Polskie mikrusy muszą mierzyć wyżej

Jak na europejskie standardy mamy wyjątkowo liczną reprezentację mikrofirm, ale też wyjątkowo słabą. W efekcie kuleje produktywność całej gospodarki

Europejskie rynki rozwijające się są pełne małych firm o niskiej produktywności, a ich wyniki kładą się cieniem na produktywności całych gospodarek. Do takich wniosków doszli eksperci z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, a opublikowali je w analizie „EBRD Transition Report 2017-18: Sustaining Growth”. W badaniu zabrakło co prawda przedstawicieli polskich (i słowackich) maluchów, ale struktura krajowych przedsiębiorstw i statystyki, które oddają charakter ich działalności, pozwalają nam czerpać z niego pełnymi garściami. Tak naprawdę można powiedzieć więcej — gdyby reprezentacja Polaków znalazła się w zagranicznej bazie, wyniki mogłyby być jeszcze „mocniejsze”, czyli mówiąc wprost — gorsze.

Polski problem…

Do postawienia tezy o mnogości nieefektywnych firm w naszym regionie uprawnia analiza danych z 20 europejskich gospodarek z lat 2002-13. Wynika z niej po pierwsze, że w krajach Europy Centralnej, bałtyckich i Rumunii ok. 80 proc. firm zatrudnia mniej niż 10 osób, podczas gdy w Europie Zachodniej odsetek ten wynosi 75 proc. Po drugie, maluchy z tego regionu dzieli wyjątkowo długi dystans od ich krajowych, większych kompanów — duża firma ma o około 70 pkt. proc. wyższą produktywność niż mikro, a średnia o 50 pkt. proc. Dla rozwiniętych gospodarek europejskich różnice są wyraźnie mniejsze — to odpowiednio 40 i 25 pkt. proc. Marcin Tomaszewski, ekonomista regionalny EBOR w Warszawie, nie ma wątpliwości — polskie przedsiębiorstwa można z czystym sumieniem podpiąć pod tę narrację.

— Podobnie jak w przypadku mikroprzedsiębiorstw w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej, również w Polsce skupiają one największy udział zatrudnionych ogółem w sektorze przedsiębiorstw, podczas gdy średnio w UE największy odsetek przypada na duże firmy. Jednocześnie wydajność na pracownika pozostaje poniżej innych krajów w regionie, na poziomie zaledwie ponad 30 proc. najbardziej rozwiniętych krajów UE — argumentuje Marcin Tomaszewski. Na wykresie 1 widać, że polskie firmy mają największe problemy z transferem na linii mikro- (do 9 pracowników) — małe (10- -49 pracowników). W kolejnych etapach rozdysponowanie siły roboczej jest już bardziej porównywalne do innych krajów. Problem ten obnażają także statystyki GUS — w latach 2013-2016 udział dużych firm (zatrudniających co najmniej 250 osób) cały czas wynosił 18 proc., wzrósł natomiast udział przedsiębiorstw mikro-, kosztem małych i średnich (wykres 2).

W uproszczeniu całą sytuację opisać można tak — około 96 proc. portfela przedsiębiorstw polska gospodarka ulokowała w mikrusach, ale zyskowność tej inwestycji, przynajmniej na razie, pozostawia wiele do życzenia. Ostatnie dane Eurostatu (za 2015 r.) nie pozostawiają złudzeń — nasze maluchy należą do jednych z najbardziej nieefektywnych w Europie, a że mamy ich „jak mało kto”, produktywność całego sektora przedsiębiorstw w Polsce mocno odstaje od unijnego benchmarku (wykresy 3-5).

