Smoleńskie znicze przed pałacem na Krakowskim Przedmieściu się wypaliły, ale echa niedzielnych obchodów szóstej rocznicy katastrofy nie milkną. Powracam zatem do wątku 10 kwietnia ścieżką biznesową, albowiem również takowa — wbrew pozorom — jak najbardziej istnieje.

Z okazji rocznicy ukazało się absolutnie kuriozalne ogłoszenie prasowe. W oryginale zajęło ramkę na pół gazetowej strony, przytaczam jego treść: „W 6. rocznicę tak bolesnych dla całego Narodu Polskiego dni pamiętamy o ofierze złożonej przez Najlepsze Dzieci Polski — zarząd i pracownicy DCNS”. Wypada przedstawić zleceniodawcę — otóż Direction des Constructions Navales Services (DCNS) to francuski koncern zbrojeniowy, produkujący okręty wojenne, najczęściej w stoczni Lorient.
Jego dziełem jest m.in. potężny lotniskowiec „Charles de Gaulle”, różne typy fregat, ale w polskim kontekście chodzi o okręty podwodne „Scorpène”. Polska Marynarka Wojenna od lat planuje zakup trzech nowoczesnych łodzi podwodnych do operowania na Bałtyku. Zamówienie, z terminem dostaw w latach 2020–25, warte jest nawet 7,5 mld zł.
Jednym z głównych oferentów jest właśnie wspomniany DCNS. O tłusty kontrakt rywalizują także szwedzki SAAB, niemiecka grupa ThyssenKrupp Marine Systems, hiszpańska Navantia oraz stocznia z Korei Południowej. Zamówienie zapewne zamknie się wewnątrz NATO, a kapitalne znaczenie będzie miała jego polonizacja. I tutaj Francuzi teoretycznie są nieźli, od dawna chcą kooperować ze stocznią w Gdyni. Trzeba jednak pamiętać, że finał kontraktu na śmigłowce „Caracal” utknął nie tylko z powodu zmiany rządu, lecz niewystarczającego offsetu.
Branża, oczywiście spoza Polskiej Grupy Zbrojeniowej, skomentowała ogłoszenie w sposób niezbyt nadający się do przytaczania. Zastępczo proponuję cytat z narodowego wieszcza „…gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże…”. To symboliczny, ale zarazem bardzo realistyczny komentarz nie tylko do tematu okrętów podwodnych, ale generalnie do zamówień wojskowych. Wszak w wieloletnim programie modernizacyjnym MON może wydać nawet 130 mld zł.
Ze smoleńsko-biznesowego styku mam jeszcze jedną refleksję. Cztery lata temu uczestniczyłem w rozmowie z udziałem m.in. wieloletniego menedżera branży lotniczej oraz gościa, który po katastrofie akurat objął po jednej z ofiar znaczące stanowisko. Zwrócił się do menedżera z ogromną nadzieją: „Pan taki doświadczony, to może pan mi wytłumaczy — no przecież taki mocny samolot taką zwykłą brzozę musiał ściąć…”.
Po pierwszym szoku menedżer przystępnie wyłożył naiwnemu gościowi elementarz praw fizyki — jak konstruowane jest nośne skrzydło aeroplanu, jak pozostaje bezbronne wobec każdej twardszej przeszkody, choćby ptaka, jak potężne działają momenty gnące i siły tnące… Później przy każdym spotkaniu owego menedżera wracałem do tamtego wykładu, słuchając jego powtarzalnych komentarzy o bredniach smoleńskich pseudoekspertów. Tak się jednak złożyło, że ostatnio jako prezes wiąże wielkie nadzieje z pieniędzmi MON. Na pytanie, czy gdzieś przy okazji biznesowych kontaktów z nowymi wodzami armii może coś mu się wymknie na temat kłamstwa zamachowego — wstydliwie ucieka z odpowiedzią…