Zapach dymu z wędzarni unosi się nad Daisen w prefekturze Akita. To tutaj powstają wędliny Polmeatu — firmy działającej od 2015 r., której z brodnicką imienniczką uwikłaną niegdyś w aferę z dostawcami surowca nie łączy nic poza nazwą. Zanim jednak Michał Taberski uruchomił w Japonii własną masarnię, przez cztery lata sprowadzał do Kraju Kwitnącej Wiśni kiełbasy i szynki znad Wisły. Dobrą passę przerwał afrykański pomór świń (ASF), który zamknął drzwi dla importu z Polski. Przedsiębiorca się nie poddał i... przeniósł produkcję na miejsce.
Założenie własnej spółki w Japonii – jak podkreśla – nie było problemem. Wystarczyło biuro, telefon, komplet pieczątek i wizyta u notariusza. Koszt formalności to ok. 280 tys. JPY (7 tys. zł) plus kapitał zakładowy, a procedura zajmuje zaledwie tydzień. Bycie obcokrajowcem jej nie utrudnia – nie trzeba nawet znać japońskiego. Prawdziwe schody zaczynają się dopiero przy branżowych pozwoleniach. Na produkcję wędlin, handel czy obróbkę mięsa trzeba zdobywać oddzielne licencje, odnawiane co pięć lat.
– Do otwarcia zakładu wymagany jest certyfikat menedżera higieny. Na początku zatrudniałem osobę, która go miała, ale ostatecznie sam spełniłem wymagania – wyższe wykształcenie, dwa lata na stanowisku kierowniczym i 380 godzin nauki. Podszedłem do państwowego egzaminu i go zdałem. Jestem chyba jedynym obcokrajowcem w Japonii, który tego dokonał – mówi Michał Taberski.
– Przez pół roku uczyłem się rzemiosła - od kiełbasy, której nie chciałby zjeść nawet pies, po taką, którą można było sprzedawać – wspomina Michał Taberski.
Z garażu do największych sieci
Pierwszy, niewielki, ale już profesjonalny zakład powstał w Yokote w prefekturze Akita. Trzyosobowa załoga i około 260 tys. USD (niespełna 1 mln zł) rocznego obrotu wystarczyło, by nabrać apetytu na więcej. Dwa lata później masarnia przeniosła się 20 km dalej do większego obiektu w Daisen.
– Teraz mamy obiekt, który po rozbudowie na potrzeby nowej linii dojrzewających szynek powiększy się do 650 m kw. Nasze wyroby trafiają do prawie 500 sklepów w całym kraju, w tym do ogólnokrajowych sieci Aeon i Yamaya. To ok. 20 ton wędlin miesięcznie i obroty rzędu 2,5 mln USD, czyli ok. 10 mln zł rocznie, przy rentowności na poziomie 3 proc. W tym roku celujemy w zwiększenie przychodów do ok. 3 mln USD – mówi właściciel Polmeatu.
W porównaniu z przychodami takich firm jak Sokołów (5,5 mld zł) czy Tarczyński (ponad 2 mld zł) to niewiele. Polmeat jednak działa w niszy, a Michał Taberski podkreśla, że jego produkty nie są typową masówką - wędliny w Japonii to produkt relatywnie drogi i mniej popularny niż ryby czy drób.
– W Japonii mięso kupuje się w paczkach po 80, 100 lub 125 g. Paczka 700 g to gigant, czteroosobowa rodzina kupuje taką najwyżej raz w miesiącu. W takich realiach 10 mln zł obrotu to zupełnie inna skala niż w Polsce – zaznacza przedsiębiorca.
Inne są także preferencje smakowe. Dlatego receptury polskich wędlin trzeba było zmodyfikować.
– Do mieszanki tradycyjnych przypraw muszę dosypać łopatę cukru i porządną porcję glutaminianu sodu. Dopiero wtedy Japończykom będzie naprawdę smakowało – mówi Michał Taberski.
Zwraca uwagę, że glutaminian to w Kraju Kwitnącej Wiśni normalny składnik, obecny w większości potraw.
