Czytasz dzięki

Pióra napędzały światowe giełdy

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 27-02-2020, 22:00

Kto rządzi rynkiem pierza i dlaczego Polska nie zarabia na birdwatchingu — o roli ptaków w gospodarce mówi Jacek Karczewski, ich znawca i pasjonat, który zawodowo zajmuje się ochroną ptaków, autor książek „Jej wysokość gęś” i „Noc sów”.

Kilkanaście lat temu zrezygnowałeś z prowadzenia dobrze prosperujące firmy doradztwa personalnego, żeby się zająć ochroną ptaków w Polsce. Opłaciło się?

Jacek Karczewski, znawca i pasjonat ptaków
Wyświetl galerię [1/2]

Jacek Karczewski, znawca i pasjonat ptaków Fot. A.Rodowicz

Finansowo absolutnie nie. Ochrona przyrody to nie jest sektor, w którym się zarabia. Bardzo dużo pieniędzy i energii włożyłem w tę działalność, przez kilkanaście lat pracowałem po kilkanaście godzin na dobę. To była praca, dla której szacunek społeczny w Polsce jest żaden, co nas bardzo różni od Zachodu. Do ochrony przyrody idzie się u nas dla idei. Bardzo w nią wierzyłem. Myślałem, że wyżyję się twórczo. Też nie bardzo. Wszystko poświęciłem ochronie ptaków, a mam poczucie bardzo negatywnego bilansu. Było codziennie jak na wojnie. Skończyłem z objawami stresu pourazowego.

Żeby stanąć na nogi, napisałeś swoją pierwszą książkę „Jej wysokość gęś”. Piszesz w niej między innymi, że na ptakach, a właściwie na ich piórach, można było zbić fortunę.

W przeszłości w wielu rejonach świata ptasie pióra były środkiem płatniczym, z czym wciąż jeszcze możemy się spotkać na Nowej Gwinei. W Europie prawdziwa gorączka piór zaczęła się pod koniec XIX w. i wygasła dopiero z I wojną światową. Pióra napędzały najważniejsze giełdy: w Nowym Jorku, Londynie i Paryżu. Z piórami były też związane wielkie afery szpiegowskie. Między Anglią i Francją dwa razy omal nie doszło przez nie do wojny. Krajem uzależnionym od piór był Związek Południowej Afryki, dziś RPA. Gdy ten rynek się załamał, upadło tam wiele fortun, dochodziło do samobójstw. Pióra były też najcenniejszym ładunkiem na Titanicu. Ta sama waga piór niektórych ptaków warta była więcej niż ta sama waga złota.

Jakie pióra były cenne i dlaczego?

Jednymi z najcenniejszych były pióra godowe czapli białych i nadobnych. Porastają ich plecy. Są długie, strzępione i bardzo delikatne. Ptaki zabijano i wykrawano kawałki skóry z tymi właśnie piórami. Zdobiły kapelusze najbogatszych pań. Drobne ptaki w całości skórowano i drapowano na okryciach głowy, zdobiono nimi płaszcze. Z piór perkozów szyto mufki, bardzo ciepłe peleryny. Pióra perkoza nie są szczególnie dekoracyjne, ale bardzo gęste. Mają też fantastyczne właściwości termiczne i izolacyjne. W końcu perkozy całe życie spędzają na i w wodzie. Było takie zapotrzebowanie na ich pióra, że w niektórych krajach perkozy dwuczube zostały wytępione. Stroje tancerek kabaretowych zdobione były przede wszystkim piórami strusimi. Są puchate, można nimi poszaleć. Struś berberyjski, który miał wyjątkowo atrakcyjne pióra, został wytępiony. Wiele ptaków przypłaciło to szaleństwo eksterminacją, co obudziło pierwsze ruchy na rzecz ochrony przyrody.

Czy ptaki miały wpływ na inne wydarzenia gospodarcze w historii ludzkości?

Na niejedno! Żeby w antycznej Grecji zobaczyć pawia na własne oczy, trzeba było kupić bilet. Starożytny robotnik musiałby na to pracować cały rok. Ale weźmy nasze poczciwe kury. Zaczęło się w wiktoriańskiej Anglii, ale Amerykanie też mieli na ich punkcie bzika. Kolekcjonerzy płacili fortuny za rzadkie rasy. To był spory biznes. W południowo-wschodniej Azji nadal legalne są walki kogutów. To wielki hazard, emocje i pieniądze. Trudno oszacować jakie, bo szara strefa przenika się z legalną, ale tylko na Filipinach każdego roku ginie 15 milionów kogutów, z których najlepsze kosztują tyle, co samochód. Jeszcze 100 lat temu walki kogutów były popularne w Europie i USA.