…z czego wynika…

Żeby odpowiedzieć na pytanie, jak skończyć z awersją polskich firm do wzrostu i pracy nad wydajnością, trzeba najpierw zastanowić się nad tym, co ją powoduje. Marcin Tomaszewski wymienia trzy czynniki, które tłamszą rozwój sektora prywatnego w Polsce. — Po pierwsze, sztywność struktury polskiej gospodarki, która utrudnia realokację czynników produkcji — np. państwowe wsparcie dla sektorów rolniczego lub górniczego hamują przepływ pracowników do firm bardziej wydajnych, chociażby w sektorach usług czy produkcji przemysłowej. Po drugie, polskie przedsiębiorstwa pozostają w regionalnym ogonie pod względem wydatków na B+R. Po trzecie, firmy w Polsce niechętnie wychodzą na rynki zewnętrze. Brak ekspozycji na konkurencję zabija innowacyjność, co przekłada się dalej na niską wydajność — wylicza ekonomista.

…jak mu zaradzić

Zdaniem eksperta, pierwszy problem jest rozwiązywalny, ale „niestety interesy polityczne biorą górę”. W drugim obszarze problemem jest natomiast to, że Polska nie wypracowała jeszcze właściwego ekosystemu dla innowacji. Brakuje w szczególności przewidywalnego otoczenia instytucjonalnego, źródeł finansowania projektów wysokiego ryzyka oraz lepszej koordynacji działań między sektorem publicznym i prywatnym. Widać tu co prawda światełko w tunelu, ale nie ma pewności, czy nie okaże się ono zwodnicze.

— Planowane ponaddwukrotne zwiększenie finansowania unijnego na innowacje dla MSP w obecnej perspektywie budżetowej z jednej strony stanowi szansę, ale z drugiej kreuje poważne ryzyko uzależnienia się raczkującej jeszcze branży VC od finansowania z publicznych pieniędzy. Ryzyko braku ciągłości finansowania grozi „innowacyjnym tsunami” — twierdzi Marcin Tomaszewski.

W poniedziałek GUS zaserwował nam kolejną porcję dobrych danych o handlu — ubiegły rok zakończyliśmy nadwyżką w wysokości 2,1 mld zł, ale przy mocnej stronie eksportowej. Jednak sprzedaż towarów zagranicznym kontrahentom to jedno. Druga sprawa, która — zdaniem ekonomisty EBOR — jest doskonałym źródłem wzrostu wydajności, to inwestycje polskich przedsiębiorstw za granicą. A te nadal są w Polsce niskie.

— Na koniec 2016 r. zasób bezpośrednich zagranicznych inwestycji z Polski wynosił mniej niż 6 proc. PKB, dużo poniżej Węgier (ponad 20 proc. PKB), nie wspominając już o innych krajach rynków wschodzących,np. Malezji (ponad 40 proc. PKB) — mówi Marcin Tomaszewski.

Tak naprawdę słowo klucz to inwestycje, ale — jak czytamy w raporcie EBOR — oprócz takich, które mają odtworzyć zużyty kapitał, chodzi już o coś więcej, czyli tzw. innowacje „pionierskie”. Tylko dzięki nim mamy szansę pokonać wroga jego własną bronią, czyli zamiast importować technologię z zagranicy, tworzyć własne, nowe produkty, które wstrzelą się w rynkową niszę. Pomaga w tym nie tylko „spokój” w otoczeniu prawno-gospodarczym, przewidywalność reguł gry, przejrzystość systemu podatkowego czy dostęp do odpowiednio wykwalifikowanych pracowników, a więc wszystko to, co od dawna znajduje się na najwyższych pozycjach wśród barier w prowadzeniu biznesu w Polsce. Z raportu EBOR można wywnioskować, że zbawienny wpływ na rozwój firm mogłoby mieć wprowadzenie ostrzejszych zasad gry rynkowej, szczególnie dopuszczanie do sytuacji, w której mało efektywna (w domyśle mała) firma, zamiast „wegetować”, upada. Na ziemię szybko sprowadzają jednak realia. W kontraście z takim podejściem stoją zmiany prawne z 2016 r., a notowany przez nie wzrost liczby postępowań restrukturyzacyjnych kosztem upadłościowych mówi sam za siebie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Justyna Dąbrowska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Polskie mikrusy muszą mierzyć wyżej