– Jeszcze 20-30 lat temu każda gospodyni miała w kuchni sól, pieprz i glutaminian. Dziś najpopularniejsza jest mieszanka tych trzech – tłumaczy.
Przepis na wyższą marżę
Sprzedaż Polmeatu napędzają małe frankfurterki do bento, popularnych w Japonii zestawów lunchowych pakowanych w pudełka. Firma oferuje też klasyki, takie jak kiełbasa biała czy myśliwska. Najważniejszym projektem na ten rok jest uruchomienie produkcji szynek dojrzewających – z wieprzowiny, wołowiny wagyu, a nawet kaczki.
– To produkt czterokrotnie bardziej marżowy niż kiełbasy. W październiku ruszamy z produkcją pod nową marką premium Laboratorium Surowej Szynki – zapowiada prezes Polmeatu.
Dystrybucja nowej linii produktów ma opierać się na e-commerce i sklepach specjalistycznych.
– W supermarketach wędliny powyżej pewnej ceny po prostu się nie sprzedają – tłumaczy Michał Taberski.
Ponad połowa mięsa do produkcji pochodzi z Japonii, reszta z USA, Meksyku, Brazylii i Hiszpanii.
Nazwisko i wszystko jasne
Do Japonii Michał Taberski wyjechał tuż po studiach, nie z powodów zawodowych, lecz osobistych. Szybko dowiedział się, że po japońsku „taberu” znaczy jeść, a „suki” – lubić, więc Taberski to „ten, który lubi jeść”.
– Uznałem, że z takim nazwiskiem nie mogę robić nic innego, jak tylko zająć się żywnością – mówi przedsiębiorca.
Jednak przez dekadę pracował w firmach z innych branż – od produkcji wag i analizatorów składu ciała po sieć pralni przemysłowych. Dziś jest postacią rozpoznawalną. W marcu zgłosił się do ogólnokrajowego konkursu największego wydawnictwa w Japonii. Spośród 1,8 tys. propozycji wybrano jego książkę, w której opisał własne perypetie. Premiera zaplanowana jest na 15 września.
W planach ma projekt Michael’s Village – kompleks domków glampingowych połączony z warsztatami robienia kiełbasy. Myśli też o eksporcie do Polski japońskich produktów – herbat, słodyczy i kosmetyków – oraz wspieraniu polskich marek w wejściu na japoński rynek.
Na półkach sklepów w Kraju Kwitnącej Wiśni już teraz obok wyrobów Polmeatu można znaleźć m.in. makarony z Polski oraz produkty Bakallandu czy Goplany.
– Były też śledzie i Krakus, ale wypadły z rynku. Na targach żywności pokazano jakiś czas temu śliwkę nałęczowską. Teraz dostaję telefony od Japończyków pytających, gdzie można ją kupić – mówi Michał Taberski.
Japoński rynek od lat uchodzi za wymagający, ale też stabilny i chłonny. Konsumenci są gotowi płacić więcej za jakość, bezpieczeństwo i produkty premium, co sprawia, że dla firm gotowych dostarczyć wyróżniającą się ofertę otwierają się realne szanse. Nieprzypadkowo wśród polskich przedsiębiorstw rośnie zainteresowanie Azją Wschodnią – blisko połowa z nich wskazuje ten region jako atrakcyjny kierunek ekspansji. Wciąż jednak większość kapitału z Polski płynie do Europy, a inwestycje w Azji należą do rzadkości. Jak wynika z raportu PFR TFI „Kierunek Wschód”, przygotowanego we współpracy z PwC i KUKE, Japonia znalazła się w gronie najciekawszych rynków obok Korei Południowej, Wietnamu i Indii. Eksperci podkreślają, że tamtejsze otoczenie biznesowe, choć regulacyjnie wymagające, daje dostęp do jednej z najbogatszych baz konsumenckich świata. Dla firm, które mają cierpliwość i determinację, może to być trampolina do globalnej ligi.