W XIX w. ogromnym przemysłem były jaja dzikich ptaków. Używano ich do wszystkiego. Od produkcji nawozów począwszy, na przemyśle farbiarskim skończywszy. Masowo pozyskiwano je na stoły, były też przedmiotami kolekcjonerskimi. Ogromne pieniądze związane były z północnoamerykańskimi gołębiami wędrownymi. To bardzo ładne ptaki i prawdopodobnie najliczniejsze, jakie kiedykolwiek żyły na ziemi. Bardzo towarzyskie, żyły i przemieszczały się w ogromnych stadach. Ich przeloty trwały całymi dniami, podniebne rzeki ptaków ciągnęły się na przestrzeni kilkuset kilometrów, miały szerokość kilku i dosłownie przysłaniały słońce. Wszystkie gołębie wystrzelano, wyłapano do sieci, zatłuczono pałkami. Karmiono nimi zwierzęta gospodarskie, głównie świnie, a wcześniej niewolników. Używano ich do nawożenia pól,  zabijano dla przyjemności. W rejonach największej masakry gołębi, np. w krainie Wielkich Jezior, powstawały wielkie centra logistyczne a wokół nich całe miasta i ważne węzły kolejowe, które miały obsłużyć ten „przemysł”. Na przestrzeni 200-300 lat gatunek został wybity.

Przenieśmy się do naszych czasów.

Proszę bardzo: w listopadzie ubiegłego roku pewien sokół wędrowny poszedł na aukcji Hafr Al-Batin w Arabii Saudyjskiej za 106 tys. dolarów. To jednak nic w porównaniu z Armando, gołębiem pocztowym, którego pewien chiński biznesmen kupił za 1,4 mln dolarów. Ceną wywoławczą było 600 tys. Podziemny rynek obrotu dzikimi zwierzętami lub produktami z nich jest największy po handlu bronią i narkotykami. Cena ary modrej, papugi, która na wolności już wyginęła, przewyższa równowartość jej wagi w złocie. Największe i jedne z najrzadszych papug, przepiękne ary hiacyntowe, są niewiele tańsze. Niestety wkrótce mogą podzielić los swoich kuzynek.

Piszesz w książce, że tylko w latach 90. i tylko w belgijskich portach rozładowywano rocznie około 6 mln mrożonych wróbli eksportowanych z Chin do krajów Europy Południowej. Po co?

Do jedzenia. Ptaki mają na sobie niewiele mięsa. Wróbel ma tyle co nic. Ale ludzie są perwersyjni.

Wróble uznano kiedyś za afrodyzjaki.

Niektórzy ludzie wciąż w to wierzą. Są marynowane, zapiekane, podawane w oliwie… Trafiłem kiedyś na informację, że żeby coś poczuć, trzeba zjeść sto udek drozda śpiewaka. To ptak dwa, trzy razy większy od wróbla, więc żeby podjeść, trzeba by pewnie ogryźć ze 200 wróbli.

Od 2010 r. 20 marca świętujemy Światowy Dzień Wróbla, który od 1995 r. jest gatunkiem chronionym. Jeśli ktoś jeszcze wróblami handluje, to nielegalnie.

W Europie jest to nielegalne. Gdzie indziej z całą pewnością nadal się nimi handluje. W Chinach, tak jak w całej Azji, wciąż łapie się wróble.

Ptasimi piórami też wciąż się handluje?

Na pewno używane są pióra strusie, ale pochodzą od zwierząt hodowanych na fermach. Nie mam pojęcia, czy ptaki są tam zabijane na mięso, a przy okazji pozyskuje się ich pióra, czy są im wycinane. Na przykład z gęśmi domowymi było tak, że zaczęto je hodować w większej ilości wcale nie dla mięsa, lecz dla piór. I wcale nie do poduszek, tylko do pisania. Pisaliśmy tylko lotkami, czyli największymi piórami w skrzydle. Spisano nimi podwaliny naszej cywilizacji. Gęsi zaczęły pojawiać się na stole, bo zostawało dużo mięsa po tym, jak pozbawialiśmy je piór. Początkowo nikt nie garnął się do jedzenia gęsi, bo były to ptaki święte, które jeśli zabijano, to raczej żeby złożyć w ofierze niż zjeść.

Dzisiaj najcieplejsza odzież, kołdry to zdaje się te z puchem?

Z puchem edredonów. Pozyskuje się go na Islandii od czasów wikingów, którzy wyniuchali, że te ptaki mają tak ciepłe pióra. Początkowo edredony zabijano, z ich skór szyto pledy, peleryny, płaszcze zimowe.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Dziś edredony już nie cierpią z tego powodu?

