa miejscowości wzięła się od okolicznych lasów, które wypalano pod zabudowę. Wpływ na późniejszy rozwój regionu miała otwarta w 1870 roku, przebiegająca przez Opalenicę, linia kolejowa z Poznania przez Frankfurt nad Odrą do Berlina. W tym okresie zapadła też decyzja o budowie cukrowni, do dziś największego zakładu przemysłowego na tym terenie. Z XIX wieku jest też większość zabudowy 9-tysięcznego miasta, w tym kamienice na rynku. Najstarszym zabytkiem jest kościół św. Mateusza z 1518 r.

Runo tanieje

Owce rasy merynos, pochodzące z Azji, są najliczniejsze w swoim gatunku. A to dlatego, że ich hodowla jest najbardziej opłacalna. Ich runo jest najdelikatniejsze na świecie, a że owiec coraz więcej, to i cena wełny spada. Handluje się więc już nawet merynosowym mięsem. Merynosy stanowią 80 proc. z 85 milionów owiec hodowanych w Australii.

Granie i wypoczywanie

30

mln zł Tyle będzie kosztował hotel m.in. z pięcioma restauracjami i basenem budowany przez Remes.

7

punktów Tyle do lidera ligi okręgowej traci po rundzie jesiennej Promień II Opalenica

178

zespołów Tyle wzięło udział w ostatnim Remes Cup, rozegrano w sumie 600 meczów.

Karol Jedliński