Tam gdzie pozyskuje się puch legalnie, na pewno nie,wręcz przeciwnie, ptaki nawet czerpią z tego korzyść. Puch wybiera się im z gniazd, podkładając w zamian siano, ale kolonie edredonów są chronione. Ptaki tak się do tego przyzwyczaiły, że nigdzie indziej nie zakładają gniazd. Opłaca im się, bo mają domki, które je chronią przed złą pogodą, monitoring strzegący ich przed lisami i ludźmi. To jest świetny przykład przyjaznego i zrównoważonego biznesu. Wygrywa jedna i druga strona. Dla ludzi to ogromne pieniądze. Przede wszystkim dla Islandczyków, którzy zapewniają pierze. Japończycy produkują z niego odzież i kołdry. Najdroższe kosztują ponad milion złotych.

A co jest w odzieży, kołdrach, śpiworach w niższych cenach?

Puch gęsi i kaczek domowych. Pochodzą od ptaków wodnych, co oznacza, że ich pióra są wodoodporne i dobrze izolują. Czasami nawet kurze pióra można tam znaleźć, ale mają kiepskie właściwości izolacyjne. Kołdry lepszej jakości będą wypełnione puchem gęsim, ewentualnie kaczym. W tych gorszej jakości jest mieszanka piór puchowych i zwykłych, czyli okrywowych.

Kto rządzi tym rynkiem?

Większość puchu i pierza pochodzi z Chin, ale wartość tego rynku szybko rośnie na całym świecie. W 2025 r. ma sięgnąć 10,25 mld dolarów.

Czy współcześnie ptaki lub jakiś produkt od nich pochodzący mają znaczący wpływ na gospodarkę świata?

Jaja. Domowych kur, kaczek, gęsi. Nie zastanawiamy się nad tym, ale wymyślone w 1911 r. pojemniki do transportu jaj, tzw. wytłoczki, zrewolucjonizowały cały przemysł spożywczy, a produkcję jaj w szczególności. Siedem miliardów niosek dostarcza każdego roku na całym świecie ponad trzech bilionów jaj. No i kurczaki. W każdej sekundzie zabijamy ich i przetwarzamy 2100, czyli 110 mln ton w roku. Przemysł drobiowy to dzisiaj najszybciej rozwijająca się gałąź przemysłu mięsnego. Prawdopodobnie jeszcze przyspieszy ze względu na sytuację klimatyczną, a kurczaki są mniej obciążające dla środowiska niż świnie czy krowy.

Ale też cierpią. A czy zniesienie jaja ptaka boli?

Najtrudniejsze jest zniesienie pierwszego jaja, lub, a to się zdarza, nietypowo dużego. W ekstremalnych sytuacjach dochodzi do śmierci ptaka. Wszystko zależy od proporcji. Dla doświadczonej kury nioski czy kaczki zniesienie kolejnego jaja nie powinno być problemem. Nurzyki znoszą pięknie ubarwione (kiedyś kolekcjonerzy się za nimi uganiali), wielkie jaja. Zajmuje im to nawet kilka minut i jest okupione sporym wysiłkiem. Jeszcze trudniej mają kiwi. Masa nurzykowego jaja odpowiada około 11 proc. masy ciała matki, a u kiwi to prawie jedna czwarta. Nic dziwnego, że i nurzyki, i kiwi normalnie składają tylko jedno jajo rocznie.

To może teraz o mniej bolesnym „ptasim przemyśle”, czyli birdwatchingu. Zdaje się, że to spory biznes?

Idą za nim ogromne pieniądze. Zarabiają wszyscy. Wydawcy książek, producenci filmów, butów trekingowych i odzieży, sprzętu optycznego… Jadąc na ptaki, zapłacisz za bilet na pociąg lub benzynę. Zarobi też agrogospodarz, właściciel pensjonatu, wypożyczalni kajaków, rowerów, restaurator, przewodnik… Kilka lat temu obroty z turystyki przyrodniczej, w tym przede wszystkim birdwatchingu, tylko w USA szacowano na 32 mld dolarów. W maleńkiej Szkocji już 10 lat temu zysk netto tej branży przekroczył 65 mln funtów i jest to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi. Szkoci mają u swoich zachodnich wybrzeży niewielką wyspę Mull, gdzie w latach 90. reintrodukowano bieliki. Są też na niej orły przednie i sporo innych atrakcji. Turyści zostawiają tam około 10 mln funtów rocznie.

A czy w Polsce moglibyśmy zarabiać na birdwatchingu?

Kilkanaście, 20 lat temu wiosną nad Biebrzą częściej słychać było język obcy niż polski. Bardzo dużo ludzi się na tym wzbogaciło. Nie ma danych, nie liczymy tego, bo nie doceniamy, ale to były duże pieniądze. Przewodnicy, agrogospodarze pracowali tam wtedy od świtu do nocy. Teraz ruch turystyczny jest nad Biebrzą mniejszy, bo birdwatcherzy pojechali na Białoruś, Ukrainę, do Estonii, Rosji, gdzie przyrody jest dużo więcej niż u nas. Polscy ptasiarze też się już trochę napatrzyli i jadą za granicę. Ale wiosną liczba turystów nad Biebrzą wciąż jest imponująca.

Czyli moglibyśmy zarabiać?

Moglibyśmy, i to bardzo dużo. Poza Biebrzą mamy Stawy Milickie, Dolną Odrę, Narwiański Park Narodowy, Puszczę Białowieską, Podkarpacką, Park Narodowy Ujścia Warty i wiele innych wspaniałych miejsc. Musielibyśmy tylko nadać im znaczenie, otoczyć je prawdziwą ochroną i szacunkiem, zdecydować, że przyroda jest dla nas ważna. Tymczasem tak źle jak obecnie chyba jeszcze nie było. Mamy otwarcie antyprzyrodniczą, a przez to antyspołeczną postawę państwa. O kryzysie wiedzy i kompetencji urzędników, decydentów oraz kolejnych barbarzyńskich i anachronicznych ustawach nawet nie wspomnę.

Nie tylko nie zarobimy, ale będzie nas to dużo kosztować.

Wygląda na to, że u nas nikt nie pamięta, nie wie o tak zwanych usługach ekosystemowych, które zapewnia nam przyroda — m.in. produkcja tlenu, wody i gleby, ich oczyszczanie, regulowanie temperatury, ochrona przed suszami i powodziami, wsparcie zdrowotne dla obywateli i wiele innych. Wyliczono, że hektar zdrowych bagien świadczy nam przez rok usługi warte 23 tys. dolarów! Dla porównania hektar terenów intensywnie użytkowanych rolniczo — zaledwie 92 dolary. Szacuje się, że Dolina Biebrzy, jedyny w Polsce w większości nieprzekształcony kompleks torfowisk, na powierzchni około 80 tys. ha magazynuje rocznie średnio 177,5 mln m sześc. wody. Więcej niż pojemność Jeziora Goczałkowickiego, piątego największego zbiornika retencyjnego w Polsce. Praca zaledwie 20-kilometrowego odcinka bagiennej doliny Biebrzy warta jest 5,5 mln euro rocznie. Kto i za ile wykona tę robotę, kiedy ostatnie polskie bagna zostaną osuszone? Tymczasem planuje się przeprowadzenie przez nie czteropasmowej drogi ekspresowej.

W marcu premiera twojej nowej książki „Noc sów”. Podobno są teraz modne. Kto na tym zarabia?

Producenci gadżetów z sowami — kubków, koszulek, kapci, piżam, breloczków… Widziałem już sowy na papierze toaletowym. Zarabiają przewodnicy prowadzący nocami grupy sowoholików, a w przypadku serbskiej Kikindy — całe miasto. Każdej zimy zlatuje do niego i w okolice kilkadziesiąt tysięcy sów, głównie uszatek. To jedyne takie miejsce na świecie. Za sowami ciągną ptasiarze z całej Europy i nie tylko. Wyliczono, że polujące na gryzonie sowy zapewniają też lokalnej gospodarce usługi warte 30 mln euro rocznie. Bez kosztów pestycydów oraz bez strat i zniszczeń, jakie spowodowałyby one w środowisku. Nic dziwnego, że Serbowie postawili sowom pomnik: na wjeździe do miasta stoi gigantyczna uszatka.

Może i ty zarobisz?

À propos, wiesz, że najdroższą książką, jaką kiedykolwiek sprzedano, były fantastycznie ilustrowane „Ptaki Ameryki” Jamesa Audubona, których pierwsze wydanie z około 1830 r. osiągnęło w 2000 r. na aukcji w słynnym domu Christie’s cenę 8,8 mln dolarów? U-hu!

AGNIESZKA RODOWICZ

Dziennikarka, fotografka, reporterka. Opisuje i fotografuje ciekawych ludzi, miejsca, zjawiska. Jej materiały ukazują się m.in. w „Polityce”, „Pulsie Biznesu Weekend”, „Podróżach”. Interesuje się sprawami społecznymi, kwestiami emancypacji kobiet, sytuacją uchodźców w Polsce, ekologią.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane